Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 01.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z Anglikiem. Nawet mój rodak zapomniał o obiedzie i zawtórował im fałszywym basem, nieustannie myląc się w melodji.
Tylko ja milczałem, zdumiony i przerażony. Ten śpiew nad przepaścią, po tak strasznym wypadku, dał mi poznać nadludzką odwagę Anglika, ale i grozę położenia.
— Śpiewaj pan! — zawołała do mnie jedna z dam. — Jest to najlepszy sposób na nudy i zimno.
— Może także zwróci na nas uwagę górali — dodała druga.
I zaczęli we troje nową arją, jeszcze weselszą. Tym razem mój ziomek darł się bez ceremonji, po polsku, w te słowa:
„Żeby cię djabli porwali, Angliku, razem z twoją górą! Gdybym nie bał się Szwajcarów, zjadłbym cię zamiast cielęciny na obiad“.
Anglik bardzo uprzejmie zwracał do niego twarz pobladłą i wywijał takt ręką.
Wtem... usłyszeliśmy jakiś głos zdołu. Anglik zerwał się na równe nogi i pobiegł w tę stronę gzymsu, z której rzucił się Niemiec.
— Hop! hop! — wołano zdołu.
— Hop! hop! — odpowiedzieliśmy chórem.
Obie damy pocałowały się z radości.
— Nie zabiłem się! — wołał głos. — Schodźcie państwo tędy nadół!... Pyszna droga!...
Ze zdumieniem poznaliśmy głos naszego Niemca.
— Z tego gzymsu panowie możecie zeskoczyć, jest zaledwo kilka łokci wysoko... Ale damy trzeba znieść na ramionach — krzyczał Niemiec.
— Chwała Bogu! — zawołał mój ziomek — przynajmniej zjem dziś kolacją!...
I skoczył prosto w mgłę.
Usłyszeliśmy znowu grzechot kamieni i biadający głos ziomka: