Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 01.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Tymczasem mgła gęstniała coraz bardziej. Damy owinęły się w szale i siedziały smutne, a Niemiec chodził tam i napowrót, z oznakami wielkiego rozdrażnienia.
Nagle wziął mnie za rękę i odprowadził nabok. Twarz jego miała dziki wyraz.
— Panie — rzekł zmienionym głosem — wiem, że siedzimy nad przepaścią, a choć jej nie widzę, na samą myśl o niej czuję tak straszny zawrót głowy, że... nie wytrzymam dłużej...
— Więc cóż pan zrobisz?... — zapytałem zdumiony.
— Rzucę się! Wolę zginąć, niż tak cierpieć... Pana tylko ostrzegam o tem; inni niech nic nie wiedzą...
— Oszalałeś?...
— Tak... czuję, że oszalałem...
W tej chwili zbliżył się Anglik i, nim się opamiętałem, pochwycił szalonego. Chciał związać mu ręce, a do mnie rzekł półgłosem:
— Zarzuć mu chustkę na głowę...
Ale nieszczęśliwy wyrwał się, odepchnął nas obu i pobiegł wzdłuż gzymsu, na lewo.
Po chwili usłyszeliśmy ciężki upadek i stłumiony grzechot toczących się kamieni...
— Co się tam dzieje? — zawołała jedna z dam, usłyszawszy hałas.
— Nic — odparł głucho Anglik. — Nasz towarzysz próbuje wejść na górę...
A do mnie szepnął:
— Ani słowa o tem, bo inaczej reszta pójdzie za nim. W takiej chwili szał jest zaraźliwą chorobą. Przykre położenie...
Wypił potężny łyk konjaku, poczęstował mnie, a potem... ładnym tenorem zaintonował arją z jakiejś operetki. Zachmurzone Francuzki rozjaśniły twarze i zaczęły śpiewać razem