Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 01.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Zbłądziliśmy; jesteśmy zupełnie w innej stronie góry...
— A jak wysoko stoimy?... — zapytał Niemiec.
— Może w połowie góry, zresztą... czy ja wiem?
— A może tu jest gdzie przepaść?... — spytał znowu Niemiec.
— I za to nie ręczę — odparł Anglik. — W każdym razie brzegi tej skały są bardzo spadziste.
Damy siedziały zachmurzone.
— Szkoda, żeśmy nie wzięły maszynki do czekolady — odezwała się jedna z nich.
Było już po czwartej, kiedy dmuchnął silny wiatr z boku i na chwilę odsłonił horyzont.
Dreszcz przebiegł mi po skórze. Zobaczyłem, że siedzimy jakby na gzymsie, kilkanaście łokci szerokim. Za nami stała spadzista ściana góry, pokryta śliskiemi kamieniami, po których w tej chwili niepodobna było się wdrapywać, a przed nami — o wiorstę niżej — dolina...
O zejściu z gzymsu w stronę doliny nie mogło być mowy, w tem bowiem miejscu skalista ściana góry spadała prawie prostopadle.
— Kiedyż ruszymy, panowie? — odezwała się jedna z dam.
— Jak mgła przejdzie — odpowiedział Anglik.
— A jeżeli do nocy nie przejdzie?
— To będziemy tu nocowali.
— Pan żartuje?...
— Wcale nie — odparł z powagą. — Wpadliśmy w pułapkę i musimy być cierpliwymi.
— Więc dawajcie, panowie, jakieś hasła — wtrąciła druga. — Okolica nie jest przecież pusta, może kto usłyszy...
— Właśnie tak chcemy zrobić...
Mój ziomek miał rewolwer, z którego począł strzelać w stronę doliny. Ale huk był tak słaby, żem wątpił, aby go kto usłyszał.