Więzień (Geffroy, 1907)/CCXLI-CCLII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Geffroy
Tytuł Więzień
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wyd. 1907
Druk Drukarnia A. Rippera
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L'Enfermé
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CCXLI.

Telegram zwiastujący dobrą wieść nadszedł do Clairvaux o dziesiątej wieczór. Pani Barellier, czekająca już od dwu tygodni w hotelu naprzeciw więzienia, została zaraz powiadomioną, pobiegła tedy do brata i zastawszy go już gotowego do drogi zabrała go, niby matka syna odratowanego. Ona miała wówczas lat 76, on zaś 74. Dyrektor więzienia odprowadził ich na stacyę do pociągu odchodzącego o trzeciej nad ranem. Blanqui pożegnał się, wsiadł do wagonu i był już dnia 11 czerwca o 6-tej rano w Paryżu. Nie pozwolił powiadomić nikogo i udał się wprost na rue Rivoli . 43, do swej siostrzenicy, pani Lacambre, a potem do siostry, pani Antoine, zamieszkałej przy bulwarze Montparnasse 1.145. Wreszcie pod wieczór wrócił do p. Barellier na rue Linnè, tu zamieszkał. Tutaj też przyjmował zaraz Clemenceau, tych wszystkich, którzy przyczynili się do jego uwolnienia, dziennikarzy, literatów i wielu innych. Tutaj też, w rozmowie z Gabryelem Deville i Ernestem Gautier wyraził w krótkości, czego go nauczyło życie. Formułka ta brzmi: „Przeprowadzić czynną propagandę, nie dając jednak pretekstu do aresztowania, unikać więzienia, bo tam marnieje się strasznie a trzeba zachować do końca cały talent oratorski i siły, i wreszcie wprowadzać o ile się da robotników do parlamentu i wogóle ciał reprezentacyjnych, bo to przyspiesza rozwiązanie kwestyi społecznej. Wyraził się wówczas też, że jest pewnym, iż niebawem Clemenceau zostanie przywódcą zjednoczonej lewicy w Izbie i najlepszym mówcą w Europie.

Blanqui postanowił udać się zaraz do Bordeaux w celu poparcia swej kandydatury przy wyborach rozpisanych na dzień 31 sierpnia. Przyjął tę kandydaturę listem z 14 czerwca i miał zamiar stawić się niebawem, ale nie mógł się oprzeć, by nie nacieszyć się przez dni kilka tem wszystkiem, co mu było tak cennem, a więc stosunkami z ludźmi, rozmową, swobodą ruchów, przebudzaniem w otoczeniu ścian domu, widokiem twarzy przyjaznych, możnością wychodzenia rankiem z domu. Używał też co się zowie, chodził sam po listy i dzienniki, wałęsał się po starodawnych ulicach, marzył, dumał po alejach ogrodów w Jardin des Plantes napatrzyć nie mógł kwiatom ojczystym i zwierzętom z wszystkich części świata w menażeryi. Był całkiem jak dziecko i nic w tem dziwnego. Nie licząc dawniejszych, przesiedział w więzieniu ostatnio 8 lat.

CCXLII.

Dnia 25 czerwca udał się w towarzystwie siostry, pani Antoine i Ernesta Roche, do Bordeaux. Przyjaciele powitali go na dworcu oklaskami i zabrali zaraz na ucztę. Otoczyli go członkowie komitetu wyborczego i całowali, a żaden nie mógł przemówić słowa. Został tam aż do 18 lipca i przez ciąg tych 20 dni przyjmował bez końca swych wyborców. Zawrzało w całem mieście. Popędliwi południowcy zbiegli się śmiali, się i płakali po całych dniach. Blanqui był całkiem jak ów starzec odnaleziony w Bastylli. Każdy chciał go widzieć, uścisnąć jego dłoń, kobiety dotykały jego ubrania, podawały mu swe dzieci. Wszystkim wydał się człowiekiem ocalonym przez cud, wydobytym z czarnego grobu, gdzie przepędził niezmiernie długie lata w ciemności i głuszy.
Ale i teraz niedano spokoju dawnym zarzutom. Przeciwnicy wydobyli znowu „dokument Taschereau“, wznowiono dawne sprawy z roku 1848, rozpoczęła się raz jeszcze polemika. Mógł wówczas któryś z tych, co 4 września stanęli u władzy i wspomnieć choćby o znalezionej w prefekturze policyi wzmiance o Blanquim. Brzmiała ta: „Uchodzi za człowieka uczciwego. Wielu twierdziło przedtem że Blanqui był agentem rządu lipcowego, ale żadnego dowodu na to nie można było przytoczyć“. A nowy prefekt policyi republiki dopisał: „Te notatki, ze względu, że istniały już 4 września 1870 wydają mi się być bardzo zmienionemi. Przedewszystkiem należałoby zbadać skąd Blanqui wziął pieniędzy na uzbrojenie dzielnicy la Villette. Jest to bardzo ważne. Pan Claude, szef władzy bezpieczeństwa publicznego powinienby rozpocząć śledztwo“. Prefekt, zarówno jak i pan Claude powinni byli spytać się Grangera, który dostarczył owych tajemniczych środków uzbrojenia.
Ale nikt ze sfer rządowych nie rzekł nic na obronę Blanquiego. I znów musiał sam się bronić i zgniewało go to, że ciągle takiej przeciw niemu dobywają broni. Ale daremnie musiał raz jeszcze zniżać się do tłumaczenia, że żadnych dowodów najpilniejsze śledztwo dać nie mogło i nie dało, ani badania komisyi klubów w roku 1848, która rozwiązała się nie wydawszy wyroku, ani śledztwo trybunału Sekwany z okazyi skargi przeciw Taschereau o oszczerstwo.
Ale udało się wrogom pozbawić go głosów ludzi niezdecydowanych i osiągnięto pożądany rezultat. Dnia 31 sierpnia podczas wyborów ściślejszych pomiędzy trzema kandydatami, a potem powtórnie dnia 14 września przy ostatecznych, Blanqui przepadł ze swymi 4.541 głosami, a wyszedł kandydat umiarkowany, dostawszy 4.697 głosów.

CCXLIII.

Od tego dnia zaczęło się dla Blanquiego życie nader ruchliwe. Ciągle jeździł i agitował. Wydawało się, że chce sobie powetować tyloletnią nieruchomość i milczenie, że spieszy się, by dużo nażyć się jeszcze przez te dni, które mu są jeszcze darowane. Dnia 21 września bierze udział w Bordeaux, w bankiecie pamiątkowym proklamacyi republiki, zaś 21 jest już w Marsylii i tam mu ludność urządza ogromną owacyę. Tłumy czekają u drzwi dworca i przywykłe objawiać głośno swe uczucia, gdy jeno ukazał się, porywają go cisną, podnoszą, tulą do serca. Wznoszą go jak sztandar, wsadzają do powozu, odprzęgają konie, chcą wieść. Ledwo zdołał swym słabym głosem doprosić się, przy wzruszeniu, ja kiego doznawał, by dano spokój tej tryumfalnej awanturze i dopiero po długich perswazyach wymógł, że zaprzęgnięto konie i tłumy zaprowadziły go powoli, wśród wielkiego upału, rzucając ciągle kwiaty do powozu przed gmach klubu niezawisłych posłów. Tam dopiero z balkonu, wśród wielkiej ciszy dziękował. Słowa jego płynęły z ust wśród milczenia mas, biły fontanną pod owo ciemne niebo ojczyste polatywały ponad szafirową toń latyńskiego morza, wnikały w serca słuchaczy, a gdy skończył okrzykiem na cześć republiki nieruchome tłumy ożyły znowu, zahuczały oklaski, a starzec pewnie ze smutkiem patrzył na tę ogromną potęgę, która mu się oddawała zapóźno, a tak była odeń daleką, gdy jej pragnął, by podbić rajską krainę szczęścia. Wargi mu nieco drżały, w oczach łzy się kręciły, ale były to łzy radości, która nagle objęła jego biedne chore serce i spragniony umysł.

CCXLIV.

Wieczorem tegoż dnia Blanqui prezydował na bankiecie a głównemi ozdobami sali biesiadnej był jego portret i wielki biust republiki. Dnia 28 ufetowała go takimże bankietem Nizza, a jeden z mówców wspomniał pierwsze aresztowanie Blanquiego przez wojska sardyńskie. Potem objechał kolejno Manosque, Toulon i Seyne, przewędrował raz jeszcze całą tę cudną ziemię, nadychał się ojczystego powietrza zażył gościnności rodaków, brał udział w niezliczonych bankietach i w pełnym słońcu napolitykował się do woli.
W Lyonie stanął w połowie października i teraz tensam człowiek, który jeździł zazwyczaj tylko karetkami więziennemi paraduje w karecie, a tłum nie pozwala koniom iść inaczej jak stępa, tensam człowiek, który nie miał się do kogo odezwać i mówił do siebie samego, przemawia pod gołem niebem. Nazajutrz był w Croix-Rousse, gdzie pamiętna wrzała głodowa rewolucya, następnego zaś dnia pojechał do Tavary. W początkach listopada zjawił się w Saint Etienne, gdzie nań, na dworcu czekało dziesięć tysięcy ludzi. Powstał piekielny wrzask gdy go ujrzano, nie było końca oklaskom, owacyom, wsadzano do jego powozu małe dziewczynki ubrane czerwono w czapkach frygijskich na główkach. Czytały powinszowania, mówiły wiersze, dawały mu bukiety, a starzec całował je, tulił i sadzał wszędzie póki starczyło w powozie miejsca. Na widok tej białej głowy i czerwonych czapeczek musiało niejednemu z obecnych przyjść do głowy, że jestto niejako symbol tego co było i tego co wyniknąć mogło z połączenia niedawnej, wczorajszej dopiero rewolucyi z republiką.
W jakiem usposobieniu po całej tej podróży tryumfalnej wrócił do domu, świadczy list, który napisał z Paryża przy końcu listopada do zapraszających go do Beziers wyborców:
„Byłbym doprawdy bardzo szczęśliwym — pisze — mogąc z Wami moi mili pogadać o sprawach republiki, a przedewszystkiem o sposobach położenia końca nędzy i gnębieniu obywateli, którzy sieją zawsze, a nie zbierają nigdy, produkują, aż do wyczerpania sił, a nie konsumują... Ale cóż Wam powiem obywatele? Oto jedno słowo. Kwestya społeczna nie wejdzie na porządek dzienny poważnej dyskusyi i niema mowy o próbach nawet jej rozwiązania, przed zupełnem, energicznem i radykalnem uregulowaniem kwestyi politycznej. Postępować inaczej, znaczy to tosamo co zaprzęgać wołu za pługiem. Probowano już tego i uregulowanie kwestyi socyalnej cofnięto o jakieś lat dwadzieścia. A jednak pracowano nad tem szczerze, programy były jasne, szczegółowe i było ich conajmniej z pięćdziesiąt. I cóż z tego wynikło. Wszystko przepadło w rękach opornej władzy wykonawczej, którą trzeba było naprzód obalić i zreformować, by mieć wolne miejsce i odpowiednie warunki. Skorzystajmy z nauki, jaką nam dała przeszłość i nie zaczynajmy od tychże samych błędów“.

CCXLV.

W grudniu, wróciwszy do Paryża nie odmawiał Blanqui żadnemu zaproszeniu, brał udział we wszystkich zebraniach, jakie jeno urządzano. Dnia 7 grudnia przemawiał w Puteaux, gdzie domagał się odszkodowania za czas więzienia dla amnestyonowanych i zakończył refrenem Marsylianki, 10 grudnia w sali stu kolumn przy rue de la Gaite, 14 w sali des Ecoles, w klubie rue d’Arras, 21 w sali Graffarda przy bulwarze Menilmontant.
Taksamo czynny był i w roku 1880. Pozostał wiernym swemu dawnemu poglądowi, że nie należy czasu republiki stosować tajnej organizacyi, tworzyć went, dokonywać zamachów i t. p. Podobnie, jak w roku 1848 i 1870 chce polityki jawnej, otwartej, gdy formą rządu, jest gwarantująca wolność, republika. Zaleca tedy spory, dyskusye, wydawanie dzienników i zwoływanie zgromadzeń, dla wykształcenia członków stronnictwa. Gotowy zawsze wykonać, co powiedział biega po całym Paryżu, podejmuje swą część pracy, mówi wszędzie, wszędzie prowadzi obrady.
Wielu zapewne z pośród tych, którzy uczęszczali na liczne zgromadzenia tego roku odbywane szukało w zachowaniu się Blanquiego i w jego twarzy przyczyn dlaczego wywierał wpływ tak przekonywujący ludzi i takiem się cieszył poszanowaniem swych zdolności, że te rzeczy przetrwały go znacznie. Ale odnalezienie owych przyczyn nie było łatwem. Blanqui był niemal nieruchomy i zawsze zamknięty w sobie. Szedł wszędzie, gdzie go wzywali organizatorowie urządzający zgromadzenia i pogadanki polityczne, a więc w sali przy rue Rivoli, sali Ragacha, Graffarda, sali ulicy des Ecoles, Elysèe-Montmartre, Petrelle Levis, wszędzie gdzie jeno były ławki, trybuna i biust republiki, albo czerwony sztandar. Po wyjściu z Clairvaux, tak spędzał każdy niemal wieczór. Przybył czasem w otoczeniu kilku młodzieńców o poważnych twarzach nacechowanych wolą. Powstawał zazwyczaj ruch, cofali się ci, co stali blisko trybuny, by mu zrobić miejsce, natomiast stojący daleko cisnęli się na przód, by go widzieć. Albo też zjawiał się nagle na miejscu przewodniczącego, jakgdyby wyszedł z pod desek estrady. Nie ulega wątpliwości, że ci, co mu bili brawo i chrypli z entuzyazmu nie widzieli zgoła, że przed sobą mają człowieka dziwnego, wśród chaosu i grzmotu oklasków skupionego, zasłuchanego w to co się dzieje. I ciągła nawet uwaga tych, których zadaniem jest jeno patrzyć pierzchała szybko spotkawszy owo coś niepoznawalnego.
Blanqui mały był teraz, mniejszy jeszcze jak dawniej, czarno zawsze ubrany, w czarnych rękawiczkach, ruchy jego były krótkie, dobitne, włosy białe, broda krótko ostrzyżona, a profil wydatny, przypominający lwa. W zachowaniu jego przebijały kolejno niepokój i powaga, a leżący przy nim czarny kapelusz i parasol nadawały mu wygląd uczonego biedaka, jakiegoś bardzo dawnego szefa biura ruchawki, jakiegoś urzędnika rewolucyi.
Podczas gdy mówcy mówili i tłum chwiał się w różne strony, Blanqui skupiony w sobie, maleńki tkwił we wysokiem krześle gdzie go usadowiono i zdawał grzać u płomyka gazowego.
Zdawało się, że za obowiązek swój uważa kryć siłę i zapał, które w nim tkwiły. Usta miał zawsze zamknięte, powieki w dół spuszczone, głowę zwieszoną, ręce ukryte w rękawach. Nie wiadomo było czy słucha, czy marzy. Może właśnie sprawiedliwa ocena wszystkich tych przejściowych tryumfów i przeciwności, nagłych wybuchów i takichże odpływów, niespodzianek i długich cierpień bez ulgi, może to właśnie dało mu ten dobroduszny uśmiech, podobny czasem do grymasu znudzenia. Chwilami zdawało się, że zasnął pośród rozgwaru, wybuchów namiętności, krzyków i nawoływań, które czyniły zgromadzenie podobnem do formującej się rewolty.
Gdy jednak nadeszła nań kolej zabrania głosu powstawał i czyniło się zaraz absolutnie cicho. Głosem złamanym, ale pewnym jeszcze wypowiadał kilka zdań o armii, o klerze, o burżuazyi. Powtarzał to wszystko poraźz drugi ze słodyczą i uporem, potem powracał ponownie do tegoż samego, przerywał na chwilę, nadsłuchiwał, jakby się pragnął przekonać, że wszyscy dokładnie zrozumieli. Czuło się w nim tęsamą chęć wpojenia, co w nauczycielu, tężsamą dążność, która stała się manią starca, zostawienia po sobie w duszach ludzkich bodaj kilku zdań, bodaj szematu paru zasadniczych idej.
Klaskano, a on bardziej jeszcze pochylał głowę i znowu powtarzał, reasumował swą mowę i wreszcie czasem pod koniec nagle zrobił ponad głowami obecnych gest tragiczny, desperacki, tak, że dreszcz wszystkich przechodził, a czoła się rysowały zmarszczkami. Wydawało się, że się błysło, że jakieś wielkie słowo bezdźwięcznie przesunęło się i znikło. I znowu oczom wszystkich widny był jeno mały, szczupły starzec opowiadający o swych nadziejach i troskach i dający rady tonem niemal, powiedzmy, kupczyka, co ciągle się uśmiecha i kiwa głową zachwalając swój towar.
A potem tonął, jakby we worku, w swym obszernym płaszczu i wychodził. W takim to zawsze jeno stroju ukazywał się oczom ciekawych po owych małych kawiarenkach, które są niby kulisami zgromadzeń i służą za poczekalnie mowcom i organizatorom.
Blanqui, zatrzymał się tak dnia pewnego w hałaśliwym „lokalu“ przytykającym do sali Levisa. Wokoło niego pito, ale on, asceta, żywiący się jeno mlekiem, jarzynami i owocami nie wziął nic w usta, nawet nie napił się wody. I tu jeszcze słuchał i patrzył. Wpatrzyłem się w jego oczy pochwyciłem ich spojrzenie i zdaje mi się, że tym razem zrozumiałem czar, jaki wywierał.

Spojrzenie jasne, zmienne, żywe, czyste, dziecięce, łagodne, jak u gazeli....i nagle teżsame oczy spoglądają dziko, rzucają błyski godne rysia. Rozświetlała je dobroć, a ćmiło zarazem niedowierzanie. W oczach jego wyczytać mogłeś dzieje wszystkich zawodów, dawały one szczegółowy komentarz do życia człowieka ranionego na barykadzie, internowanego na Belle-Ile, w Corte, Afryce, forcie du Taureau obryzgiwanym pianą morską. Znaleść tam było można wszystko, ból czterdziestu lat samotności, pięćdziesięciu lat wysiłków, rospacz, oskarżenie o zdradę, żal, że wolność przyszła tak późno. Oto co mówiły te oczy na bladej twarzy. I jeszcze coś ów płomień, ten błysk jakby poblask krwi, z rany ciekącej, ten dziki błysk bólu i tęsknoty za Zuzanną — Amelią.....

CCXLVI.

W maju wraca do agitacyi wyborczej, trzeba stoczyć walkę w Lyonie. Przychodzi do balotowania i ma największą ilość głosów zaraz po pierwszem skrutynium, mimo zaciekłej walki przeciwników i przeróżnych kombinacyj, któremi się starano zmienić wynik głosowania. Wśród tego doszła go wieść o chorobie starszej siostry, pani Barellier. Wrócił więc coprędzej, niestety za późno, by zastać jeszcze przy życiu najlepszą pod słońcem i najwierniejszą opiekunkę i przyjaciółkę. Odprowadził ją więc tylko na cmentarz Mont-Parnasse. Był bardzo wzruszony i powiedział któremuś z przyjaciół, iż nie myślał, by po takiem życiu mógł jeszcze tak cierpieć. Nad grobem wyrzekł słów parę:
„Żegnam cię. Życie twe było jednem pasmem poświęceń i miłości. Żyłaś i umarłaś, jak przystało republikance. Żegnaj mi“. Potem podziękowawszy tym, co przybyli, odszedł z bratem Hieronimem i siostrą, panią Antoine, naprzód do niej, a potem na rue Linnè, do siostrzenicy. Przez całą drogę, przez bulwar Mont-Parnasse, bulwar Port-Royalu, rue Monge i rue Lacèpède szła w ślad za nim gromadka ludzi, socyalistów francuskich, niemieckich i rosyjskich. Gdy znalazł się u drzwi mieszkania pożegnali go okrzykiem: „Niech żyje Blanqui!“
Wrócił jednak niedługo do Lyonu, gdzie zamieszkał w hotelu pod „Czarnym koniem“ i dalej agitował usilnie wraz z Edmundem Lepelletierem i Olivierem Pain. Ale upadł w wyborze ostatecznym i wrócił do Paryża do życia zwykłego, to jest ustawicznych zgromadzeń, począwszy od sali klubu d’Arras, aż do sali Chaynesa.
Wreszcie w lipcu, na mocy dekretu odzyskał swe prawa obywatelskie. W listopadzie odbył podróż do Włoch, pojechał do Medyolanu z Rochefortem i brał udział w uroczystościach na cześć Garibaldiego. Dawno już pragnął ujrzyć znów tego bohatera, człowieka czynu, któremu udało się swe dzieło doprowadzić do końca. Blanqui mówił bardzo cicho, to też niezmierne tłumy słyszały go ledwo, ale choć głosu brakło, pozostała myśl, jak dawniej jasna i kierowana logiką. Mówił o scharmonizowaniu instytucyj ekonomicznych z praw dziwą sprawiedliwością i zakończył zdaniem, w którem zamknął całą swą ideję pedagogiczną: „Nie probujmy robić skoków, chodźmy, jak ludzie spokojni, ale idźmy ciągle naprzód“.

CCXLVII.

Idzie też sam ciągle naprzód, aż do końca. Po powrocie do Paryża zakłada dziennik pt.: „Ni Dieu ni maitre“, który jest jego testamentem politycznym i filozoficznym, proklamacyą jednego przez całe życie ideału. Mówi on tam wolności i potędze człowieka, prawie ludzkiem, legalności rewolucyjnej i przeciwstawia je czysto formalnym zazwyczaj, „prawom boskim“.
Współpracownikami jego są znowu starzy znajomi z czasów schyłku cesarstwa i oblężenia, a prócz nich kilku nowych. Są tedy: Granger, Eudes, Vaillant, Gois, Breuillé, Fryderyk Cournet, bracia Margueritte i inni. Naczelny redaktor nie może jednakże już pracować, jak przed dziesięciu laty w dzienniku „Patrie en danger“ pracował. Ogłasza teraz najczęściej fragmenty ze swych prac dokonanych w więzieniu. Mimo to jednak pisze złośliwe i trafne uwagi w sprawach aktualnych, bierze czynny udział w całej kampanii reorganizacyi armii i wyraża niejednokrotnie pogląd, że chociaż musi stać na tymsamym stopniu, co armie innych państw Europy, można jednak w niej zaprowadzić daleko idące zmiany odnośnie do usunięcia poboru, bardziej celowego nauczania gimnastyki młodzieży i wiele innych.
Wszystkie te plany wyłuszczył w rozumnej i poważnie traktowanej broszurze p. t.: „Armèe esclave et opprimè“. Tejże samej treści miał wykład niedługo potem w Lille na wielkiem zebraniu, któremu przewodniczył. Podobnie jak w Bordeaux i Marsylii doznał tam gorącego przyjęcia, lud klaskał, kobiety płakały, cisnęły się do starca, chciały go widzieć, usłyszeć, dotknąć jego ubrania, ucałować białe ręce. Naiwnemu temu ludowi jasnem było, że stary Blanqui, wypuszczony z więzienia, to apostoł i męczennik nowej wiary, religii serca ludzkiego. A on, pośród całego tego entuzyazmu i wrzawy, jak zawsze wierny samemu sobie, powtarzał po niezliczone razy swe rady, poglądy i objawiał swą wiarę w jutro.

CCXLVIII.

W Paryżu wedle sił pędził ciągle teraz jeszcze zwyczajne życie. Czas podzielił sobie tak, że miał i godziny samotności i pracy i spoczynku. Od śmierci pani Barellier poprosił o przytułek człowieka, który był jego przyjacielem od dnia pamiętnej walki w roku 1856, Ernesta Grangera i znalazł w nim brata, opiekuna, wesołego i szczerego towarzysza, a przytem wykształconego filozoficznie i literacko człowieka. W rozmowie z Grangerem był Blanqui całkiem otwarty i nie krył wesołości, która w nim tkwiła i przebijała zawsze przez najgorszy humor. Zamieszkali przy bulwarze włoskim pod liczbą 25, na piątem piętrze podmiejskiego domu, a z okien ich roztaczał się widok na cały Paryż. Każdy z nich miał osobny pokój i Blanqui mógł się raz jeszcze delektować samotnością, własnym stołem, książkami i papierami. Jadali też wspólnie, a przy jedzeniu nie przestawali mówić o tem i owem — o wszystkiem, o przeszłości i przyszłości, zwłaszcza o przyszłości, bo Blanqui spoglądał ciągle przed siebie i starał przeniknąć przyszłe losy człowieka i społeczeństwa. Tej jesieni odbyli razem kilka przechadzek do lasku bulońskiego, w pole, ku Meudon i Clamart, ale Blanqui dopominał się zawsze, by wracać. Wolał ulice Paryża, swój pokój, rozmowę. Wreszcie przyszła nań fala wspomnień. Przypominał sobie teraz chętnie wszystko, mówił, że ostatni raz był w teatrze przed pięćdziesięciu laty wraz z żoną, w roku 1830. Często też mówił o Amelii Zuzannie i Vaillantovi, który pewnego dnia przyszedł go odwiedzić i powiedział, że największem szczęściem w życiu człowieka skazanego na walkę jest miłość, posiadanie serca wiernego pośród niepewności i niebezpieczeństw ustawicznych.
Z tego to mieszkania wybrał się dnia 12 grudnia na zgromadzenie w sali des Ecoles. Przemawiała tam także Ludwika Michel, potem 17 grudnia przewodniczył w sali przy rue Rivoli, gdzie mu trudno było mówić i czuł zmęczenie, 24 w sali Arnolda przy bulwarze de la Gare, wreszcie 27 w sali Ragacha w Grenelle. Tej nocy powrócił późno, około godziny drugiej, gdyż nie mógł zaraz znaleźć dorożki. Wrócił jednak i zastał Grangera jeszcze przy stole. Usiadł tedy, począł z nim rozmowę, opowiedział o przebiegu zgromadzenia, potem wstał i wyrzekł parę słów bez związku. Granger podniósł głowę i spojrzał nań zdziwiony. Blanqui postąpił jeszcze krok, zatrzymał się na chwilę i nagle runął na ziemię.
Przybyły lekarz stwierdził udar mózgu. Czyniono co można przez pięć dni, ale wszystko nadaremnie, paraliż postępował ciągle, a wątłe ciało poddawało się coraz więcej niszczącej sile. Blanqui już nie poznawał siostry, przyjaciół, odwiedzających go, Grangera, Courneta, Vaillanta, Clemenceau. Nie odzyskawszy przytomności, August Blanqui zmarł o godzinie dziewiątej, minut 13 wieczór, pierwszego stycznia 1881 roku, w wieku lat siedemdziesięciu sześciu.

CCXLIX.
Leżał, jeszcze widoczny dla ludzi przez trzy dni. w skromnym pokoju, na małem łóżeczku, pokrytem kwiatami, wieńcami laurowymi i dębowymi. Zdjęto maskę z twarzy pogodnej teraz, uśmiechniętej, odmłodniałej i uspokojonej po skurczu śmiertelnym. Pochowano go 5 stycznia. Za trumną, prócz pani Antoine i Hieronima szedł też syn zmarłego. Zgromadziła się cała partya rewolucyjna, niesiono wieńce z nieśmiertelników, chorągwie. Paryż przebiegł prąd dziwny i tłum, który nie chciał uznać żywego, garnął się do zmarłego. Przeszło sto tysięcy osób wzięło udział w kondukcie, który posuwał się ku bulwarom włoskim, przez avenue des Gobelins, bulwarem Saint Marcel, bulwarem de 1’Hopital, pont d’Austerlitz i Contrescarpe, potem przez plac Bastylii i rue Roquette. I dziwnie było patrzeć na to zbieganie się do człowieka, który tyle wycierpiał przez osamotnienie...

CCL.

Zaraz nazajutrz po śmierci, sztuka uwieczniła jego pamięć. Rzeźbiarz Dalou przedstawił go w postaci leżącej na płycie granitowej. Blanqui odlany z bronzu leży jako pokonany, męczennik, człek zmarły. I chyba musi zamilknąć oszczerstwo, a zapanować jeno podziw na widok tej wychudłej, dobrotliwej twarzy, tego ramienia drobnego i ręki, co wpół zamarła, szuka jeszcze pióra, by bronić, radzić, oświecać.
Każdego uwagę musi zwrócić obraz tej siły wy czerpanej, tego męczennika życia, który jednocześnie sprawę swą wygrał i śpi teraz pod głazem cichy i spokojny w sumieniu.
I co roku przyjaciele, którzy nigdy nie wątpili, uczniowie, co pamiętają nauki i rady udzielane na pogadankach, drukowane w pismach ulotnych, przychodzą wierni zawsze tejżesamej idei filozoficznej i religii społecznej. Cmentarz roi się od obojętnych, a oni jedni może z niewielu obchodzą, z całą tkliwością serc dziecięcych, choć może szorstkim to wyrażają, rewolucyjnym językiem rocznicę zgonu swego „starego“, swego „dziadka“.
Nie często się trafia, by człowiek, co odszedł na zawsze, zostawił po sobie tak trwałą pamięć, tak głęboką cześć u ludzi, wśród których żył.

CCLI.

Pisałem to wszystko, by dać świadectwo prawdzie, by ułatwić poznanie tego zapoznanego, by oddać mu sprawiedliwość, jaką się winno każdemu.
Nieszczęściem Blanquiego było, że nikt nie dostrzegał w nim człowieka, pod powłoką buntownika, polityka pod pozorami konspiratora. Przez całe życie trwało to rozdwojenie. I dziś jeszcze jakże nie wielu zna poetą, co napisał piękną książkę „Eternitè par les astres“, stratega, który od września 1871 przepowiedział wszystkie fazy oblężenia Paryża, męża stanu, który kierował się okolicznościami, a do nich jeno stosował program dyplomaty jasnowidzącego, dystyngowanego, który jednak ma dosyć woli, by wykonać, to co uznał za dobre. Wszystkiem tem był Blanqui tylko zła wola i wiara przeciwników i ekskluzywność i ciemnota stronników rzuciła go bez ratunku w objęcia ślepego buntu i popychała ciągle do zamachów. To była klątw a jego życia.
Blanqui był w pierwszej linii genialnym obserwatorem i krytykiem. Dlatego to nie chciał być ni zwolennikiem, ani też przywódcą żadnej grupy socyalistycznej, choć pisał: „Ekonomia polityczna jestto skodyfikowana lichwa... Biedak jest niezbędną koniecznością dla bogacza... Nie można się spodziewać, by komunizm zjawił się nagle, równie nieprawdopodobnem jest to jutro, jak nawet nazajutrz po zwycięstwie...“
Podobnie i tu Blanqui kładzie znak zapytania po słowie... przyszłość... a swój program rządzenia zamyka w dwu słowach: „Dyktatura Paryża“.
Tak, jestto krytyk nieporównany, a chociaż przejdzie do historyi jako generał bez armii, to mimo wszystko może on właśnie najlepiej reprezentuje politykę wieku, która z jednej strony rozważała wszystko jak najdokładniej, a potem nie uznawała etapów na swej drodze, która wahała się wciąż pomiędzy ścisłemi studyami ekonomicznemi, a ruchawką uliczną.
Blanqui zamyka swem życiem okres bardzo burzliwy i chaotyczny. Cóż winien, że urodził się w roku 1805, że poznał się z polityką za Restauracyi, jako uczeń patrzył na mordy w Rochelle, i że wprost z ławy szkolnej wstąpił do stowarzyszenia tajnego? Postępował też podobnie za monarchii. Ale należy zwrócić uwagę że zmieniał natychmiast taktykę, ilekroć zjawiała się republika i wówczas zwoływał zgromadzenia i wygłaszał mowy po ulicach. Tak robił w latach 1847, 1870 i 1879.
On też sam był pierwszą ofiarą towarzystw tajnych, konspiracyi i zamachu, więc przynajmniej odcierpiał, co zawinił, przygotowawszy kielich, umiał go spełnić do dna. Inaczej rzecz się ma zdrugiem nieszczęściem jego życia. Nie on ponosi winę. Stał się ofiarą zawiści i nieświadomości swych sprzymierzeńców, a jednocześnie warunków socyalnych sobie przeciwnych. U kilku ludzi, nawet z pośród wrogów objawił się żal, że tak pośpiesznie rzucono nań błotem i doprowadzono do katastrofy w roku 1848. Ludwik Blanc przybył na pogrzeb, a w jakiś czas potem Martin Bernard w rozmowie z Floquetem przyznaje, że należało wstrzymać się trochę z oskarżeniem. Ale stało się. Im dalej postępowała ta moja praca, tem bardziej upewniałem się, że Barbés i jego stronnicy dopuścili się wielkiego występku wobec Blanquiego, wobec całej ludności i za czyn swój poniosą odpowiedzialność wobec potomnych. Oni to przez swe napaści wytrącili go do reszty z orbity jego twórczości, zatamowali w wielkim stopniu jego rozwój i skazali go na to dziwnie intenzywne życie wewnętrzne, które się stało jedynym jego udziałem.

CCLII.

To jest historya nieszczęść Blanquiego, jako człowieka, jednostki inteligentnej i tę to właśnie jednostkę odtworzyć chciałem w mej pracy. Nie pisałem wcale apologii konspiratora i przywódcy rozruchów. Stwierdziłem jeno, że musiała się w to obrócić jego miłość wolności. Ale rzucono na Blanquiego potwarz, że jest potworem, widmem krwawem, więc z tej to potwarzy starałem się go oczyścić, wykazać, iż był człowiekiem jak inni.
Śmierć uwalniając go od przynależności do pewnej sekty, pozwoliła dostrzec to, co jest piękne, silne i wolne w jego duszy. Samo świadectwo ludzi, którzy go znali, mogłoby wystarczyć, ale mamy jego dzieła, jego: „Obronę“, „Patrie en danger“, „Eternitè par les astres“ i mnóstwo zeszytów z Doullens, Belle-Ile-en-Mer, Corte, Św. Pelagii, Taureaux, Clairvaux, bardzo wiele prac, które zapewne będą opublikowane i pozwolą śledzić jeszcze dokładniej przejścia jego duszy. Wreszcie mamy jeszcze jedno dzieło niepośledniej miary, to życie jego. Oddał je całe kulturze umysłu, wzgardziwszy pieniądzmi, zapoznawszy je, nie bacząc, że przez to ściąga na siebie jeszcze więcej nieufności i zawiści. Nienawidzono go, bo był biedny i nieugięty. Surowy nań wyrok wydali ci zwłaszcza, którzy umieli sobie życie ułatwiać niezliczonemi ustępstwami. Musiano go pokonać, ale rzucono go jeno o ziemię, a nie zwyciężono. Zdeptano jego ciało, a nie ducha. On, ciągle, jak buntownik Baudelaira mówił: „Nie chcę od was nic!“ Miał zawsze w sobie swą kaźń i swój grób i żył silny i napełniony radością.
Z powyższych tedy powodów po uczynionych uwagach i wyjaśnieniach czuję obowiązek w zakończeniu tej książki złożyć hołd jego pamięci i wyrazić silną wiarę, że był pożyteczny.
Czyż daremnem mogłoby być to życie nad ludzką miarę pełne cierpień dobrowolnie podjętych, poświęceń cichych... Los mu zabrał wszystkie radości, dał ciągły ból i świadomość, że nikt go nie rozumie, ani nie kocha, więc na twarzy jego zjawił się cień... wydawał się obrażonym. Czyż to dziwne. A obok tego, wiemy przecież, że dusza ludzka może przenieść dwa tak sprzeczne uczucia jak rezygnacyę i bunt. Blanqui wobec siebie był pełen rezygnacyi, na zewnątrz jeno zachowuje gest protestu dzikiego. I rezygnacya ta czyni go jednym z największych stoików. Duch buntu starego Blanquiego zdrowy jest, potrzebny historyi, jak sól morzu. Nie chciał szczęścia dla siebie, nie przyjął za życie nagrody i dlatego większym mi się wydaje od świętych, co liczą się w duszy z rajem zagrobowym. Nie chciał ani pociechy, ani zapłaty, dumnie przyjął swój los bez pytania o odszkodowanie, jest mi tedy bohaterem czasów naszych, a wyhodowały go ideały tesame, jakie wszyscy nosimy w piersiach.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Geffroy i tłumacza: Franciszek Mirandola.