Verte/Część pierwsza/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

W wielkiej sali stołowej, z ciemnego dębu, pełnej odwiecznych portretów, jasno było od sutych lamp i palącego się ognia na olbrzymim kominie, który przypominał komin Żnicza. Całe kłody smolne buzowały się w nim rzęsistym płomieniem. Trzask i szum spalanych stosów drzewa raźnie i wesoło rozlegał się po sali. Przy kominie siedział pan Cezary Burba, zanurzony w głębokim fotelu, i palił fajkę na długim cybuchu. Włosy i bujne wąsy miał siwe zupełnie; oczy wyraziste, dawniej błękitne, dziś już jakby spłowiałe, patrzyły z zaciekawieniem na syna. Młody Burba, stojąc przed ojcem, opowiadał przeprawę z wilkami. Jego męska, wysoka, dorodna postać gięła się zręcznie w stronę starego. Obok Burby stał niski człowieczek zgarbiony, łysy, w okularach i, zacierając wciąż ręce jakby zmarznięte, wpatrywał się w opowiadającego z natężoną uwagą i potakiwał głową, często słowami.
— Tak, tak, jakbym widział bestje.
Około nakrytego stołu, razem ze starym lokajem krzątała się wiekowa już kobieta w czarnym koronkowym czepku na głowie.
— Byliście w opałach, widzę, — rzekł sympatycznym basem pan Cezary. — Dla was młodych to jeno rozrywka, ale kuzynka Górska musiała się przestraszyć.
— Pomagała nam jednak dzielnie.
— No, czyż tak?.. Strzelała?..
— Ee, nie, lecz broniła się bagnetem.
— Własnym.
— Wzięła odemnie.
— Przytem krzyczała tak wspaniale, że, zamiast niszczyć wilki, podziwiałem jej głos, — dodał Uniewicz z głębi pokoju.
Stary Burba odwrócił głowę.
— Co pan tam robi?
— Zalewam się starką i wchłaniam w siebie wędlinę, bo jestem głodny, jak stado wilków.
— Niechże podają wieczerzę, Jasióweczko! — zwrócił się do staruszki, — co tak długo pietrasicie?
— Wszak jeszcze panie nie przyszły — zaśpiewała przewlekłym akcentem zagadnięta.
— Cóż tak marudzą?.. pewno Leontyna przebiera się po podróży, zawsze była strojnisia, słynęła z tego.
— Wszak ona Elża, ojcze.
— Jąka tam Elża, Leontyna i basta!
— Nawet się przebierać nie może, bo po rzeczy na stacją posyłamy dopiero jutro.
— A prawda.
— Strasznie jestem ciekawy tej pani. Chociaż już mogą ją scharakteryzować, — rzekł Uniewicz.
— Naprzykład?
— Jest kostyczna, musi być zła i ma nadzwyczajny słuch. Nie jest też pewno urodziwa, bo tak się szczelnie woalem zasłoniła, gdy przeszła za panią Burbiną do dalszych pokojów, że nawet nie mogłem jej obejrzeć.
— Owszem, Leontyna była kiedyś przystojna, teraz już stara kobieta.
— I to pewno poważnie, bo sama się do starości przyznaje, co jest oznaką... — zaczął Uniewicz, lecz Tomasz nagle szepnął:
— Ciicho... idą panie.
Odstąpił od ojca, wyprostował się i wpatrzył w stronę, skąd dolatywały głosy. Przeszył go znowu silny jakiś prąd gorący, jak tam, w lesie, gdy ujrzał zbliżające się sanki. Twarz mu zapłonęła. Dziwny niepokój odbił się w całej jego postaci.
Spostrzegł to i Burba i Uniewicz.
— Tomku! — zawołał ojciec.
— Ha, ha, ha! — zgrzytnął szyderczy śmiech Uniewicza.
Drzwi w głębi sali otworzyły się, weszła okazała pani Urszula Burbina z wesołym uśmiechem na pełnej bladej twarzy; za nią wysoka, smukła, ciemna sylwetka przybyłej.
Oczy mężczyzn zwróciły się na nią badawczo.
— Pozwól, Cezary... — zaczęła Burbina rozbawionym tonem, gdy wtem szybko wysunęła się naprzód szczupła, zgrabna postać młodej kobiety, elegancko ubranej.
Z szelestem żywo podbiegła do starego Burby i podała mu obie ręce.
— Witam kochanego stryja, bo chyba wolno mi tak nazywać?...
Pan Cezary powstał z fotelu bezmiernie zdziwiony. Tomasz i Uniewicz stali z szeroko otwartemi oczami, bez ruchu, zdumieni.
Burba dopiero po chwili przemówił, trzymając podane sobie ręce, wpatrzony w nieznajomą.
— Ależ... z kim mam przyjemność?...
— Proszę zgadywać...
Stała przegięta nieco w tył, z odchyloną wdzięcznie głową strojną w orzechowo-złote włosy, upięte w węzeł. Ciemne oczy na jasnej twarzy śmiały się wesoło, białe zęby błyskały z rozchylonych, świeżych ust. Opięta w gładkie sukno, koloru ciemnego mahoniu, opasana złotym łańcuchem, z ramionami wyprężonemi, bo dłonie schowane były w rękach Burby, zapytała figlarnie:
— A więc kto ja jestem?..
— Chyba... córka Joachima i Leontyny z Szybowa, ale... nie słyszałem...
— Jestem wszakże z domu — Burbianka.
— A widzisz, Cezary!.. Przed chwilą i ja byłam w takim samym kłopocie. Ot, niespodzianka, — mówiła przeciągając pani Urszula.
— Kochany stryj zapomniał o Walerym Burbie, z Taraszczy.
— Walery?.. To przecie syn mego brata. Ożeniony z Renardówną.
— Jestem jego córką.
Nowe zdumienie odmalowało się na twarzy starca.
— Czyżby Elżusia? miała dziesięć lat...
— No, teraz znacznie więcej, teraz już cała Elża, nie Elżusia — zaśmiała się swobodnie i ucałowała pana Cezarego w ramię.
Uścisnął ją wzruszony, nie pozbywszy się jeszcze zdziwienia.
— No proszę. Witam cię, dziecko, całą duszą. Ale skądże znowu podpisałaś się Gorska? Zwiodłaś nas, figlarzu. Ot widzisz.
— Ani trochę. Mąż mój, Adam Górski, był bratankiem Joachima. Czyli że po raz drugi Burbianka za Gorskim. Ha!
— I także wdowa, — podchwyciła pani Urszula.
— Czy tak?.. moje dziecko. Czy tak?!.
— Tak, stryjku, od kilku lat.
— Biedactwo, taka jesteś młoda. Że też ja nie pamiętam, abym słyszał o waszym ślubie i...
— Wogóle stryjek o nas zapomniał.
Nagle żywym ruchem podała rękę Tomaszowi z twarzą pełną uśmiechów.
— Witam kuzyna a mego obrońcę, dwa razy wyratował mnie kuzyn z pazurów wilka.
— Nie wiedząc nawet, kogo ocalił, — śmiał się pan Cezary.
Tomasz nie otrzeźwiał jeszcze ze zdumienia, pochłaniał wzrokiem młodą kobietę. Gdy uczuł jej miękką, nerwową dłoń w swojej, schylił się nisko i niemal z namaszczeniem ucałował ją.
Gorska spłonęła rumieńcem. Twarz Tomasza, gdy podniósł głowę, zalana była ognistą łuną. Wszyscy spostrzegli pewną niezwykłość tego powitania i zapanowała dość długa chwila ciszy. Stary Burba ściągnął brwi trochę surowo.
— Oto drugi towarzysz podróży, pan Uniewicz.
— Ależ i my się znamy, zdążyliśmy się już nawet pokłócić na sankach.
Wesoło podała rękę Uniewiczowi, który ją tylko uścisnął bez słowa, ale bardzo głęboko się skłonił. Rodzaj tego drugiego powitania rozbroił pana Cezarego.
— Pozwól, Elżusiu, że dokończę prezentacji, — zawołał wesoło. — Oto pani Balbina Janowa Łomska, koleżanka i przyjaciółka mojej żony i naszego domu, a oto mój towarzysz broni i kompan serdeczny z czasów, kiedyśmy za ojczyznę walczyli w partyzantce, pan Dezydery Krywejko, nasz kochany sybirak, dwadzieścia pięć lat przebył na wygnaniu.
Gorska podała im rękę serdecznym, szczerym ruchem. Obrzucili ją życzliwym spojrzeniem, zjednani odrazu.
— No, tak teraz siadajmy do stołu. Urszuleczko, Jasiowo miła, każcie podawać wieczerzę, wszyscy głodni, a najwięcej pewno Elżunia.
Cezary Burba rozochocił się, uderzył w stół dłonią i zawołał wesoło:
— Cóż to, trunków nie widzę! Urszuleczko, serce, miodu nam daj, trzeba zapić godnie taką okazję, przyjazd mojej wnuczki; ty jesteś dla mnie wnuczka, uważasz duszko, wprawdzie przyłatana, ale wnuczka. Ty mnie dziadziem nazywaj.
— Owszem, jeśli wolno.
— Patrzaj, jaka dyplomatka. Ot, teraz widzę. Oczy masz zupełnie swego ojca, ciemno-zielone, czy bure?
— Kocie, dziadziu.
— Gdzież tam kocie, pfe! Szczere, wesołe i z takiemi latającemi świetlikami; te same ciemne łuki brwi, rzęsy, Panie Boże, toż konterfekt Walerego. A ojciec twój łobuz był niegdyś, pamiętasz ojca?
— Wybornie, umarł wszakże przed kilku laty zaledwo.
— Prawda, ciągle mi się zdaje, że jesteś dziesięcioletnią dziewczyną.
— A to już, stryjku, przewiała dwudziestka od tej pory.
— Cóż to znaczy, że masz niby trzydzieści lat?
— Skończonych.
— Bredzisz waćpani!
— Czy mam to uważać za komplement, czy przeciwnie?..
— Wszak smarkata jesteś.
— Cezary!.. — zgromiła go żona.
— Ach, przepraszam! No, ale cóż, toż ona moja wnuczka, choć taka światowa dama. Z kimże ty, Elżuniu, byłaś na Rivierze?
— Z wujostwem Renardami.
— Aha! No to wuj Renard pewno jak zawsze tylko grał w karty i kawę pił. Znam go z tego. A w Taraszczy kto?..
— Taraszcza oddana w dzierżawę. Tam zwykle przebywamy w lecie, nie w Szybowie, — uśmiechnęła się z wesołą przekorą do Tomasza Burby.
On drgnął. Zmieszał się nieco i odrzekł dość szorstko:
— Myślałem, że... kuzynka jest Joachimową Gorską, nie przypuszczałem takiej omyłki.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Zastanowił ją jego ton.
— Chciałeś powiedzieć: niespodzianki?, — poprawił Uniewicz. — Tak, zrobiła nam pani zupełną niespodziankę. Ale teraz do charakterystyki pani, którą sobie zanotowałem, dodać trzeba jeszcze wielki spryt. W lot pani odgadła, że bierzemy ją za kogo innego.
— Och, to nie było trudne do spostrzeżenia... ta astma... naprzykład. Ha, ha, ha!
— Właśnie! Ta fatalna astma. Mille pardon! Niech mi pani wybaczy, proszę.
— Ależ, owszem, to mnie wcale nie — rozgniewało, tylko ubawiło.
— No, no, co to było takiego?.. Zaciekawiacie nas. Mówcież, — wołał stary Burba.
Elża zwróciła się do Uniewicza.
— Czy pan pozwala?
Skłonił się, rozkładając ręce bezradnie.
— Proszę pani, już trudno. Mea culpa!..
Zaczęło się opowiadanie szczegółów z podróży; Elża mówiła żywo i barwnie, śmiała się, żartując z Uniewicza tak, że pod wpływem jej wesołości i Tomasz się rozruszał. Zapanował szczery, sympatyczny nastrój przy stole. Pan Cezary i jego żona patrzyli jak w tęczę w młodą kobietę, wreszcie stary Burba rzekł do syna:
— Jak ty ją nazywasz, Tomku? — kuzynka? — ot mi etykieta, mów jej po imieniu, Elża... czy jak chcesz. Wszak ona twoja... Panie Boże, wszak ty dla niej jakimś stryjem?
— Brawo! będę teraz nazywała stryjkiem. Taki poważny stryj poważnej bratanicy. Taki zły.
— Czemuż zły?.. No zdrowie twoje, Elżuniu!.. Tomek, pamiętaj, że Burba, gdy pije zdrowie to do dna. Cóż tak sączysz przez zęby?
Gorska wyciągnęła kieliszek do Tomasza, stuknęli się tak silnie, że odłamek szkła z jego kielicha upadł z dźwiękiem na stół; rozlał się miód złotą strugą. Błękitne, ciemne źrenice Tomka głęboko wniknęły W rozbawione oczy Elży, jakby pytająco i badawczo. Ona śmiało wytrzymała atak, bez zmrużenia powiek.
— Gdzie się tłucze, leje... — zaczął pan Cezary.
— Tam się już... coś dzieje, — dokończył Uniewicz z naciskiem.
— Przekręca pan stare przysłowie. — sucho odpaliła Elża.
— Tam się dobrze dzieje — dokończył Burba ojciec.
Rozmowa potoczyła się swobodna, pełna życia i jakaś nowa w Warowni.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.