Wesołego (Junosza, 1889)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Wesołego
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Wilki i inne szkice i obrazki
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1889
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


WESOŁEGO.
(OBRAZEK.)



W

W   siedmiu ogromnych pokojach, w lokalu parterowym mieściła się restauracya, w któréj już o zmroku we wszystkich oknach płonął gaz w dużych kulach mlecznych — a po nad drzwiami jaśniała latarnia o szkłach kolorowych, jaskrawych. Czerwone, zielone i niebieskie pasy światła padały z owéj latarni na chodnik, aby zwracać uwagę przechodniów i zapraszać ich niejako do tego przybytku kuflowo-bilardowych rozkoszy.
W pierwszéj stancyi za ogromnym bufetem zastawionym niewykwintnemi przekąskami i bateryą butelek, zasiadała sama właścicielka zakładu, pulchna blondynka, o wydatnym biuście i wspaniale zaokrąglonych ramionach. — Uśmiechała się ona do jakiegoś „stamgasta” siedzącego przy najbliższym stoliku i obdarzała go melancholiczném wejrzeniem, oraz uśmiechem słodkim, obiecującym. „Stamgast” patrzył w twarz gospodyni jak w obraz, a jeżeli odrywał wzrok swój od jéj miłéj osoby, to dlatego tylko — aby spojrzéć w kufel i przekonać się czy rychło na nowo napełnić go wypadnie. Kilka dziewczyn pretensyonalnie ubranych biegało pomiędzy gośćmi roznosząc kufle, talerze i uśmiechy — w ostatnim zaś salonie rozlegał się łoskot kul bilardowych i gwarna rozmowa grających.
Restauracyjka cieszyła się wielką popularnością, gości było pełno — wszystkie stoliki zajęte. Gwar i hałas panował w niéj nieznośny, gęste obłoki dymu z papierosów i cygar napełniały powietrze.
Był to dzień sobotni; wielu rzemieślników z rękami od pracy czarnemi przyszło tu na kufel piwa, niektórzy przyprowadzili z sobą żony — toczyły się tu spory i sprzeczki — rozmowy o najrozmaitszych przedmiotach, a gwar tych rozmów, w połączeniu z brzękiem kufli i noży, głośném wołaniem na usługujące dziewczyny, zmuszał biesiadników do coraz silniejszego podnoszenia głosu — do powiększania ogólnéj wrzawy. Tu nawet zakochany musiał swéj ulubionéj wykrzyczéć wyznanie, gdyż inaczéj nie byłaby go mogła usłyszéć.
W największym salonie, gdzie stało najwięcéj stolików, gdzie zgiełk do kulminacyjnego punktu dochodził, na estradzie z desek skleconéj i wypłowiałym dreliszkiem pokrytéj, stał stary, wysłużony fortepian. Los równie dla fortepianów jak i dla ludzi złośliwy, wyrzucił go z salonu i przeniósłszy do knajpy, kazał mu jęczéć co wieczór nadszarpniętemi strunami i napełniać melodyą izby pełne dymu i gwaru.
Godzina siódma wydzwoniła na zegarze umieszczonym na wierzchu bufetowéj szafy i akurat w tejże saméj chwili do fortepianu zbliżyła się kobieta niemłoda, któréj włosy dobrze już szron siwizny przypruszył. Zdjęła z siebie wypłowiałą mantylkę, uwolniła palce z rękawiczek, a otworzywszy fortepian i usiadłszy przy nim uderzyła kilka akordów. Potém z pod palców jéj popłynęły łagodne dźwięki jakiegoś starego, sentymentalnego walczyka, o rytmie spokojnym, miarowym jak chód starego zegara.
Szewcowa jakaś, czerwona i do wzruszeń skłonna, trąciła silnie swego małżonka w łokieć i rzekła z rozrzewnieniem:
— Jacuś, słuchaj, na naszém weselu tego walczyka grali... Pamiętasz, Jacusiu, serdeńko, pamiętasz?
— Pa...pa...miętam, pamiętam jagódko — odrzekł z trudnością pan majster. Gra bo gra! niech ją nie znam.
— Tak, tak Jacusiu, biedactwo jakieś, na starość grajkować musi... naści dwie dziesiątki, bęcnij jéj tam na fortepian, niech ma za swoją pracę, kiedy mi młode lata przypomniała.
On... wstał i chwiejnym krokiem ale z miną buńczuczną do fortepianu się zbliżył. — W ręce wyciągniętéj dwadzieścia groszy trzymał, już usta otwierał aby coś powiedziéć, gdy wzrok jego spotkał się ze spojrzeniem grającéj.
Musiało być coś magicznego w tém spojrzeniu, bo poczciwy majster oczy spuścił, przeproszenie jakieś wybąkał i delikatnie, nieśmiało datek swój podsunąwszy pod nuty na fortepianie leżące, odszedł do swego stolika.
Ta bawaryowa artystka umiała poszanowanie dla siebie obudzić. Zachowywała się z godnością, nie zbierała datków na nuty, nie obchodziła stolików — szanowali ją téż goście knajpowi — a nawet pijany rzemieślnik jeżeli bliżéj fortepianu siedział, miarkował swe wyrażenia i gesta żeby nie urazić... radczyni.
Bo ją „radczynią” nazywano w téj knajpie. Nikt nie znał jéj bliżéj, nie wiedział zkąd się tu wzięła; przed kilkoma miesiącami zaczęła tu grywać i od tego czasu stawiała się codziennie o siódméj i z małemi przerwami do dwunastéj grywała. Dostawała za to od pulchnéj gospodyni dwa złote, a że kolacyi w zakładzie jadać nie chciała, więc zawijano jéj w starą gazetę kawałek mięsa i chleba, i to podobno za obiad na drugi dzień jéj służyło. Stali goście bawaryi opowiadali sobie, że radczyni była niegdyś bogatą i że grywa z biedy — ale bieda to w mieście takie powszednie zjawisko, że już nie robi wrażenia. Zresztą radczyni była milcząca, nie odzywała się do nikogo, przychodziła o swojéj godzinie, grała do saméj północy, nie robiła sobie długich pauz i wypoczynków, a dzięki jéj, fortepian nieustannie brzęczał i rozweselał gości. Przyzwyczajono się do téj staruszki jak do jakiego mebla, lub obrazu, słuchano jéj muzyki codziennie.
Dziś radczyni, wbrew swemu zwyczajowi nie zachowywała się normalnie. Skończywszy walczyka, wstrząsnęła się nerwowo, zarzuciła na plecy chusteczkę i odpoczywała dość długo — potém wstała, poszła do bufetu i poprosiła o szklankę wody.
Kiedy powróciwszy zaczęła grać jakiegoś starego, odwiecznego lansiera, oczy jéj błysnęły dziwnym blaskiem, a na wychudłe policzki wystąpił mocny rumieniec. Grała z takiém ożywieniem i ogniem, że wszyscy goście oglądali się na nią, a jeden nawet szepnął sąsiadowi.
— Niema co gadać, panie Wincenty, dziś babina jest w sztosie.
Naprawdę, babina była w sztosie wspomnień. I dla niéj przecież świeciło niegdyś słońce i dla niéj kwitnęły kwiaty... Przypomniała jéj się wiosna życia, przypomniał niewykwinty salonik jéj rodziców, ongi dzierżawców niewielkiego folwarku; był tam także fortepian i tańczono lansiera...
Lansier téż szczególnie utkwił w jéj pamięci, bo w chwili reweransów i ukłonów dyganych, ongi... ongi.. nieboszczyk mąż wyznał jéj swoją miłość, oświadczył się...
Pamięta ona dobrze tę chwilę, pamięta przez całe życie — i nie zapomni nigdy. On był młody, przystojny, a przytém świat się przed nim otwierał... był urzędnikiem, miał tysiąc złotych pensyi. Na owe czasy to już pozycya.
I tak dobrze im było. Mieszkali w małém miasteczku, mieli własny domeczek z ogródkiem — on chodził do biura, awansował dość szybko, ona zaś pilnowała domeczku, chowała dzieci...
Dwoje im tylko Pan Bóg dał, syna i córkę — ale jakież to były te dzieci... mądre, ładne, dowcipne, chowały się dobrze i uczyły nieźle.
Nie obejrzeli się szczęśliwi małżonkowie, jak im blizko dwadzieścia lat życia ubiegło, szybko jak jedna chwila, słodko, spokojnie.
Mąż był już dygnitarzem — adjunktem przy naczelniku powiatu, szanowali go wszyscy, kłaniali mu się nizko — ona należała do najwyższych sfer miasteczka, sam naczelnik bywał u nich... raz nawet gubernator przejeżdżając, do nich na śniadanie wstąpił — do nich, choć były przecież inne domy! Naumyślnie nieboszczyka wyróżnił, jako urzędnika sumiennego, prawego, awans mu wtenczas obiecał.
Przeszło to wszystko, przeminęło, jak ostatnie dźwięki lansiera, który ukończyła właśnie.
Znowuż ją jakieś dreszcze wstrząsnęły, chciałaby poprosić o herbatę. Podanoby jéj natychmiast, ale to jakoś w bawaryi nie wypada... Zresztą powróci za parę godzin do domu — wie, że jest tam w maszynce troszkę nafty, to zagrzeje wody i będzie herbata. Herbata, a może lepiéj ziółka jakie, bo zimno dziś szczególnie...
Ale grać trzeba, fortepian długo już milczy.
Radczyni przypomina sobie ze swoich nut jakąś odwieczną, romantyczną „przechadzkę przy świetle księżyca.” To jéj się nadaje do wspomnień — bo w „promenadzie” owéj są westchnienia, szmery wód tajemniczych, daleki odgłos dzwonów.
Tak dzwonów... dzwonów... nasłuchała się ich w swojém życiu niemało, czuła ich uderzenia w sercu, jak pchnięcia zimnego noża, wtórowała im jękami...
Dobry, poczciwy jéj mąż nie dostał przyrzeczonego awansu, nie dostał, gdyż przeziębił się i umarł, umarł naprzekór przepowiedniom powiatowego lekarza, który tak ją uspokajał, tak zapewniał, że wszystko dobrze się skończy. — Ha skończyło się — długotrwała choroba pochłonęła zapasy, trzeba było domek obdłużyć nawet. Umarł mąż, umarł biedaczysko i emerytury nawet wysłużyć nie zdążył... Czy widzi teraz z wysokiego nieba swą towarzyszkę życia, czy słyszy, że ona gra tu w brudnéj, zadymionéj knajpie, ona, pani adjunktowa, szanowana tak niegdyś w miasteczku!!
Gra w bawaryi: „Promenade au clair de lune” — przechadzka przy świetle księżyca, ale dusza jéj jest gdzieindziéj. — Dusza jéj błądzi właśnie przy świetle księżyca na cmentarzu, wśród ukochanych grobów. Tuż przy kaplicy pod brzozami dwoma, mąż spoczywa snem wiecznym... już się i mogiła jego zapadła, i krzyż na niéj pochylił... nawet blacha z napisem na ścianie kaplicy przybita już zblakła, deszcze z niéj pozmywały litery, tylko smutku z serca zmyć nie mogły, boleści ukoić nie zdołały... Zapadła się mogiła męża... zapadła jak pierś osieroconéj wdowy... jak jéj oczy, które tyle łez wypłakały... Bo jakże nie miały wypłakać?! Jeszcze nad grobem męża trawa dobrze nie porosła, a już grabarz dla syna grób kopał. To jeszcze cięższa strata, jeszcze boleśniejsza rana. Matka grzebiąc dziecię, grzebie część własnéj istoty, grzebie swą dumę, szczęście, nadzieję.
Jéj syn, ten dzielny chłopak, który się uczył tak dobrze, który miał być pociechą i opieką matki na starość, zginął nieszczęśliwie, niespodziewanie, nagle. Padł ofiarą swéj własnéj szlachetności i poświęcenia się dla drugich...
Nieszczęście!
Poco chodził nad brzeg rzeki, poco ujrzał jakąś kobietę tonącą? Bez namysłu rzucił się w bystre nurty wody i byłby wyratował ofiarę nieostrożności — lecz ta objęła go konwulsyjnie za szyję, skrępowała ruchy w żelaznym, rozpaczliwym uścisku i poszli na dno oboje — oboje już martwych wydobyto.
Był to grom dla matki okropny — ale i ten przeżyła, gdyż ją jeszcze nowe krzyże czekały, gdyż jeszcze niewypłakała łez wszystkich. — Córka po roku pożycia z mężem umarła także i leży na Powązkach, a biedna matka osierocona już zupełnie, niema nikogo, nikogo na świecie... Dopóki mogła pracować, dopóki była silniejsza, trudniła się szyciem, lekcye dawała, lecz dziś do szycia oczy nie służą, rodzice żądają dla dzieci nowéj metody uczenia, skromny kawałek chleba wymyka się z ręki spracowanéj i drżącéj.
Skończyła się „Promenada,” radczyni obciera chustką krople potu z czoła i czuje, że jéj słabo, gorąco i zimno naprzemian.
Patrzy na zegar, wpół do jedenastéj dopiéro. Jeszcze półtoréj godziny tylko... to niedługo, całe lata przeszły takie ciężkie, takie bolesne — a jednak przeszły, minęły — półtoréj godziny cóż znaczy?!
Tyle przemyślała o grobach, o cieniach swoich ukochanych... Tak jéj smutno i boleśnie na duszy, cóż więc dziwnego, że zamiast skocznych tańców, „Ave Marya” zaczyna.
Ten i ów zatrzymuje kufel do ust niesiony — i słucha oglądając się w stronę fortepianu — w gwarnéj sali chwilowo cisza zalega...
Nareszcie pijany jakiś gość, uderza kuflem w stół z całéj siły i krzyczy:
— Panno! serka do kroć stu tysięcy, czy panna nie słyszysz, że tu jak na pogrzebie grają!
Muzyka tymczasem nie ustaje, gdyż grająca tego wykrzykniku nie słyszy, gra daléj, z coraz większą mocą, przyciska z całéj siły pedały, uderza z dziwną mocą w klawisze. Goście powstali z swych miejsc i spoglądają w zdumieniu; twarz grającéj jest blada jak kreda, usta zaciśnięte kurczowo, oczy szeroko rozwarte. Tylko palce nerwowo uderzają w klawisze, jak gdyby chciały wszystkie struny w fortepianie pozrywać.
Pulchna pani wytoczyła się z za bufetu, przyszła do grającéj, ujęła za rękę.
— Pani! pani! co pani wyrabia?
Muzyka ucichła. Ręce radczyni opadły bezwładnie.
— Pani coś jest, pani chora jesteś — zawołała z przerażeniem gospodyni. — Józiu! Maniu! ruszcie się, wody tu dajcie natychmiast!
Biedna kobieta westchnęła ciężko, spojrzała na gospodynię, na gości, na liczne kufle rozstawione po stołach i wnet przypomniała sobie gdzie jest.
— Przepraszam panią — rzekła — trochę mi było niedobrze... sama nie wiem co grałam...
— Ach, co pani grała! i ja nie wiem co pani tam grała — takie granie to w kościołach grywają.
— Niech mi pani wybaczy... poprawię się — rzekła cicho — zagram co innego...
W gronie gości znalazł się jakiś felczer.
— Ej, co pani zagra — rzekł — kiedy pani ledwie siedzi na krześle. Pani gospodyni, kieliszek wina dać — a jak nie — to ja funduję i basta!
— Nie zawracaj pan głowy z swoją fundą... cóż to, ja pożałuję dla choréj? za pieniądze będę dawać — jak jaka aptekarka, widzisz go, jaki mi fundator!
Pobiegła do bufetu, nalała kieliszek wina i przyniosła cierpiącéj. Ta wypiła do dna, wszystko, chciwie; rumieńce wystąpiły jéj na policzki.
— Może jeszcze — rzekła gospodyni — proszę, niech sobie pani nie żałuje, ja mam tego dobrego dosyć — bardzo proszę.
— Nie — nie, dziękuję pani — już mi dobrze, już mi zupełnie dobrze... mogę już grać...
— No, Bogu dzięki, myślałam, że się pani rozchoruje — ale kiedy pani grać może — to już dobrze.
— Mogę, mogę... zagram w téj chwili.
— Tylko proszę pani, nie tak jak przedtém — coś wesołego koniecznie — to goście najlepiéj lubią.

— Wesołego... ha! dobrze — postaram się, zagram coś bardzo wesołego, skocznego...

...bo jéj serce pękło.

Zamyśliła się nieco — sięgnęła w przeszłość pamięcią. Wesołego chcą... kiedyż była wesołą? O, dawno to już, dawno... ale prawda, ostatni raz na weselu córki. Pamięta doskonale. Wtedy miała na sobie suknię jedwabną, popielatą.
Mieszkały właśnie z córką na Kanonii, już po śmierci ojca i syna, po wyprowadzeniu się z miasteczka. Miały ładne dwa pokoiki, fortepian, bo wtedy były jeszcze jakieś resztki i siły do pracy.
To była jesień jéj życia, a wesele córki najpiękniejszym dniem téj jesieni...
Gości było niewiele, coś dziesięć, czy dwanaście osób wszystkiego; panna młoda i druchny chciały trochę potańczyć, fortepianik był w domu, panienki grały naprzemian.
Zabawa szła tak raźno i ochoczo — że już świt w okna zaglądał — a młodzież jeszcze tańczyła.
— Mamuniu, droga, mateczko — mówiła panna młoda, zagraj nam białego mazura! zagraj najdroższa, niech się córka twoja chociaż na weselu własném zabawi.
Wtenczas matka usiadła do fortepianu i grała, grała przez dwie godziny, a może dłużéj, — ale jak, z jakim ogniem, z jakiem życiem...
I teraz zagra tak samo. Chcą wesołego... dobrze! odda im to co miała najweselszego w swojem życiu... odda im, bo choć jéj w oczach krwawo, choć sił braknie, grać musi — aby ostatniego środka do życia nie stracić...
Uderza w klawisze.
Skoczny rytm mazura rozlega się po sali — rozbrzmiewa tempem coraz żywszém, prędszém, goście wybijają takt kuflami, kilku wtóruje półgłosem.
— O, tak to lubię! to ci ogień dopiero! — woła jakiś gość gruby, przytupując krótkiemi nogami — brawo! pani radcowa, jak Boga kocham — brawo! To ci mazur — i w tyjatrze nie usłyszy! hu! ha!
Biedna kobieta nie widzi tego zachwytu, nie słyszy pochlebnych okrzyków gości, ona gra i gra! a przed oczami jéj wyobraźni, podbudzonéj dziś wyjątkowo, przesuwają się dorodne pary, a wśród nich miga biała sukienka — Zosi ukochanéj.
Och wesele, wesele!... droga córka, tak kochała swego męża, tak się rwała do życia... Mazur rozbrzmiewał w małym saloniku na Kanonii, a Zosia oparta na ramieniu męża, zdawała się płynąć w powietrzu.
Śliczny mazur! biały mazur... na weselu córki palce z błyskawiczną szybkością biegały po klawiaturze, tancerze byli w zachwycie.
Coraz silniéj, coraz donośniéj brzmiał mazur... w zadymionéj knajpie gwarno było. Ten i ów zachwycony przyśpiewywał półgłosem.
Naraz, w połowie najsilniejszego akordu, fortepian zgrzytnął fałszywie — a głowa grającéj bezwładnie pochyliła się w tył.
Stojący blizko fortepianu felczer przyskoczył natychmiast, suknię na piersiach omdlałéj rozrywać zaczął. Goście powstawali z miejsc.
Z za bufetu wysunęła się pulchna gospodyni.
— Co to jest? czy struna pękła w fortepianie?
— Pal dyabli wszystkie struny i cały fortepian — rzekł felczer — tu gorszy jest interes — bo jéj serce pękło!


Jan Sygański - Historya Nowego Sącza ornament 029.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.