W górach (Prus)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł W górach
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom V—VII
Szkice i obrazki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
W GÓRACH.

— Panie drogi — mówił do mnie jeden z przyjaciół, wielki dziwak — panie drogi, homeopaci mają znakomitą zasadę: „podobne leczy się podobnem.“ Przecież ospę nawet alopaci leczą ospą, a Pasteur wściekliznę chce leczyć wścieklizną. Ale naco te przykłady?... Opowiem panu fakt, na który patrzyłem, gdzie człowiek z urojonych strachów uleczył się zapomocą istotnego niebezpieczeństwa.
Po tym wstępie mój przyjaciel zapalił cygaro i ciągnął dalej:
— Pierwszy raz widziałem Alpy przed dwudziestoma laty, przyjechawszy do Thusis. W kilka dni po przybyciu do tego miasteczka, wybrałem się z pewnem towarzystwem na mały spacer. Przy tej jednak okazji najadłem się tyle strachu, że, zniechęcony, natychmiast opuściłem Thusis, a następnie przez kilka lat nie mogłem patrzeć na góry.
Na ową wycieczkę poszliśmy w sześć osób: było nas dwu Polaków, Niemiec, Anglik i dwie damy Francuzki, wszystko lokatorowie tego samego hotelu. Nie wzięliśmy przewodnika, ponieważ Anglik znał miejscowość, a szczyt, na który mieliśmy się drapać, zdawał się tak widocznym i łatwym, jak to krzesło na środku pokoju. Widziałem wprawdzie przez lunetę na stoku góry jakieś zmarszczki poprzeczne i podłużne, ale ponieważ nie były większemi od zagonów, nie myślałem o nich. Dziwiłem się nawet, że na taki spacerek wychodzimy z hotelu o dziewiątej rano; nie chcąc się jednak przyznawać, iż nie mam pojęcia o górach, nie robiłem żadnych uwag, a w podróży zachowywałem się jak turysta, który przedeptał Himalaje. To zjednało mi ogólny szacunek, a wyjątkową sympatją u Niemca.
Naturalnie, odpłacałem mu wzajemnością, był to bowiem niesłychanie miły człowiek, który miał, niestety! jedną wadę: chorował na zawroty głowy.
Drogę mieliśmy wesołą; wszyscy, nie wyłączając Anglika, zbytkowali jak dzieci; tylko ja byłem poważny, a Niemiec na każdej spadzistości oglądał się za siebie i cytował wyjątki z Wirgiljusza. Mówił, że jest to najlepszy sposób odwrócenia uwagi od tego, na co nie chcemy patrzeć.
— Więc i tutaj kręci się panu w głowie? — spytałem.
— Tak — odparł szybko — ale... nie mówmy o tem, bo nie zrobię ani kroku naprzód.
Umilkłem, a mój Niemiec coraz głośniej deklamował Wirgiljusza i coraz częściej oglądał się za siebie. Raz nawet schwycił mnie za rękę i szepnął do ucha:
— Pański spokój jest dla mnie źródłem odwagi. Gdyby pana tu nie było, ustałbym w drodze, albo... karkbym skręcił...
Zimny pot wystąpił mi na czoło, ponieważ stan mojej duszy był zupełnym kontrastem tego, co biedny towarzysz wyobrażał sobie o mnie.
Przedewszystkiem mocno mnie niepokoiło to, że, pomimo dwugodzinnej podróży, góra, na którą mieliśmy wejść, wcale się do nas nie zbliżyła: zdawało mi się, że ciągle stoi od nas mniej więcej o wiorstę drogi. Ale moje zakłopotanie dosięgło zenitu, gdy nagle, góra, dokąd zbliżaliśmy się, znikła, a zamiast niej zobaczyłem ogromne masy ziemi i skał, które zaczynały się gdzieś głęboko w dole, a kończyły — chyba pod gwiazdami.
Ściana, na którą wdrapywaliśmy się, miała formę olbrzymich schodów, ze stopniami po kilkaset kroków wysokiemi. Stanąwszy pod takim stopniem, myślałem, że to już szczyt, lecz po kwadransie wchodzenia przekonywałem się, że zamiast na szczycie, znajdujemy się na nowym stopniu, albo na małem poletku, za którem stoi jeszcze jeden stopień. I tak bez końca.
Droga tymczasem stawała się coraz dzikszą. Znikły lasy, trawa, kosodrzewina, nawet ziemia — gruntowa. Stąpaliśmy po warstwie kamieni, coraz większych i coraz łatwiej usuwających się z pod nóg. Coraz gęstszą gromadą otaczały nas olbrzymie czuby gór, przystrojonych kitami obłoków, albo wąwozy, dyszące mgłą niebieskawą.
Niekiedy fałdy góry wygładzały się; niknęły jej wielkie stopnie i tarasy, a zamiast nich widziałem pochyłą ścianę, która wymykała mi się z pod nóg i biegła stromo aż do szafirowych lasów, drzemiących o wiorstę głęboko. Raz, gdym na chwilę zapomniał, że jestem na górze, przywidziało mi się, że stoję na równinie, która nagle uchyla mi się pod nogami; część jej podnosi się aż do nieba, a druga część spada gdzieś aż do wnętrza ziemi. Uczułem zawrót głowy i, aby nie stoczyć się, chwyciłem za ramiona idącego przede mną Niemca. On przyśpieszył kroku, i znaleźliśmy się w miejscu mniej stroniem.
— Dziękuję panu... — szepnął, mocno ściskając mi rękę. — Już mi lepiej... Uratowałeś mi życie...
Osłupiałem ze zdumienia. A tymczasem, idące przed nami damy poprawiały na sobie szale i sukienki, które, według ich opinji, układały się niedosyć estetycznie.
— Ogromny upał! — rzekła jedna.
— Co za niewygodna droga! — biadała jej towarzyszka.
Po kwadransie spokojniejszej drogi, ściana, na którą wstępowaliśmy, skończyła się. Zobaczyłem, że ze wszystkich stron otaczają nas nagie albo śniegiem pokryte wierzchołki gór, że między nami i niemi niema nic, a raczej jest tylko powietrze. Nie wiem dlaczego, uczułem w tej chwili jakąś spokojną dumę i bezprzedmiotowy zachwyt.
— Jesteśmy na szczycie — rzekł Anglik i skłoniwszy się damom, zapalił cygaro.
— Prześliczny widok! — zawołały obie panie.
Wydobyły z kieszeni lusterka i zaczęły poprawiać sobie nieco patargane włosy.
— Druga godzina! — odezwał się mój rodak po polsku.— Djabli wzięli obiad, a może i kolacją...
Niemiec tymczasem usiadł i, pochyliwszy twarz do ziemi, począł deklamować Wirgiljusza.
— Czy widzisz pan Thusis? — spytałem go. — Wygląda jak kilka ziarnek grochu.
— Nic nie widzę i na nic nie patrzę — odparł. — Nadewszystko nie wiem, czy stąd zejdę!...
Anglik spostrzegł bladość na jego twarzy, pokręcił głową i podał mu flaszkę koniaku. Chory biedak wypił, trochę odpoczął i uspokoił się.
Siedzieliśmy z kwadrans, gdy zerwał się wiatr dosyć chłodny. Właśnie spoglądałem w kierunku Thusis i zobaczyłem szczególne zjawisko. W głębokim wąwozie, który leżał u nóg naszych, błękitna mgła nabrała jaśniejszej barwy, potem zrobiła się niebieskawą, blado-niebieską, nareszcie zupełnie białą. A potem szybko zaczęła wypełniać wszystkie doliny, tak, że zdawało się, iż otacza nas morze mleczne, po którem szczyty gór pływają. I nietylko pływają, ale stopniowo zaczynają zanurzać się i tonąć. Widziałem wyraźnie jakiś ruch między mgłą i górami, ale przeraziłem się, gdym spostrzegł, że szczyt, na którym stoimy, poczyna spadać nadół... Byłbym przysiągł, że spadamy na rozpostarty pod nami obłok, ku któremu zbliżaliśmy się ogromnie prędko.
— Co to znaczy? — zapytała jedna z dam Anglika.
— Mgła podnosi się w górę — odparł nieco zasępiony. — Musimy schodzić — dodał.
„A więc to nie my spadamy, tylko mgła podnosi się ku nam!...“ — pomyślałem znacznie spokojniejszy.
Ale obłoki mają prędkie skrzydła. Jeszcze nie zdążyliśmy powstać z siedzenia, a już mgła otoczyła nas ze wszech stron, i, pomimo dnia, zrobiło się tak ciemno, że nie widzieliśmy nawet o parę kroków. Na rękach i twarzach poczuliśmy wilgoć, potem zaczął padać deszcz, potem deszcz ze śniegiem, a potem śnieg tak gęsty, jak u nas podczas zawiei.
Pomimo to, szliśmy, trzymając się za ręce, droga bowiem była bezpieczna, a Anglik znał ją wybornie. Niekiedy pod nogami usuwały nam się śliskie kamienie, a wówczas — zjeżdżaliśmy kilka łokci nadół wśród ogromnego śmiechu. Najgłośniej śmiał się Niemiec, który nabrał doskonałego humoru od chwili, kiedy mgła zasłoniła mu spadek góry i przepaści pod nią leżące.
Po jednem takiem poślizgnięciu się zjechaliśmy nie dwa albo trzy, ale ze trzydzieści łokci nadół. Już damy zaczęły krzyczeć: „ach! ach!“ — kiedy pęd nasz zwolniał, i uczuliśmy pod nogami twardą skałę.
Niemiec, bardzo zadowolony, powstał pierwszy i wyciągnąwszy kij, chciał iść naprzód. Ale zatrzymał go Anglik.
— Za pozwoleniem — rzekł — muszę zorjentować się, gdzie jesteśmy.
Posunął się kilka kroków po omacku i wnet rozpłynął się we mgle.
— Ho! ho!...
Znowu wrócił, ale na jego twarzy dostrzegliśmy niepokój.
— Może przyda się panu busola? — spytał go mój rodak.
— Ależ naturalnie, pokaż pan! — odpowiedział Anglik, niecierpliwie chwytając w rękę małą busolę, którą mój rodak ozdabiał dewizkę zegarka.
Anglik patrzył, kręcił busolą i głową, wreszcie klasnął językiem.
— Musimy zatrzymać się, dopóki mgła nie przejdzie — rzekł z uśmiechem do dam.
A do nas szepnął:
— Zbłądziliśmy; jesteśmy zupełnie w innej stronie góry...
— A jak wysoko stoimy?... — zapytał Niemiec.
— Może w połowie góry, zresztą... czy ja wiem?
— A może tu jest gdzie przepaść?... — spytał znowu Niemiec.
— I za to nie ręczę — odparł Anglik. — W każdym razie brzegi tej skały są bardzo spadziste.
Damy siedziały zachmurzone.
— Szkoda, żeśmy nie wzięły maszynki do czekolady — odezwała się jedna z nich.
Było już po czwartej, kiedy dmuchnął silny wiatr z boku i na chwilę odsłonił horyzont.
Dreszcz przebiegł mi po skórze. Zobaczyłem, że siedzimy jakby na gzymsie, kilkanaście łokci szerokim. Za nami stała spadzista ściana góry, pokryta śliskiemi kamieniami, po których w tej chwili niepodobna było się wdrapywać, a przed nami — o wiorstę niżej — dolina...
O zejściu z gzymsu w stronę doliny nie mogło być mowy, w tem bowiem miejscu skalista ściana góry spadała prawie prostopadle.
— Kiedyż ruszymy, panowie? — odezwała się jedna z dam.
— Jak mgła przejdzie — odpowiedział Anglik.
— A jeżeli do nocy nie przejdzie?
— To będziemy tu nocowali.
— Pan żartuje?...
— Wcale nie — odparł z powagą. — Wpadliśmy w pułapkę i musimy być cierpliwymi.
— Więc dawajcie, panowie, jakieś hasła — wtrąciła druga. — Okolica nie jest przecież pusta, może kto usłyszy...
— Właśnie tak chcemy zrobić...
Mój ziomek miał rewolwer, z którego począł strzelać w stronę doliny. Ale huk był tak słaby, żem wątpił, aby go kto usłyszał.
Tymczasem mgła gęstniała coraz bardziej. Damy owinęły się w szale i siedziały smutne, a Niemiec chodził tam i napowrót, z oznakami wielkiego rozdrażnienia.
Nagle wziął mnie za rękę i odprowadził nabok. Twarz jego miała dziki wyraz.
— Panie — rzekł zmienionym głosem — wiem, że siedzimy nad przepaścią, a choć jej nie widzę, na samą myśl o niej czuję tak straszny zawrót głowy, że... nie wytrzymam dłużej...
— Więc cóż pan zrobisz?... — zapytałem zdumiony.
— Rzucę się! Wolę zginąć, niż tak cierpieć... Pana tylko ostrzegam o tem; inni niech nic nie wiedzą...
— Oszalałeś?...
— Tak... czuję, że oszalałem...
W tej chwili zbliżył się Anglik i, nim się opamiętałem, pochwycił szalonego. Chciał związać mu ręce, a do mnie rzekł półgłosem:
— Zarzuć mu chustkę na głowę...
Ale nieszczęśliwy wyrwał się, odepchnął nas obu i pobiegł wzdłuż gzymsu, na lewo.
Po chwili usłyszeliśmy ciężki upadek i stłumiony grzechot toczących się kamieni...
— Co się tam dzieje? — zawołała jedna z dam, usłyszawszy hałas.
— Nic — odparł głucho Anglik. — Nasz towarzysz próbuje wejść na górę...
A do mnie szepnął:
— Ani słowa o tem, bo inaczej reszta pójdzie za nim. W takiej chwili szał jest zaraźliwą chorobą. Przykre położenie...
Wypił potężny łyk konjaku, poczęstował mnie, a potem... ładnym tenorem zaintonował arją z jakiejś operetki. Zachmurzone Francuzki rozjaśniły twarze i zaczęły śpiewać razem z Anglikiem. Nawet mój rodak zapomniał o obiedzie i zawtórował im fałszywym basem, nieustannie myląc się w melodji.
Tylko ja milczałem, zdumiony i przerażony. Ten śpiew nad przepaścią, po tak strasznym wypadku, dał mi poznać nadludzką odwagę Anglika, ale i grozę położenia.
— Śpiewaj pan! — zawołała do mnie jedna z dam. — Jest to najlepszy sposób na nudy i zimno.
— Może także zwróci na nas uwagę górali — dodała druga.
I zaczęli we troje nową arją, jeszcze weselszą. Tym razem mój ziomek darł się bez ceremonji, po polsku, w te słowa:
„Żeby cię djabli porwali, Angliku, razem z twoją górą! Gdybym nie bał się Szwajcarów, zjadłbym cię zamiast cielęciny na obiad“.
Anglik bardzo uprzejmie zwracał do niego twarz pobladłą i wywijał takt ręką.
Wtem... usłyszeliśmy jakiś głos zdołu. Anglik zerwał się na równe nogi i pobiegł w tę stronę gzymsu, z której rzucił się Niemiec.
— Hop! hop! — wołano zdołu.
— Hop! hop! — odpowiedzieliśmy chórem.
Obie damy pocałowały się z radości.
— Nie zabiłem się! — wołał głos. — Schodźcie państwo tędy nadół!... Pyszna droga!...
Ze zdumieniem poznaliśmy głos naszego Niemca.
— Z tego gzymsu panowie możecie zeskoczyć, jest zaledwo kilka łokci wysoko... Ale damy trzeba znieść na ramionach — krzyczał Niemiec.
— Chwała Bogu! — zawołał mój ziomek — przynajmniej zjem dziś kolacją!...
I skoczył prosto w mgłę.
Usłyszeliśmy znowu grzechot kamieni i biadający głos ziomka:
— A niech go piorun trzaśnie z taką drogą!... Pewniem nogę wywichnął...
Poczem usłyszeliśmy w dole rozmowę. Widocznie już spotkał się z Niemcem.
Zkolei zeszliśmy wszyscy, pomimo protestu pań, które w żaden sposób nie chciały stawać na ramionach Anglika. Wkońcu jednak rozmyśliły się: skała bowiem w tem miejscu tworzyła rodzaj progu, wysokiego na trzy do czterech łokci, skąd trzeba było albo skakać, albo schodzić przy pomocy osoby, stojącej na dole.
Opuściwszy fatalny gzyms, znaleźliśmy się na spadzistym stoku, od góry do dołu zasypanym kamieniami. To też nie szliśmy, ale staczaliśmy się z ogromną szybkością i hałasem, wziąwszy się we czworo za ręce: panie w środku, a my z Anglikiem na skrzydłach. Poniżej nas, trochę z boku, ujrzeliśmy we mgle jadące dwa cienie: był to mój ziomek i niedoszły samobójca — Niemiec. Pomimo wielkiej szybkości, nieomal przez kilka minut toczyliśmy się po stromym spadku góry. Im jednak spadaliśmy niżej, tem bardziej mgła rzedniała; nareszcie w połowie spadku ujrzeliśmy dolinę, a na niej kilka pasterskich szaletów.
Gdy w kwadrans później zeszliśmy się wszyscy na łące, Anglik, wziąwszy Niemca pod rękę, rzekł do pań:
— Czy panie wiedzą, że przed godziną ten człowiek chciał się zabić?
Samobójca, zawstydzony, odszedł nabok, a Francuzki, widząc powagę, z jaką Anglik mówił, zaczęły się śmiać. Nawet mój ziomek uważał to za doskonały koncept. Ale gdyśmy opowiedzieli wypadek, jedna z dam rozpłakała się, a druga dostała spazmów.
Istotnie chwilowemu szaleństwu naszego towarzysza zawdzięczaliśmy życie. Gzyms bowiem wisiał nad przepaścią, a tylko w tem miejscu, skąd skoczył Niemiec, można było zejść w dolinę bez narażenia się na śmierć.
Reszta jego przygody była dosyć prosta.
Rzuciwszy się ze skały, trafił na warstwę kamyków, a chcąc prędzej skończyć ze swoim zawrotem głowy, biegł przed siebie na oślep. Po kilku minutach wyminął strefę mgły i zobaczył — drogę bezpieczną. Wtedy, ochłonąwszy ze wzruszenia, z niemałym trudem wdrapał się znowu na górę, aby nas z niej sprowadzić.
— No, i co pan powiesz — zakończył mój przyjaciel — że od tego wypadku Niemiec najzupełniej pozbył się zawrotu głowy... Został nawet członkiem klubu alpejskiego, a dziś jego nazwisko spotykam na liście turystów, którzy wchodzą na najwyższe szczyty...
Podobne leczyć podobnem!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.