Verte/Część druga/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


I.

Późna jesień rdzawem złotem osypała Warownię. Wiązy stały ciche w miedziano-ceglastych kędziorach liści, skurczonych, gotowych do odlotu i rozpruwających się już za podmuchem wiatru. Bór prześwitywał rudzizną dębów, złotem klonów i czerwono żółtym kolorem szeleszczących brzóz; tylko makaty i ciężkie brokatele iglastych drzew zachowały swój dostojny strój nie ulegający sezonowym zmianom. Ciemno-zielone ich sylwety nadawały tężyzny niespożytej rozzłoconemu borowi. Powietrze było ciche, pełne uroczystej powagi i sytości. Białe nitki pajęczyn, pływające swobodnie, jak puszczone na wiatr srebrne włosy, czepiały się rżysk, omotywały drzewa i kładły się spokojnie długiemi pasmami na brudno-żołtej trawie. Od czasu do czasu przeszedł powietrzem huk przytłumiony, a wówczas złoty grad liści spadał z wstrząśniętych zlekka drzew i białe włosy babiego lata zachwiane kołysały się żywiej w przestworzu.
Był ranek. Dwór stał milczący zatopiony w ciszę, tylko duże stado gołębi trzepotało się na łamanym dachu domostwa, gospodarując i gruchając zapobiegliwie. W pewnej chwili wyszedł na ganek pan Cezary Burba, siwy już i ociężały, ale był dość silny jeszcze, bo, opierając się na kiju, zeszedł sam ze schodów i rozglądał się dokoła. Drgnął, usłyszawszy głos nad sobą.
— Niech dziadzio zaczeka, zaraz przyjdę.
Spojrzał w otwarte okno i uśmiechnął się.
— Już nie śpisz dziecko... Właśnie czekam na ciebie, pogodę mamy słodką, chciałoby się pochodzić.
Za chwilę szli razem. Elża prowadziła starca pod rękę, słuchając jego opowiadania o jesiennych urokach wsi i lasu.
— Wszystko się teraz zmieniło — westchnął Burba — więc i rykowiska ciche, armaty wystraszyły łosie, jelenie, wszystko spłoszone. Zmieniło się wiele na świecie i ciągle się jeszcze zmieniać będzie, więc zaszły zmiany i w Warowni.
— Oj, tak dziadziu — szepnęła młoda kobieta.
W jej głosie był smutek, który dotknął Burbę. Po chwilowym: milczeniu spytał.
— A czy Tomek dawno pisał?
— Czytałam dziadziowi ostatni list jego.
— A... hm — mruknął starzec — myślałem, że nie wszystkie listy narzeczonego czytasz nam, dziecko.
Elża odczuła w tych słowach jakby lekki wyrzut i ból, nic jednak nie odrzekła.
Zapadło znowu przykre milczenie. Gorska wreszcie przemówiła pierwsza:
— Minął rok od tych strasznych, przeżytych czasów, bitew rozgrywających się w pobliżu nas, rok już jesteśmy pod nową tyranją.
— A tak, i z górą rok od twego powrotu z Warszawy.
— To była okropna podróż, prawie ostatnim pociągiem przed wzięciem Warszawy, — nie zapomniemy z Tomkiem tej przeprawy.
— I on, biedak, już tak dawno na froncie, modlę się i drżę o niego od rana do nocy — westchnął Burba.
Nowe drgnienie żalu w jego głosie i nowe ukłucie w sercu niema Elży. Tak, to ona winna, że Tomka tu niema.
Burba mówił dalej.
— Cóż robić, ani ja nie potrafię być ojcem, ani Urszulka matką Gracchów, aby ofiarność dla ojczyzny przewyższała u nas uczucia rodzicielskie, łzy nam nie wysychają z tęsknoty za Tomkiem i z obawy o niego. Nie mamy nawet zapału Poberezkiego, który dlatego, że Olgierd służy w wojsku polskiem, gotów go poświęcić. Ja nie umiem się nad tym zastanowić, wiem tylko, że mogę stracić syna, ta świadomość przejmuje mnie bolesnym niepokojem. Że Tomek jest żołnierzem polskim, że walczy w „żelaznej” okrytej chwałą brygadzie — to są dla mnie kwestje objektywne, subjektywną, pod sercem leżącą jest ta, że mogę go stracić. Sądź mnie, Panie, jeślim: grzeszny i zły patrjota, ale... zachowaj mi syna.
Pan Cezary drżał na całym ciele, Elża czuła, że osłabł, bo ciężej oparł się na jej ramieniu. Spojrzała uważnie na niego i spostrzegła grube łzy na jego powiekach. Załkało głucho w jej piersi. Kochała tego starca... Wiedziona uczuciem i jakby przekonana o własnej winie, pochyliła się szybko i ucałowała gorąco jego rękę. Położył drżące palce na jej czole bez słów, poczem przyspieszył kroku. Szli owocowym sadem, wśród szelestu liści. Tu było najcieplej. Pan Cezary lubił przebywać na słońcu. Drzewa stały już szare, obrane z owoców, gdzieniegdzie tylko majaczył omszały fjolet pozostałych śliw. Pan Cezary strącił kilka laską, a gdy spadły pęknięte, ukazując złoty miód miąższu, schylił się, podniósł je i podał Elży.
— Patrz, co to znaczy dojrzałość, dojście do mety, do szczytu. Tak jest ze wszystkiem na świecie, tak jest i wśród ludzi i ich uczuć, wszystko musi dojrzeć, by okazać właściwą swą wartość i osiągnąć swój cel.
— Czasem jest się strąconym laską, jak ten owoc, i wtedy osiągnięcie celu przyspiesza się — odrzekła Elża.
Burba zerknął na nią.
— Hm, bywają wypadki, że i taka laska czasem potrzebna.
— No tak, i zależy też od losu czy sprowadzi szczęście.
Burba nagle poruszył się niespokojnie, przystanął, nasłuchując uważnie.
— Słyszysz? armaty, czy to stamtąd, gdzie Tomek?
— Stamtąd zadaleko, to z naszego frontu.
— Boże, Boże! jęczy ziemia, jęczą ludzkie serca, a wojna sieje zniszczenie potwornemi gębami armat, genjuszem śmiercionośnych wynalazków. To się zwie kulturą dwudziestego wieku.
— Ale z tego chaosu, z tej wielkiej wojny wyłoni się Polska, dziadziu.
— Uwierzę w zmartwychwstanie Polski dopiero wtedy, gdy ją ujrzę wskrzeszoną, samodzielną i godną tego stanowiska w świecie. Ale ty, Elżuniu, mówisz o wojnie z takim spokojem, jakbyś nikogo nie miała w jej paszczy.
Elżunia spuściła oczy, nie ze wstydu, lecz że słowa dziadka zabolały ją, dotykając krwawej rany w jej sercu. Zdało się jej, że usłyszała oto straszny ryk morza, huk dział pancernika, że ujrzała czarne dymy i opancerzone wieżyce pływających stalowych twierdz. Oczyma duszy wpiła się w ten obraz pełen zgrozy, szukając wśród wodnych przepaści i kłębisk dymów sylwetki kapitana na jednym z opancerzonych potworów. Milczała, oddana cała swej wizji. Pan Cezary wziął to za skruchę. Stanął i przycisnął jej głowę do piersi.
— Nie smuć się, dziecko — rzekł — Bóg zasmucił, Bóg pocieszy. Poczem, uwolniwszy ją od siebie, dodał:
— Ja tu zostanę, na tej ławie, tu dużo słońca. Odmówię sobie koronkę do Przemienienia Pańskiego, jak codzień, a ty może chcesz się przejść.
— Tak, pójdę trochę w bór.
— Ostrożnie, często się włóczą szwabskie knechty, a i chłopów już teraz bać się trzeba.
Gorska pragnęła teraz pozostać sama.
Miała w sobie tyle męki, że się pod jej brzemieniem uginała jakby pod ciężarem fizycznym. Wyrzucała sobie uległość względem Tomka i przyjazd po skończeniu kursów do Warowni. Oto wegetuje tutaj przykuta i zniewolona wojną, oddzielona od świata. Ona to spowodowała wyjazd Tomka, zasiewając żal i niepokój w sercach starych Burbów i gorycz w sercu narzeczonego... Czyż wiecznie będę gnębiła wszystkich dokoła siebie? Czyż nie przestanę trapić się ciągłą analizą tego, o co dusza woła. czyż nie czas przestać łudzić siebie i tamtych? Męczę się, narzekam na swój los, a czegóż mi brak? Nasunęły się surowe pytania.
Wiedziała, że młodość jej nie przekwitła jeszcze, że cieszy się zdrowiem i powodzeniem w życiu, że jest kochaną i uwielbianą i że opływa w dostatkach materjalnych. Mimo to jednak, czy dozwolonem jej było osiągnąć sferę ideału, stanąć na niebosiężnych szczytach marzeń i znaleźć tam, w tych krainach, gdzie słońca ogniste stwarzają nowe światy, nowe piękna, — dobrobyt duchowy... W nieustannej pogoni za szczęściem, we wzlotach i tęsknem zapatrzeniu się w bezkresy swoich marzeń doznawała jedynie przykrego zawodu, wynosząc zawsze z tej pielgrzymki głęboko zranione serce. Częstokroć świadoma sił własnych i celu swoich zamierzeń, buntowała się przeciwko rzeczywistości, otaczającej ją złowrogim łańcuchem zdarzeń. Lecz były chwile, że bunt wyrastał w zabójczy krzew niewiary, a wówczas naigrawała się z siebie z jakąś maniacką zawziętością. Od pewnego czasu jednak wyczerpana walką zmagających się w niej żywiołów, usiłowała wyzbyć się wszelkich snów i pragnień, by tą drogą dojść, wedle przyjętego obowiązku narzeczonej, a następnie żony Tomasza Burby do porozumienia z twardą logiką konieczności. Uprzytamniając sobie to wszystko, co zaszło, starała się wysnuć wniosek, że winna spełnić socjalne zadanie kobiety i zostać żoną, matką, wychowawczynią nowego pokolenia, szanowaną obywatelką, posłuszną odwiecznym dogmatom i moralnej tradycji. I teraz oto zbłąkana wśród drzew boru, doszukiwała się celu swego przyszłego życia.
— Więc trzeba będzie — myślała — paradować w dostojnym stroju cnotliwej niewiasty, żony, ewentualnie matki, obywatelki, gospodyni wiejskiej, cieszyć się ze swych porządków domowych, jedwabnych kołder, obrusów, sreber, porcelany i nowych sukien. Zgodzić się na pragnienia czysto praktyczne i pogodne zadowolenie codziennością, bo wówczas wystarczy garderoba, kołdry, pokój sypialny, dziecięcy, spiżarnia.
Nagle uczuła w sobie zimny dreszcz, spojrzała dokoła prawie nienawistnie.
— Czemuż to wszystko, co innym wystarcza, leży po za sferą moich pragnień.
Bunt się w niej rozwinął z nową siłą, bolał ją rozrost jego, kolce tego zielska szarpały jej ciało, jej nerwy, jad jego zatruwał jej duszę. Ale ból ten, dokuczając jej niemal fizycznie, tępił w niej wszelką reakcję. Była, jak tonący nad głębiną, który czuje paraliż rąk i nóg. Ogarniał ją zupełny bezwład duchowy, możnaby rzec, agonja siły woli, zdolności do czynu, obojętność samoobrony. Nie umiała się już nawet pobudzać do walki, potrafiła już tylko marzyć i w tych snach pędziła życie i miała tak śnić wiecznie. Zamykaj drzwi do gmachu wspomnień, bacząc by się doń marzenia i tęsknoty nie wkradły — powtarzała sobie często, nie orjentując się, że tym samym już tęskni i już marzy. — To, co było jawą cudną i to, co rzeczywistością cudną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie — wmawiała w siebie z piekącą coraz cięższą raną w sercu. A jednak nie broniła się, patrzyła tępo w otwartą przed nią otchłań.
Czy otchłań?... nawet nie to, ale pusty, obojętny horyzont, okraszony miłością Tomka, jego sercem całkowicie jej oddanym, no... i dobrobytem życia materjalnym. Któż dba o inny dobrobyt?... dla kogo to, co w dostatku bytowania czyni jednak pustkę głuchą, może być rzeczą większego znaczenia niż pełne kieszenie?... Dla kogo duch i jego magnacka sfera w najszerszym zrozumieniu, jego zadowolenie, jego luksus, może stanowić przepych, nie wytrzymujący porównania z przepychem i luksusem materjalnym? Ach, odpowiedź na to łatwa, oto dla tego, kto jest mniej lub więcej utylitarnym analfabetą, — to powód, że głusz przed sobą widzę, że zagasły moje zorze.
Gorska biegała po lesie, błądziła w jego gąszczach z dziwnym uczuciem, że nie jest samą, ale że jest jednak tylko z sobą, z tym co było nią, w niej. Rozproszyła się jej istota na materję ciała i na poszczególne atomy duchowego jestestwa. Oto duch jej płynie tam na tym promieniu złota słonecznego, który padł na wielkie wachlarze klonu, i duch jej smutny patrzy na cielesną Elżę z wyrzutem, iż o nim zapomina, jakkolwiek jest on jej władcą i jej prawodawcą. Rozzłaca się w słońcu duch Elży, wzywa ją do pogromu tego, co w niej nie jest jego tchnieniem. Elża czuje, że jej duch ją woła, bo stał się oddzielną istotą poza powłoką ciała, poza obrębem umysłu, serca swego Elża nie ma w piersiach, nie bije, bo ono jest tam, na ostrych krzakach głogu, rozprysłe. O, jakie krwawe korale jego atomów jak wielkie krople gorącego karminu, uwięzły na kolcach krzewu. Więc i ono jest po za jej ciałem poszarpane w oddzielne płomyki, nie skupi się już, nie zapłonie stosem ognia i nie zabije pulsem naturalnym. Wyrwała je sama, rzuciła na ten głóg, a teraz często widzi je i dziwi się, że takie czerwone, słyszy szelest jego krwi, soplami ociekającej z głogu. Te jagody róży dzikiej, to jej serce.
A oto jeszcze jakieś atomy wirują i spadają na nią gradem iskier kłujących jak igły, sieką ją deszczem żądeł palących i błyszczą niby miganie roju os w słońcu. To jej nerwy. Opuściły ciało, by tym bardziej, tym zjadliwiej kąsać. Elża czuje dokoła siebie swoje własne jestestwo i to sprawia jej mękę niewypowiedzianą, coś w rodzaju wiwisekcji. Jest w tej męce ból głuchy, że to, co istotę jej tworzy, jest w tej chwili po za nią i drwi z niej. Jeszcze coś otacza ją, jakaś potęga, jakaś moc wielka, roznosząca głos gromów; jej echo ogłusza Elżę, lecz nazwać tej siły przedziwnej nie potrafi. Młoda kobieta idzie przez bór jak lunatyczka, rozcząstkowana na atomy, zbiera na swą ciemną suknię wszystkie cienie grasujące w lesie jesiennym, słucha wyrzutów swego ducha, będącego nią w niej, patrzy na rozbite serce swe na głogach i czuje siekący dokoła bolesny grad iskier jej nerwów. Na głowę jej padają rude liście i słońce sieje na jej włosy blade trzęsienia jesiennych promieni. Bór jest milczący, niby zastygły wielki topaz złoto-piwny, gdzieś z daleka płynie huk głuchy i wstrząsa ziemią. Gdy huk milknie, słychać, jakby echo jego, przeciągły szum, poważny i monotonny pysznego boru. Elża go słyszy, idzie w tę stronę w zadumie swej głębokiej, z której wyłania się pytanie:
— Czy to szum jodeł, czy... morza?...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.