Verte/Część pierwsza/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.

Elża ocknęła się z głębokiego snu, otworzyła oczy szeroko i ciekawie spojrzała dokoła.
— Warownia! ach tak, jestem w Warowni. Podróż koleją, potem sankami, wilki, wieczór w rodzinie Burbów i oto już ranek. Szary jakiś dzień, zima, brrr...
Wyskoczyła z łóżka, stanęła w oknie.
Śnieg i śnieg, białe wały, góry śniegu. Dokoła stoi czarny bór, oszroniony sadzią mrozu. Biała pustka, biel i chłód. Elża zadrżała. Przykre nad wyraz uczucie owładnęła nią całą.
— Poco ja tu przyjechałam.
Taki lęk wpełznął do jej duszy, taki żal za słońcem, błękitem i morzem, że nagle poczuła w oczach łzy. Ze ściśniętym sercem patrzyła na białe zaspy, na głębie leśnego wału i żaliła się sama przed sobą.
— Taka pustka, jestem tu jak za chińskim murem, cóż mnie tu zaniosło?..
Ze zwieszoną głową, apatycznie wróciła do łóżka.
Wspomnienie Riviery, pożegnanej przed kilku dniami, nie dawało jej spokoju. Wszystkie obrazy, widoki stanęły przed nią jak na jawie, zdławiła ją gnębiąca tęsknota. Tu zimno, biało, pusto, a tam, słońce zalewa potokami błękitne fale morza ukochanego, góry, winnice; całuje róże krwiste, ozłaca białe wille, pałace, hotele. Życie wre, bulwary szumią wesołą rozmową tłumów, jest szeroko, przestrzennie. Ach, tam jakoś życie porywa, unosi w krainę snów i baśni. A tu — taka głusza. Cóż ja tu robię w tej puszczy?..
Żywo sięgnęła do ręcznej walizki i wydobyła z niej duży zeszyt, oprawny w krokodylą skórę. Ułożyła się wygodniej w łóżku.
Otworzyła książkę w jakiemś miejscu. Uśmiech rozjaśnił jej twarz. Zaczęła czytać.

„Miałam dziś bardzo miłą chwilę. Zrobiliśmy wycieczkę do Antibes samochodem. Artur sam kierował motorem; siedziałam z nim, a poza nami starzy Chreptowscy i młodzi państwo D’Ivonie. Cudna jazda tym ślicznym ciemno-ponsowym automobilem Artura, kierowanym jego śmiałą, pewną ręką. Ciepły wiatr śmiga po twarzy, widoki wprost bajeczne zmieniają się kalejdoskopowo, jest wrażenie, że się ma przypięte skrzydła do ramion i że zależy od siebie tylko, by z szalonego pędu po ziemi wzlecieć natychmiast w powietrze. Rozmawialiśmy z sobą mało, czułam się daleko lepiej w tym upojnym milczeniu, a zdaje się, że i on także. Jego wzrok, skierowany na mnie niekiedy z pod lekko zmrużonych powiek, działał jak narkotyk. Nie słyszałam, o czem tam za mną rozmawiają, byłam całkowicie pod urokiem... bądźmy szczerzy... Artura. W Villefranche oczekiwał nas szofer, któremu Dovencourt-Howe oddał maszynę; byliśmy w porcie. Stał na kotwicy pancernik angielski „Wellington” — przygotowany już do odpłynięcia. Zwiedzaliśmy go, za protekcją Artura, przez niego oprowadzani. Jako oficer rezerwy marynarki miał tu, wstęp wszędzie, znał przytem osobiście kapitana. Imponujące wrażenie zrobiły na mnie potężne maszyny pancernika i wewnętrzne urządzenie tego olbrzyma. Dovencourt pokazywał statek nam wszystkim, do mnie jednak zwracał się wyłącznie z typowym swoim sposobem bycia, który, poza chłodną uprzejmością, kryje coś odrębnego, co działa na otoczenie, lecz na mnie najsilniej. Wysoko, na mostku kapitana, zdarzyło się, że zostaliśmy chwilkę sami. Artur rzekł nagle matowym głosem:

— Chcę mieć wrażenie, że płyniemy gdzieś po oceanie, daleko od ludzi i nieznośnego gwaru. Ale nawet złudzenia być nie może.
— Dlaczego?.. — spytałam.
— Och no, — byłoby inaczej.
— Jakby było?..
Spojrzał na mnie z pod rzęs, tak po swojemu, trochę z góry.
— Pyta pani przez ciekawość tylko, ja zaś nie lubię ciekawości niewieściej zaspakajać.
— Niech pan wycofa słowo „tylko” i, ową „niewieścią ciekawość”.
— Więc... mam odpowiedzieć?..
— Proszę.
Czułam, że płonę.
— Chce pani tego?..
— Tak.
Patrzył na mnie badawczo.
— A zatem płynęlibyśmy nie na pancerniku, lecz na yachcie Okeanos, który pani zna, na naszym yachcie, w świat, w przestrzenie, tam gdzie pani lubi, gdzie pani chciałaby być.
— I może kiedyś będę. — ... Gdzie... chciałabym być... — westchnęłam zcicha.
— Ale ze mną, — szepnął prędko. Wołano już nas z dołu. Całe towarzystwo nadeszło. Widziałam, że pani D’Ivonie przyglądała mi się uważnie swojemi bystremi czarnemi oczami. Artur był zimny, jak zwykle: sztywny chłód jego nie zdradzał żadnych wzruszeń. Po zwiedzeniu pancernika zgromadziliśmy się na przystani. „Wellington” odpływał właśnie. Kapitan statku żegnał nas, salutując, i rozmawiał chwilę z Arturem, poczem wydał jakieś polecenie załodze. Na pokładzie ukazała się orkiestra okrętowa, złożona z kilkunastu marynarzy z ogromnemi trąbami, błyszczącemi w słońcu. Gdy pancernik, uwolniony z kotwicy, ruszył od brzega, zadęto w trąby hucznie. Dźwięk śpiżowy, tchnący jakąś grozą, rozlał się po falach szeroko, melodja poważna, dość niezwykła i majestatyczna, przytłaczała jakby swą olbrzymiością, padała na wzniesione bałwany potęgą dostojnych tonów. Kapitan stał na swym mostku z dłonią przy kaszkiecie, cała załoga również. Spojrzałam na Artura. Kapelusz trzymał, uniesiony lekko nad głową.
— Czy to hymn narodowy? — spytałam.
— To hymn marynarki.
— Grają go in gratiam pani na jej cześć — dodał D’Ivonie, stojący obok.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
— Ależ tak, — potwierdził uparty francuz, czarny i żywy jak żuk. Słyszałem, jak pan Dovencourt-Howe rozmawiał z kapitanem. Ten hymn, to owacja dla pani.
Z kolei spojrzałam pytająco w oczy Artura.
— Tak, — odrzekł krótko.
Zmierzyliśmy się wzrokiem i ja spuściłam powieki. Coś szczególnego miewa on w swych oczach, gdy tak na mnie patrzy. Nawet mu nie powiedziałam „dziękuję”, wydało mi się to zbyt szablonowem. W milczeniu obserwowałam odpływający pancernik. Jest w tem wyłączny wyraz, zdało mi się wówczas, że statek jest istotą żywą i czułą. Odsuwa się od brzegu wielki, pompatyczny, pyszny ze swych kominów i mocy, jest jakby nadęty butą, zda się być niezwalczony. Płynie dumny, wygląda wspaniale ze wzniesionym czołem; bierze zaborczo pod siebie rozkołysane fale, miażdży je żelazną piersią; z tyłu kolosalna śruba burzy wodę, aż pienisty szlak pozostaje po niej, niby olbrzymi ogon. W takiej chwili statek imponuje morzu, kpi sobie z fal, lekceważy góry bałwanów, idzie jak tytan, jak zwycięzca, przed którym morze rozpłaszcza się poddańczo. Uderza w oczy ta niewolniczość morza przy zwycięskim gmachu prącego naprzód pancernika. Jest złudzenie, że wchłonie on w siebie całą tę masę wód. Nie mogłam oderwać zachwyconych oczu od tych dwóch potęg, dążących ku sobie na spotkanie. Trąby grały jeszcze, wzmacniając wrażenie. Zwierzyłam się z niem przed Arturem. Byliśmy znowu sami, reszta towarzystwa stała opodal.
— Jaka pani wrażliwa — rzekł patrząc na mnie uważnie. — Potęga tego statku maluje się nie tylko w słowach, lecz i w oczach pani. Pani ma wyraz jakby... upojenia. Och no, chyba się nie mylę.
— Upaja mnie ta siła, a głównie hymn.
— Wspaniały! prawda? Nawet nie jest zbyt melodyjny.
— Ale potężny. Niech pan patrzy jak pancernik maleje.
Wskazałam mu statek, bezmiernie zdziwiona. Wielkość jego istotnie zmniejszyła się zdumiewająco. Coraz cichszy odgłos trąb umilkł zupełnie: statek wypływał na pełne morze. Wtem głuchy, ale wstrząsający huk rozdarł powietrze. Krzyknęłam lekko.
— To salwy z dział pancernika.
Nowe strzały zgromadziły całe towarzystwo na brzegu.
— „Wellington” żegna Villefranche po królewsku, — rzekł Chreptowski, gładząc swoje hajdamackie wąsy.
— Patrzmy teraz, — zwróciłam się do Artura.
Statek przestał grzmieć, kurzył tylko czarnemi słupami dymu i sunął naprzód zupełnie przeistoczony. Fizjonomja jego stała się całkiem odmienna; na pełnem morzu zmalał, skurczył się, wysmuklał i jakiś podkasany w sobie, pokorny śmigał po ciemnej fali, bez cienia dumy i poprzedniej pychy. Jakby go przeraziła potęga roztoczy wodnej. Teraz morze miało wygląd dyktatorski, statek zaś jak niewolnik poddawał się jego władzy, zdając swe losy na jego łaskę i niełaskę. Widok był tak plastyczny i pełen wyrazu, że Dovencourt uśmiechnął się.
— Skapitulował. Wygląda już, jak wasal przed suwerenem.
— Odniósł pan to samo wrażenie, co ja, — zawołałam z żywością.
— Czy panią to cieszy? — spytał.
— Bardzo, to dowód, że...
— Niech pani dokończy...
— Że... że pan jest subtelny w obserwacji.
— Och... pani nie to chciała powiedzieć. Per Bacco! zupełnie nie to...
— Więc, niech pan dokończy — palnęłam śmiało.
— Że się rozumiemy... i ten szczegół sprawił pani przyjemność.
— Tak, — odrzekłam z uśmiechem i zwróciłam się odrazu do Chreptowskich.
W drodze powrotnej szliśmy pieszo kawał drogi. Zboczyliśmy w jakąś dolinkę, gdzie mała ferma ugrzęzła w zieleni bluszczów, a mury zatrzęsione były pnącemi różami. Towarzystwo rozdzieliło się. Podeszłam do muru, który płonął w krwistych różyczkach. Nisko na drabince siedziało pięcioletnie „bambino” włoskie, czarne, jak mały negr, kudłate, z oczami wielkiemi i błyszczącemi niby dojrzałe wiśnie.Z trzymanej na kolanach miski wyciągał palcami długi makaron i jadł szybko, wpatrując się we mnie ciekawie. Gdy zbliżyłam się, chłopczyna widocznie przestraszony rzucił miskę i, niby wiewiórka, skoczył na drabinę, prędko, prędko wdrapał się na szczyt muru, usiadł na nim i patrzał na mnie z miną dowcipną, wyraźnie wątpiąc, abym za nim podążyła. Ubawiona, przemawiałam do chłopca, zachęcając go by zeszedł. Po chwili stanął przy mnie Artur i zaczął coś mówić do malca; żartowaliśmy z niego wspólnie. Patrząc w górę, nie zauważyłam jednak, jak Artur dwukrotnie oplótł mnie długą, wiotką pnączą róż, usianą czerwonemi gronami, koniec pnączy zaś zarzucił mi na ramię z bladym uśmiechem na ustach.
Oblałam się krwistym rumieńcem.
— Co pan robi?..
— Niech tak pozostanie. Jest pani uwieńczoną.
Pochylił sit i odciął pnącz od całości krzewów, gdy nadeszli państwo D’Ivonie.
— Cóż to za dekoracja? — spytała ona.
— Bajecznie pani w tych purpurowych gronach wygląda, — dodał on. — Jak to kobieta potrafi się ustroić, kokietka jednak z pani.
Śmiałam się ubawiona, ale Artur pospieszył z wyjaśnieniem:
— Och, wszakże to nie pani, lecz moje dzieło...
— Pana? a to ciekawe! — zawołała „Ivonka“.
Popatrzył na nią trochę ironicznie.
— Dlaczego — ciekawe?
— Bo to do pana nie podobne. Nie myślałam, że pan umie wpaść na taki pomysł.
— Czyli, że bywam niekiedy nieobliczalny.
Był znowu zimny, suchy i sztywny prawdziwie po angielsku. Takim go lubię, taki mnie porywa. Jego chłód jest dla mnie podnietą, bo dystynkcja Artura, i wykwintna rasowość postaci jego wybitniejszą się staje w tym spokoju, w tej zimnej krwi. Wsiadając do samochodu, znowu mi wskazał miejsce przy sobie. Pnącz różany zdjęłam z siebie, trzymając go jak szal na ręku, gdy wsiedliśmy, Artur rzekł z rzadką u niego żywością:
— Pojadę całą siłą motoru.
— Chce pan katastrofy?
— A pani?
— Ja zależę od pańskiego kaprysu, raczej my wszyscy.
— Pragnąłbym, aby pani siebie wyłączyła z tej liczby mnogiej.
Automobil fuknął głośno i popędził szalenie. Zaryzykowałam znowu pytanie:
— I... dokąd bym wtedy zajechała?..
— Tam, skądbym już pani nie puścił, — rzekł głuchym głosem.
Po chwili spytał:
— Nie obawia się pani tak szybkiej jazdy?
— Nie. Ufam panu.
— To dobrze, pani powinna mi ufać.
— A tamci państwo za nami?
— Ach, to pasażerowie przygodni, ja wiozę tylko panią, to mi wystarcza.

Elża Gorska zatrzasnęła książkę i upadła na poduszki. Ręce załamała nad głową.
— Poco ja tu przyjechałam, poco... poco?...
Zamyśliła się tęsknie. Postać Artura stała jej w wyobraźni taka, jak go pożegnała na dworcu w Wiedniu, dokąd ją odprowadzał, on, pamięta tę chwilę aż nazbyt dobrze. Gdy pociąg miał wyruszyć, doznała uczucia, że kończy się w tej minucie jedna epoka jej życia, a rozpoczyna druga — nieznana. Tak ją ta świadomość przejęła, że wrażenie to odbiło się na jej twarzy. Artur spojrzał na nią uważnie i rzekł:
— Pani się czegoś trwoży?..
Milczała, gdyż nie chciała przyznać, że odgadł. A Dovencourt rzekł znowu głosem matowym, stłumionym jak zwykle, gdy był czymś poruszony.
— Nie jadę z panią tylko dlatego, że jestem pewny twego powrotu. Pragnę, by powrót nastąpił jaknajprędzej. Pani zatęskni do słońca, do morza.
Zdawało jej się, że powiedział cicho: „do mnie“... lecz może podszepnęła to jej własna myśl. Pociąg ruszył, skurcz nieokreślonego bólu zdławił jej krtań, krzyknęła z głębi duszy:
— Tam coś mnie czeka!.. Przeczuwam...
— Czy on to słyszał? — Stuk hamulców, świst, wrzawa mogły zgłuszyć jej słowa. Artur szedł przy odchodzących zwolna wagonach i kłaniał się jej kapeluszem tak długo, aż utraciła go z oczu. Nie mogła się uspokoić, żal ją ogarnął i tęsknota nagła, silna. Był moment, że chciała wysiąść na pierwszej stacji i wracać do Wiednia, lecz rozsądek wziął górę, przytem była w owej minucie niemal pewną, że robi dobrze, odjeżdżając stamtąd. Tak być powinno. Trzeba raz wreszcie zdecydować się na poszarpanie tego czaru, który mnie owładnął, wydobyć się z matni jego wpływu, nie wracać więcej. Odległa Warownia wydała jej się ostoją życia, miejscem wypoczynku, gniazdem rodzinnem. Burbowie, których nie znała, ciągnęli ją ku sobie intuicyjnie i silnie, coś ją pchało do nich, w tę pustkę, do lasów, do głuchej wsi. Życie dotychczasowe wydało się jej blade i puste. Teraz nastąpi jakiś nowy akt decydujący. Im bliżej była granicy, tem milej odczuwała ciszę i spokój, płynący ku niej z mrocznych przestrzeni. Riviera, wujostwo Renardowie zacierali się w jej wyobraźni, jedynie postać Artura goniła za nią uparcie, wiążąc się z każdą jej myślą. I teraz oto Artur był przy niej, z nią, w niej.
— Wszak jeśli zechcę, powrócę, — utwierdzała się w świadomości własnej woli.
Uspokojona pozornie, szybko zaczęła się ubierać. Wkrótce weszła do sali stołowej, gdzie zastała wszystkich przy śniadaniu.
Po kawie i ożywionej rozmowie młodzi mężczyźni wyruszyli na objazd wilków, gdyż była w projekcie wielka obława. Pan Cezary zaś Wziął Elżę na indagację. Siedzieli we dwoje przed kominkiem. Młoda kobieta, zanurzona w fotelu, trochę sennie patrzyła w ogień, odpowiadając biernie na zapytania Burby.
— To nie długo chyba żyłaś z mężem, Elżuniu?...
— Cztery lata, dziadziu.
— Nie godzi się tak młodo dawać córki w małżeństwo: dzieckiem prawie będąc wyszłaś za Adama. Dzieci nie mieliście?..
— Nie.
— A czy ty, duszko... szczęśliwą byłaś?..
Elża spojrzała mu szczerze w oczy.
— Czy byłam szczęśliwą?.. Och, dziadziu, gdy owdowiałam, pomimo przerażenia, spowodowanego zetknięciem się tak bliskiem ze śmiercią, miałam uczucie, żem zmartwychwstała, że mi u ramion skrzydła wyrosły.
— Miły Boże!., a toż co?.. Takie było złe wasze pożycie?.. Czy nie kochałaś go?..
— Nie. Och, dziadziu drogi, to straszne wspomnienia, nie lubię do nich powracać, bolą mnie i ranią, to okres mego życia nad wyraz przykry.
— Jaki on był ten... Adam Gorski?
— Szlachetny i prawy, zresztą taki sobie, przeciętny.
— Wykształcony... inteligentny?..
— Średnio, dosyć zarozumiały, powolny, flegmatyczny a gwałtowny w wybuchach, uparty, trochę hipochondryk.
— Otóż to, akurat pasował do twego usposobienia. O ile cię już poznałem, to byliście jak ogień i woda.
— Eh, — odparła Gorska z niechęcią, poczem dodała:
— Bóg sam rozciął ten węzeł, jeszcze pół roku, rok a żądała bym rozwodu.
— Najświętsza Panno, — zawołała wchodząc pani Urszula. Co ty się chciałaś rozwodzić z mężem, Elżusiu?
— Siadaj, serce, proszę i nie dziw się tak, bo niema czemu, — odpowiedział pan Cezary, podsuwając żonie fotel.
— Zaczekajże, Cezary. Czy mi się przesłyszało, gdym wchodziła tu, czy ty Elżusiu mówiłaś istotnie, że miałaś się rozwodzić z Adamem Gorskim?...
— Był już ten zamiar, cioteczko, lecz Adam zmarł.
— Łaska boska, bo gdzież taka niemoralność w porządnej rodzinie.
Górska zapłonęła.
— Nie wiem, co nazywa się niemoralnością, czy życie z mężem niekochanym, czy uwolnienie się uczciwe ze wstrętnych więzów?...
— Co Bóg złączył, moje dziecko, tego człowiek nie rozłączy.
— Bardzo ładna zasada, lecz dla tych, którzy pragną być złączeni bez względu na uczucia.
— Rozwód, to dla kobiety wstyd, to hańba. Cnotliwa niewiasta o tem nie śmie pomyśleć nawet. I nigdy bym nie myślała, że ty... Elżusiu...
— Ja, ciociu, nie mam pretensji do cnoty.
— Elżusiu...
— Tak, ciociu, bo jeśli cnotę mamy w ten sposób rozumieć, że trzeba się oddawać biernie niekochanemu mężczyźnie, dlatego, że nas złączyła stuła, to nie uznaję takiej cnoty.
— Życie kobiety to poświęcenie siebie...
— Ta dajże spokój, Urszuleczko, serce, — zaśmiał się pan Cezary, — nie wszystkie kobiety mają tak dobrych mężów, jak ty, duszko, nie pochlebiając sobie, i nie wszystkie są zdolne do poświęceń.
— Powinny.
— Parafiaństwo, Urszuleczko. A to się jejmości na morały zebrało.
— Jegomość zato skłaniasz się już, widzę, ku nowym prądom. Pochwalaj takie teorje, pochwalaj, i niech Tomek to słyszy, jego przyszła żona podziękuje ci kiedyś.
Elży było przykro, ale zaśmiała się.
— Cioteczko, proszę się nie gniewać, ja nie jestem przedstawicielką żadnych nowych prądów, ani, broń Boże, teorji, ja jestem takie sobie dziwadło. Może inna kobieta byłaby szczęśliwa z Adamem Gorskim, lecz nie ja.
— Bo pewno grymasiłaś, nowoczesnym żonom wszystkiego zamało.
Elża zwiesiła głowę, nuda przesunęła się po jej wyrazistej twarzy.
— Może być, ciociu, — odrzekła biernie.
Burbina zwróciła się do niej zamaszyście.
— Dlaczego ty mnie ciotką nazywasz. Ha?..
— Bo ja wiem, tak jakoś...
— No, wszak jeśli Cezary dziadek, to ja babcia, nie odmładzaj mnie żadną tam ciocią. Mego wieku się nie wstydzę, mogłabym już dawno mieć rodzone wnuki.
— Powiedz, Elżuniu — spytał tajemniczo Burba — czy stara się kto o ciebie? Boć to niemożliwe, żebyś nie miała starających się, — dodał filuternie...
— Owszem miałam ich, ale...
— I nie tęsknisz, nie kochasz się?.. — miękko zapytała pani Urszula.
Elża nagle schyliła się do jej ręki, z rumieńcem na twarzy ucałowała ją.
— Nie, babciu droga, nie tęsknię do małżeństwa, bo miałam go dosyć.
— Wykrętnica jesteś. Patrzaj! — zaśmiał się staruszek. — Urszulka pyta, czy się kochasz, a ta skręca na małżeństwo. Już widzę po twojej minie, że tam w sercu jest jakiś zawadjaka. Co?..
— Dlaczego zawadjaka? Ha! ha, ha!..
— Tak zdaje mi się, że ślamazary tobyś już nie pokochała. Wystarczył Gorski, czy nie prawda?..
— Oj tak, dziadziu, tak.
Przytuliła się do ramienia pana Cezarego z uczuciem; drgnęło coś w jej głosie rzewnego, łzy zaszkliły w źrenicach. Burbowie spojrzeli na nią przychylnie. Stary człowiek gładził dłonią jej włosy.
— Ty jesteś dzielne, ale trochę biedne dziecko, Elżuniu. Coś ci dolega. Prawda?
— Czasem mi tak smutno, tak pusto w życiu. Ale poco ja to mówię? Weźmiecie mnie państwo za jakiegoś mazgaja.
Burba śmiał się.
— Ot, wynalazła podobieństwo, ona i mazgaj. Facecja! toż ty samo życie, Elżuniu. Boję się tylko, że u nas za nudno ci będzie; tobie trzeba słońca, wesela, zabaw, dużo ludzi.
— Nie, dziadziu, tylko słońca i ciepła, trzeba mi dużo, dużo serca.
— No, to ci obiecujemy, bo zjednałaś nas sobie... Ale powinnaś znaleźć jedno serce, które wystarczyłoby ci za wszystkie. I tak myślę, Elżuniu, że amatorów do takiej licytacji nie zabraknie.
— Tylko powinnaś teraz dobrze siebie zbadać i tego, kogo wybierasz, dodała pani Burbina, — żeby drugi raz...
— Nie myśleć o rozwodzie? — zaśmiała się młoda kobieta przekornie.
— A tak, bo Pan Bóg takich żartów z sakramentu nie lubi i nie pochwala.
Pan Cezary rozbawiony uderzył cybuchem w podłogę.
— Bodajże cię, Urszuleczko, toż chyba więcej o serce złamane chodziłoby Bogu, niż o...
— Nie bluźnij jegomość, bo już zgroza słuchać.
— No, dobrze, dobrze, dajmy spokój sakramentom, sercu i wszelkim wzniosłościom. Opowiedz nam, Elżo, o Rivierze, o krajach włoskich. Cuda tam, cuda. Byłem kiedyś za młodu w tamtych stronach, w Rzymie, a Rzym znasz?...
Elża rozweseliła się. Z ust jej popłynęły malownicze opisy natury południa, barwne obrazy, przesiąknięte słońcem, szumem morza, zapachem róż i magnolji. Jakby w panoramie, ujrzeli Burbowie Rivierę z całym jej bogactwem widoków i przepychem roślinności. Charakterystykę ludzi i tłumów, cechy zasadnicze danej miejscowości malowała Gorska z plastyką wybitną. Staruszkowie, siedząc przy kominku w odwiecznym modrzewiowym dworze, przenieśli się całkowicie wyobraźnią na południe do słońca i fal Śródziemnego morza, dokąd na skrzydłach własnej tęsknoty, młoda kobieta unosiła ich i siebie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.