Verte/Część pierwsza/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część pierwsza jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


I

Na skraju ciemnego boru i rozległych pól, pogrążonych w sinawo-białym tumanie zimowego wieczoru, stało dwu jeźdźców na tęgich koniach. Mężczyźni mieli na sobie futrzane tołuby i kołpaki, na nogach wysokie butforty. Obaj uzbrojeni byli w strzelby i rewolwery, jeden z nich miał bagnet, drugi szablę przy boku. Stali już kwadrans, milcząc. Tylko niepokoiły się konie, dzwoniąc munsztukami i prychając. Jeden z jeźdźców poklepał szyję wierzchowca dłonią w futrzanej rękawicy i zwrócił się do towarzysza.
— Wyglądamy jak pikieta kawalerji, albo jak bandyci, zaczajeni na podróżnych.
— Masz słuszność. Górska gotowa się nas przestraszyć — odrzekł drugi młodym, dźwięcznym głosem o minorowym brzmieniu.
— Wiesz co, Tomku, zróbmy kawał i nastraszmy ją, mamy po temu wszystkie warunki.
— Dajże pokój, baba jakaś egzotyczna, rozchoruje się, ataku nerwowego dostanie i co tu z nią poczniemy
— Prawda, że to jakaś wdowa. Pocóż ona przyjeżdża do Warowni?
— Zachciało się pani naszej zimy po upałach Riviery.
— To musi być histeryczka. Jak ty ją sobie, Tomku, wyobrażasz?
— Zupełnie jej sobie nie wyobrażam, rodzice ją mało znają, wiemy tylko, że jest stryjeczną, cioteczną, czy jakąś tam siostrą ojca i że się nazywa Elża Górska z domu Burbianka.
— Elża?...
— Tak się podpisała. Ojciec mówi, że na imię jej Leontyna, dlaczego się przerobiła na Elżę, to już dla nas tajemnicą.
— Ile ona ma lat?...
— Ojciec oblicza, że pięćdziesiąt kilka.
— Phi!!. To poco my tu stoimy?...
— To prawda, marznąć dla jakiejś baby. No, ale znowu narazić ją na wilki z racji jej pięćdziesiątki — to trochę... tego...
— Mogli wszak pojechać gajowi.
— A sport. Sam chciałeś, jesteśmy ochotnikami w tej wyprawie. Melu, patrz coś się czerni w oddali, prawda?
— To kępa tarnin przy drodze. W szaro-mętnej przestrzeni zdaje się, że ten punkt sunie naprzód. Złudzenie optyczne, nic więcej. Nas tu wilki opadną, zanim się baba przywlecze, a ty się spóźnisz.
— Dokąd?...
— Masz tobie. Zapomniałeś?...
— A... a!... Uprzedziłem Karolcię, że dziś zjawię się późno.
— Zbeczy się biedactwo i będzie wyglądała brzydko z czerwonemi oczami.
— Pojadę do niej jeszcze dziś.
— Ty z nią za delikatnie postępujesz.
— Jakto, nie rozumiem?...
— No, bo z taką tam dziewczyną... ceregiele...
— Ona mnie kocha.
— To tem lepiej... i łatwiej.
— Ty tego nie pojmujesz, Melu, a to takie proste. Słyszysz... janczary, więc jednak nie myliłem się, ten punkt to sanki. Patrz...
— Prawda! Zbliżają się. Wiwat! jedzie baba. Ogromnie jestem jej ciekawy pomimo jej pięćdziesięciu lat. Zawsze trochę przywiezie z sobą tchnienia Zachodu, którego się już tak dawno nie odczuwało.
Obaj ruszyli końmi kilka kroków naprzód, do drogi, patrząc na rozbiegane czarne bachmaty, które z prychaniem i dzwonieniem uprzęży nadbiegały, jak lewiatany, waląc z góry kopytami po wyślizganym torze. Ponad czarną masą końskich spasionych ciał czerniała wielka figura stangreta w kożuchu i futrzanej czapie.
Tomasz Burba poczuł jakiś szczególny dreszcz, krew napłynęła mu do mózgu gorącą falą.
— Co u djabła! — syknął.
— Co mówisz? — spytał Mel Uniewicz, lecz Burba szarpnął koniem i wyskoczył na środek drogi.
— Stój! — krzyknął donośnym głosem.
Stangret wstrzymał kłusaki. Z sanek wychyliła się niekształtna postać okutanej w futra kobiety.
Burba zdjął czapkę i przemówił grzecznie, pochylony lekko do przybyłej.
— Jestem Tomasz Burba, a oto mój przyjaciel, Melchjor Uniewicz.
— Wielki koniuszy dworu Burbów — dodał z ukłonem przedstawiony.
— Przyjechaliśmy tu na spotkanie pani, by ją przeprowadzić przez bór, w którym zdarzają się napady wilków — dokończył Burba.
Stangret dodał uwagę od siebie.
— Dziś straszno jechać, konie czujne aż dziwno, rwą się jak odurzałe i chrapią. Gromniczna tuż, to teraz najgorzej.
— Niech się szanowna pani nie lęka — rzekł Uniewicz — mamy broń i zresztą jesteśmy tu jako jej eskorta. Nie dopuścimy do wypadku.
— Bardzo mi miło powitać panów, zdumiewam się tylko nad... temi wilkami.
Alt jej głosu wywołał nowy dreszcz u Burby i szybkie spojrzenie w jej stronę. Uniewicz natomiast zanotował milczącą uwagę: Daleka od dziewiczego sopranu — głośno zaś dodał:
— Przyjechała pani do dzikiego kraju, po Rivierze odrazu... na wilki...
— Byle nie w ich paszczę.
— Ach, szanowna pani raczy być spokojną — tacy rycerze jak my...
— Pani pozwoli — odezwał się Burba, — że siądziemy na sanki, wierzchowce pójdą na przyprzążkę.
— Proszę panów.
Usunęła się na prawą stronę, przy niej siadł Uniewicz, mówiąc z przymileniem.
— Pragnąłbym teraz ucałować rączkę czcigodnej pani, jako naszej pupilki, więc o ile rączka nie nazbyt zamufowana...
— Zanadto zamufowana — brzmiała krótka, sucha odpowiedź.
— Aaa... pardon!
I Uniewicz zagryzł usta z lekkiej irytacji. Burba tymczasem pomagał stangretowi doprzęgać konie na orczyki po bokach dyszlowej pary, czwórka w obręk rwała się naprzód, strzygąc uszami.
— Czy duży ten bór? — spytała Górska.
— Pięć wiorst drogi, przecinamy go wpoprzek, — odpowiedział Burba.
— Ach, to olbrzym!
— Toż warownieckie bory, — znowu wtrącił stangret.
— A... do Warowni daleko?..
— Dziewięć wiorst.
Rozmowa umilkła. Po krótkiej chwili wszystko już było gotowe do dalszej podróży. Tomasz Burba usiadł obok stangreta, odwrócony twarzą do Górskiej. Ruszyli.
— Obejrzałeś strzelbę, Melu? Czyś aby spuścił kurki
— Cóż znowu, jestem przytomny.
— Bywasz niekiedy roztargniony.
— Nie mam powodu być nim teraz. W obecności starej kostycznej baby — dokończył w myśli.
Milczenie przedłużało się, przerwała je wreszcie Górska, wypytując o wilki, lasy i okolicę, wciągała do rozmowy głównie Burbę.
— Czy szanowna pani długo bawiła na Rivierze? — z umyślną uniżonością pytał Uniewicz.
— Dwie zimy po kolei.
— A lato spędzała pani w Szybowie? — zagadnął Tomasz.
Długa chwila ciszy.
— Nie.
Coś jakby śmiech drgnął w jej głosie.
— Więc pani przebywała stale zagranicą? Zazdroszczę jej tego. Cóż za szczęście być ciągle w ogniskach kultury Zachodu, w świecie cywilizacji, no i wśród cudów przyrody, — egzaltował się Mel. Burba mu przerwał:
— Jeśli o to chodzi, to i Szybów jest przepiękny. Byłem tam w wieku chłopięcym z kuzynem Joachimem, który mnie zabrał ze szkół na święta wielkanocne. Ale pani przebywała wówczas na kuracji w Warszawie.
— Kto... ja?
— No... tak, więc nie miałem przyjemności jej poznać. Szybów jest z natury piękny, przytem mąż pani, ś. p. kuzyn Joachim, ogromnie podobno Szybów ucywilizował. Wspaniała rezydencja, park, budynki...
Górska zakrztusiła się suchym jakimś, nienaturalnym kaszlem.
— Masz tobie, baba astmatyczka, — mruknął Mel do siebie.
— Przeziębiła się pani, — rzekł Burba.
— Nie, to już mój kaszel... chroniczny. Starość, na to i Riviera nie pomoże.
— Szczególnie szczera niewiasta, albo ma już sześćdziesiątkę — pomyślał pan Mel, jednocześnie zaczął z przesadną elegancją:
— Obmawia się pani.
Wtem stangret zwrócił się gwałtownie z kozła.
— Wilki... paniczu!!
Burba stanął w sankach.
— Gdzie? Widzisz ich?
— Konie tulą uszy i wspierają się na zadach, stado jest blisko.
Istotnie cała czwórka zaczęła się nagle cofać, jakby w popłochu; chrapliwy głos niby ryk wydobywał się z jej nozdrzy, grzywy i ogony ponajeżane, głowy na wygiętych szyjach pochylone w dół i nastawione, strzyżące niespokojnie uszy wskazywały na niechybne niebezpieczeństwo.
— Zatnij batem, Łukaszu, i wal całym pędem. Uważaj tylko na konie i drogę, reszta nasza rzecz! — komenderował Burba.
— Czy pan widzi wilki?.. — spytała Górska.
— Jest kilka sztuk w haszczach z lewej strony, będzie ich więcej. Baczność, Melu! wysuwają się bestje...
— Widzę.
— Szablę masz pod ręką?..
— Tak.
Burba zwrócił się gorączkowo do Górskiej.
— Niech się pani przedewszystkiem nie boi. Najwyżej proszę krzyczeć, krzyczeć z całych sił.
— Ależ pani kaszle, Tomku.
— Prawda. Zatem...
— Nic nie szkodzi, będę krzyczała, jeśli to pomaga.
— Paniczu, — napadają!
— Atakują! — zawoła? jednocześnie Uniewicz i skierował fuzję w stronę gąszczów.
Z czarnych otchłani boru wysunęło się kilka śmigłych, ciemnych ciał zwierząt i w podskokach biegło ukosem wprost na sanki.
— Jezus Marja! — krzyknęła kobieta.
— Pal!! — wrzasnął Burba.
Dwa strzały zlały się prawie z sobą; jedno ciało w skurczu śmiertelnym podskoczyło w górę i upadło cicho na śniegu. Ale z lasu jęły wysuwać się nowe bestje, sunąc szybko ku jadącym.
Rozległo się przykre nad wyraz kłańcanie zębów wilczych. Kudłate, zwinne zwierzęta atakowały konie, zabiegały z boku, z tyłu sań, a wark, szczek ich groźny mroził krew w żyłach. Stangret wygiął się w pałąk i, trzymając silnie wodze czwórki, wrzeszczał nieludzkim głosem, wpatrzony tylko w konie, czujny, uważny, snać obyty z podobnymi napadami. Konie, jakkolwiek rwały szalonym cwałem po śliskim gościńcu, świszcząc i rycząc nozdrzami, były jednak przytomne; strzały Burby nie straszyły ich wcale. Z wciśniętemi w szyję głowami, z zębami wyszczerzonemu i dzikim płomieniem w ślepiach broniły instynktownie gardła. Burba strzelał niemal bez przerwy. Z niesłychaną szybkością i zręcznością nabijał fuzję i palił tak celnie, że trupy wilków padały dość gęsto na białej drodze, lub też ranne z przeraźliwym skowytem wiły się w konwulsjach. Uniewicz strzelał nieco rzadziej i mniej celnie, ale z równą furją, klął przytem jak dragon i, nabijając fuzję, darł się świdrującym dyszkantem:
— Czekasz, jucho, na kulkę Uniewicza! — Hu!.. Ha!., szelmy zatracone, bij ich!.. Pal!.. Łup!..
Górska krzyczała donośnie, jakby hukając w lesie, jednocześnie podziwiała męstwo i zimną krew Burby. Drżała jednak na całem ciele, chwilami ogarniał ją lęk paniczny, zimny oblewał ją dreszcz, gdy nowe kudłate cielska wyłaniały się z boru.
— Na Boga! My się nie obronimy, — rzucała, przejęta zgrozą chwili, i tym głośniej zaczynała hukać:
— Ho!.. Ho!.. Hu!., hu!!. Haaaaa!..
— Skąd u starej baby taki głos, — dziwił się Uniewicz.
— Pani do reszty już ochrypnie — przestrzegał ją ironicznie.
Nagle Górska zerwała się z siedzenia i runęła całą postacią naprzód, wprost w ramiona Burby. Przeraźliwy, obłędny krzyk wypadł z jej piersi.
Stary, ogromny wilk wskoczył z tej strony na sanki i szarpał jej futro. Burba powstrzymał ją jednym ramieniem, drugim zaś zrobił ruch gwałtowny i wilk, rażony kolbą strzelby w głowę, zwalił się z sań.
— Niech się pani uspokoi, — rzekł Burba, sadowiąc zdrętwiałą kobietę na siedzeniu. Lecz nie dokończył zdania, gdy kilka wilków rzuciło się z przodu na konie. Burba strzelił po linji dyszla, konie skoczyły w bok i jęły ponosić.
— Trzymaj, trzymaj!.. Pal!!.. bij!.. — ryczał Uniewicz.
Zaczęła się walka straszna, pełna trwogi i okrutnej zaciekłości. Uczynił się zamęt, słychać było kwik koni, dziki przeraźliwy charkot bestji, który zlewał się z krzykiem Górskiej, Łukasza i Uniewicza. Nieustanne strzały i piekielne skomlenie i wycie rannych wilków potęgowało grozę chwili.
Burba nie stracił głowy, czuwał nad wszystkiem, kierował obroną.
— Niech mi pan da bagnet, — zawołała Górska.
Burba podał jej broń prędkim ruchem.
— Proszę ostrożnie.
— Tomek pal!.. nowe stado!.. — wrzasnął Uniewicz.
— Piekło się na nas sprzysięgło, czy ki djabeł, naboi nie starczy, — warknął Burba wściekły.
Ze zdwojoną furją zaczął prażyć wilki, których tyle padało, że atak ich stopniowo osłabł. Już tylko pojedyńczo doskakiwały do sanek, zajadłe z najeżoną szerścią na karku i świecącemi jak latarnie ślepiami. W spienionych pyskach łyskały potężne kły, kłańcające bezustannie.
— Tych położymy, psiakrew, co do jednego!. — krzyknął Burba.
— Ja już nie mogę — jęknął Uniewicz. — Ty strzelaj, ja będę kłół.
Rzucił strzelbę, wyrwał szablę z pochwy i tuż prawie zakłół wilka, skaczącego na płozy.
— Na Uniewicza czekałeś!.. wilkołaku, poznaj jego rękę, bestjo!.. Masz!
Szabla zgrzytnęła na czaszce drugiego zwierza. Trzeci wilk ranny kulą Burby zakręcił się koło sanek i skoczył na plecy Górskiej. Ale ona teraz nie straciła przytomności. Dała w tył mocne pchnięcie bagnetem. Ostrze ugrzęzło w ciele zwierza, ranny powtórnie zwalił się na nią całem cielskiem, rwąc pazurami futro, lecz natychmiast puścił, gdyż rażony trafną kulą Burby runął, z sanek.
— Jezus Marja! — krzyknęła Górska.
— Co się pani stało?..
— Mógł mnie pan zabić, strzela pan jak Artur...
— Jak kto?..
— Ach nic... strzela pan wybornie, kula przeleciała tuż koło mej głowy.
— Celowałem przecie do wilka.
— Proszę pani, — wtrącił Uniewicz, — Tomek potrafi kolczyk wystrzelić, nie drasnąwszy ucha.
— Mel, uważaj!.. już tylko trzy. Te nasze.
Jeszcze kilka strzałów; jeden wilk rozciągnął się martwy na drodze, jeden ranny skowyczał rozpaczliwym jękiem, ostatni cofnął się do sporej gromady swych towarzyszy, biegnących w oddali po obu stronach gościńca.
— W konie teraz, w konie! — krzyknął Burba.
Odetchnął szeroko pełną piersią.
— No... szczęśliwie. Czemu, u djabła; pochodni smolnej nie zabraliśmy, blask płoszy wilki, ale atak już się nie powtórzy.
Łukasz świsnął batem i pomknęli z chyżością prawie zdwojoną.
— Doganiają nas! — krzyknęła Górska.
— Atakują na nowo, — nie ocalimy się dziś od tych bestji.
Tom, strzelaj! Niech pani krzyczy! Las rozbrzmiał nowym krzykiem, buchnęło kilka strzałów, wilki doganiały sanie, znowu złowrogie kłańcania.
— Trzeba poświęcić jednego konia z orczyka — zawołał Uniewicz, — nie obronimy się.
— Nie, nie! Za nic! — krzyknęła Górska.
— Bór zaraz się kończy; żeby na polu nie było nowych stad, tak od tych uciekniemy, pocieszał stangret.
Walka, strzelanina rozpoczęła się na nowo.
Tymczasem wypadli z boru.
Z przestrzeni rozległych, białych pól powiał na nich silny podmuch wiatru ze śniegiem i zakotłował śnieżnym pyłem, porywanym prawie z pod kopyt koni.
— Dymka się zaczyna, — źle... — mruknął Łukasz.
— Co znaczy... dymka? — spytała trwożnie Górska.
— Zawieja śnieżna.
Wilki zziajane, biegły tuż za sankami, nie ustępując pomimo strzałów z placu.
— Głodne juchy, — mówił Uniewicz, — odprowadzą nas na kolację do Warowni.
— Trzeba im jutro przysłać w nagrodę, że nas nie zjadły, kilka baranów faszerowanych strychniną, — dodał Burba, nabijając strzelbę.
Naraz stangret zawołał:
— Paniczu, coś czerni się przed nami, jakaś gromada.
— Wilki?! — przeraziła się Górska.
— Bylibyśmy zgubieni, — rzucił Uniewicz, zaniepokojony tym razem.
Burba wytężył wzrok.
— Istotnie, jakaś gromada sunie ostro wprost na nas... co to jest, Łukaszu?
— Czy ja wiem, paniczu, ćma taka wielka, że i nie dopatrzysz... Jakby, paniczu, wilki, broń Jezu! tak już po nas; trzeba boczne konie odprzęgać, a to nie poradzim.
— Rób to zaraz do djabła zamiast gadać, czasu brak! — krzyknął Uniewicz.
— Nie, nie, nie róbcie tego panowie, — błagała Górska i zaczęła się głośno modlić.
— Szczególna chęć poświęcenia własnej skóry zamiast końskiej, ja nie myślę ginąć dla miłości koni... — oświadczył Uniewicz.
— Czy pan zwarjował?..
— Uspokój się, Mel, — rzeki Burba. — Niech się pani nie trwoży, to nie wilki, to — ktoś jedzie. Tabun koni wali.
— A prawda, gromada jeźdźców. Któż to?
— Hej! Kto jedzie?!
Zamiast odpowiedzi z gromady buchnął wrzask tak potężny, że aż konie przy saniach szarpnęły się i przysiadły na zadach. Jednocześnie z okrzykiem tym wyskoczyły z zaćmy śnieżnej rozbuchane bachmaty, nad któremi wznosiły się machające ramiona jeźdźców, zbrojne w kije i strzelby. Zadęły rogi myśliwskie i cała ta burza z łomotem, tętentem i wrzaskiem minęła sanie i z impetem wpadła na ogłupiałe wilki.
— Bij!.. Łup!.. Wal!.. Rznij!.. — wołały głosy podniecone, a wtórował im Burba i Uniewicz z niemniejszym zapałem.
Burba zwrócił się do zdumionej Górskiej.
— To gajowi i dworscy z Warowni, ojciec ich widocznie wysłał na pomoc.
— Skądże wiedział o napadzie?..
— Domyślił się, to u nas częste wypadki w tej porze.
— Musi słyszeli strzały we dworze, — rzekł Łukasz.
— Ruszaj teraz żywo, już tam oni zapędzą wilki na koniec świata, nam czas do domu.
Hałas, wrzawa, krzyki i strzały oddalały się W stronę boru. Sanki pomknęły naprzód. Pędem minęli białe męty ośnieżonych pól, zaczerniał przed nimi drugi las i huczał basem w szalejącej już na drodze zadymce.
W sankach milczeli.
Zaledwo wjechali w las, gdy od drzew oderwało się znowu dwuch jeźdźców.
— Kto to? — krzyknął Burba.
— Swoi, z Warowni. Gajowi...
— Ach, to Stacho Domalewski. Czy i tu może być napad?
— My stąd przepędzili duże stado wilków, poszły na niedźwiedzi bróg, już nie wrócą, wystraszone, ale zawsze bezpieczniej. Panicze już pewno ustali od strzelania.
— Słyszeliście?!.
— Hej, taka palba, jak w bitwie, po śniegu echo niosło. Starszy pan usłyszał pierwszy i wraz nas zwołał.
Sanki minęły gajowych; konie, wyzbyte lęku, pędziły raźnym kłusem, prychając radośnie. — „Zdrów, — zdrów!” — odpowiedział im Łukasz.
— Czy tu lud mówi po polsku? — spytała Górska Burbę — bo i stangret i gajowi mają tylko akcent małorosyjski?
— Cała służba dworska i leśna to polacy i katolicy, proszę pani. Ojciec wprowadził to u siebie i utrzymuje. Wioski małorosyjskie są prawosławne i mówią swoim narzeczem — poczem rzekł swobodnie: — ale będą nam w domu radzi, konie parskają ochoczo.
— Ja tam zdrów nie jestem, ani rad, — żalił się Uniewicz. — Ręce mi odpadają od strzałów, głowa pęka, psssia...
— A pani jak się czuje po tej przeprawie? — pytał Burba pochylony ku Górskiej.
— Wybornie, rozpamiętywam przebytą emocję i podziwiam... pana.
— Czemuż nie mnie? — jęknął Uniewicz, — napsułem wilków nie mniej od Tomka.
— Ale się pan bardziej sfatygował.
— Aha, o to chodzi! Bo ja nie lubię walczyć bez zasady.
— Pocóż pan jechał?.. Nie było zasady.
— Ale była ciekawość. Jestem zresztą wierny Tomkowi, — jak żadna kobieta, więc dla towarzystwa poświęciłem siebie... i swoją strzelbą przyczyniłem się do... ocalenia pani.
— Od wilków czy od... astmy? Ha, ha!..
Uniewicz drgnął, zmieszał się; ale nie było rady — słyszała.
— Widzę, że nie tylko głos, lecz i słuch posiada pani niezwykły.
— Bajeczny, — powtórzyła.
— Hm... to szczególne.
— Zwłaszcza w moim wieku. Takie — baby wszystko już mają przytępione. Ach, jak tu pięknie! — zawołała nagle, wychylona z sanek.
— Obraziła się, jak Boga kocham, — myślał Uniewicz.
— To już Warownia... oznajmił Burba.
— Jakże tu cudownie!
Przed nimi leżała polana leśna otoczona ze wszech stron czarnym borem. Na wzgórzu, prawie pod lasem, stał wielki gmach, jakby zamczysko odwieczne, najeżone strzelnicami, z łamanym dachem. Dokoła coś jakby wał sypany i pojedynczo stojące olbrzymie wiązy. Wszystko osnute zaćmą sypiącego śniegu, tylko z wąskich, wysokich okien przebijały zmącone światła.
— Jesteśmy w domu, — rzekł Burba.
— Jaka oryginalna rezydencja. Czy to był zamek warowny?
— Tak, kiedyś, stąd pochodzi nazwa Warowni. Ale to już dawno, zostały tylko ślady z przeszłości.
— Daj pokój!.. trącicie tu wszyscy archaizmem, aż miło, — zaprzeczył Uniewicz. — Warownia to mauzoleum, w którym przyczaiło się polskie quattrocento i siedzi tu sobie bezkarnie, kpiąc z obecnego wieku i ludzi. Pani, jako przedstawicielka zachodu i nowoczesnej kultury, odniesie tu zapewne takie samo wrażenie.
— Skąd pan wie, może ja jestem także jakieś cinquecento.
— Hm, możliwe, ale już pewno z odrobiną renaissance’u, — spodziewam się.
— Wysiadamy! — zawołał Burba trochę niecierpliwie.
Sanki zatrzymały się pod olbrzymim gankiem, wspartym na wysokich filarach. Potężne drzwi otworzyły się szeroko, buchnął z nich strumień światła i ciepła. Wysoka postać w tołubie stanęła w progu, a na ganek wytoczył się ogromny kudłaty niedźwiedź. Górska, wstępując na schody, cofnęła się odruchowo, lecz Burba podał jej rękę.
— Proszę się nie bać, to nasz stary Kajtuś, wierny przyjaciel.
Niedźwiedź podszedł do przybyłej, wspiął się na tylnych łapach i, wpatrując się małemi bystremi oczkami w jej zakapturzoną twarz, liznął ją językiem po policzkach.
— Kajtuś, dość karesów!
I Burba odsunął niedźwiedzia, mruczącego przychylnie.
— Jest już pani w Warowni legalizowana. Kajtuś — to wyrok! — zaśmiał się Uniewicz.
Wtem niedźwiedź warknął złowrogo i rzucił się z boku na Górską. Krzyknęła przerażona. Ale Burba go poskromił.
— To nic, poczuł pazury wilka.
Weszli do obszernej sieni, poprzedzani przez kozaczka w liberyjnym kożuchu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.