U krawca Baczakiewicza w kuchni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł U krawca Baczakiewicza w kuchni
Pochodzenie W czas wojny
Data wydania 1915
Wydawnictwo Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Drukarz E. i Dr. K. Koziańscy
Miejsce wyd. Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
I.
U KRAWCA BACZAKIEWICZA W KUCHNI.


Krawiec Baczakiewicz poznał los. Naprzód owdowiał, pozostając z jedną dziewczynką dziesięcioletnią i dwoma chłopcami lat ośmiu i siedmiu. Potem zapadł na oczy i zaczął niedowidzieć. Skutkiem tego począł szyć wolno i źle. Roboty ubywało, czeladnik go opuścił, pozostał z trojgiem dzieci sam.
Nigdy go zanadto nie szanowano, nigdy bowiem nie przestał być biedny. Jeden miał tylko okres świetności w życiu, kiedy panu radcy miejskiemu Dzielnikowi poprawił spodnie w samym Lwowie zrobione. Wówczas naprzód radca Dzielnik, potem radca Cielątnicki zamówili sobie u niego spodnie. Spodnie wypadły nienajgorzej i przyszedł sam burmistrz Poklepacz. Wszedł osobiście do kuchni, która służyła za mieszkanie krawcowi Baczakiewiczowi, to jest wścibił głowę przez drzwi i zawołał: panie Baczakiewicz, przyjdźno pan do mnie jutro rano...
Sam burmistrz, który miał na jednym rogu rynku sklep z wędlinami, na drugim rogu rynku szynk, a oprócz tego handlował drzewem na spółkę z Żydami. Zdawało się, że krawiec Baczakiewicz wstąpił w okres chwały. Sam znakomity majster Zieliniak, który miał trzech czeladników, raczył na niego spojrzeć zezem i ruszyć czapką w odpowiedzi na ukłon, podczas kiedy dawniej nie spoglądał wcale, a kiwał tylko głową. Majstrowi Zieliniakowi zresztą o klientelę „miejscową“ nie szło — ubierał w okolicy dzierżawców, a nawet niekiedy praktykantów „po wielkich domach“ — lekceważenie więc jego było czyste i wyniosłe.
Krawcowi Baczakiewiczowi uśmiechnęło się słońce — myślał o wzięciu nowego mieszkania z pokojem. Aliści sen o szczęściu nie trwał długo. Czeladnik spodnie pana burmistrza przy prasowaniu przypiekł — powstała żółto-czarna plama.
Nadaremnie krawiec Baczakiewicz pracował w pocie czoła nad usunięciem przysmalenia, napróżno pobiegł do Arona Biedla, który miewał materyały, lub próbki materyałów. Niepodobna było takiej sztuki znaleźć. W czem nie było nic dziwnego, gdyż spodnie pana burmistrza miały być zrobione z resztki kupionej na licytacyi we Lwowie przy okazyi przez radcę Dzielnika.
Rozpacz ogarnęła duszę krawca Baczakiewicza.
Gdy przyszedł ów straszny dzień, krawiec Buczakiewicz chwiał się od piątej rano na nogach i kołysał się, jak błędny od ściany kuchni do ściany. Błysk jego chwały zapadł w cień. Wychylił głowę z wody jak karp i jak karp pogrążył się w toni.
Nigdy go zanadto nie szanowano przedtem, a od tego zdarzenia poczęto lekceważyć tem więcej, że wydawało się przez chwilę, iż się wydobędzie nad poziom powszechnej biedy. Krawiec Baczakiewicz stał się poturadłem jeszcze więcej, niż był przedtem.
Jakiemże dopiero, gdy naprzód stracił żonę, która jeszcze jako tako podtrzymywała dom i honor domu, a potem, gdy począł tracić oczy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wokoło miasteczka grzmiały działa. Grzmiały coraz bliżej i coraz okropniej. Zamożniejsi uciekli, ubożsi zostali. Krawiec Baczakiewicz pozostał z dziećmi. Było to w trzy lata po śmierci żony.
Siedzieli zawsze w tej samej kuchni i słuchali. Dziewczynka miała już lat trzynaście, synowie lat jedenaście i dziesięć.
Średni, Władek, chory był na gorączkę. Co mu było, krawiec Baczakiewicz nie wiedział. Był to tyfus, czy febra, czy gorączka z głodu? Nie wiadomo. Lekarza w miasteczku już nie było. Wyjechał przed inwazyą. Chłopiec leżał na tapczanie, czasem majaczył, a czasem był zupełnie przytomny. Jedną oddawał usługę reszcie rodziny, że nie chciał wcale jeść. U krawca Baczakiewicza bowiem nie było co jeść tak dalece, prawie na pół jednej osoby ośredniem zapotrzebowaniu. Natomiast wody pił, ile chciał.
Kanonada przystępowała ku miasteczku wielkiemi krokami. W końcu w samym środku rynku „jak na amen Opatrzności“ podług wyrażenia baby kościelnej Agnieszki, padł granat rosyjski. Wyrwał okrutną dziurę w gruncie, błotem zachlastał ćwierć rynku i zabił psa. Za tym granatem przyleciał drugi, ale ten już zwalił piekarnię, dwie lipy i zabił troje ludzi. Trzeci zapalił stodołę furmana Krupowskiego i pokaleczył jedenaścioro osób i trzy konie. Za granatami przyleciały szrapnele, siejąc śmierć i razy. Ludzie widząc, że nie przelewki, pomyśleli o schroniskach. Poczęli się kryć do piwnic.
Pomyślał też o tem krawiec Baczakiewicz.
Ale co było robić z Władkiem? Wzięli go oboje z trzynastoletnią Jadwinią z tapczanem, najmłodszy Staś pomagał, wysunęli z kuchni i chcieli nieść do piwnicy domowej. Aliści naprzód przekupka Barbara postawiła veto ze względu na chorobę Władka. Wlazła ona do piwnicy z dwojgiem swoich małych z drugiego męża i z czworgiem swojej najstarszej córki. Za nią poszła sklepiczarka Chaja Kitzlerowa z siedmiorgiem dzieci. Jeszcze zarazę przyniesie. Przyłączył się i mularz Muchała, choć dzieci nie miał. Ot tak, do towarzystwa. Nie pozwolili chorego wnieść do piwnicy. Gdy się zaś Baczakiewicz napierał i prosił, Muchała zawołał:
— Panie Baczakiewicz, o cóż też ta panu, idzie! Czy wam też to nie wszyćko jedno z głodu czy od kuli?
— Solche Bettler — krzyczała Chaja Kitzlerowa. — Jak będziemy tu siedzieć tydzień, to nam tu pozdychacie z głodu! Tu wam nikt nie da nic! Na co się pchać z zarazą?
— Idźcie psiekrwie z tą zarazą! — klęła przekupka Barbara. — Dzieci ludzkie zapaskudzicie!
Biła was na śmierć nędza, cholery piekielne, co się tych kul tak boicie?!
Zbuśnie powiadają kum Muchała! Idźcie, choroby, ciągcie się z tym śmierdzącem ścierwem, bo jak nie, to jak Boga kocham!!...
I podsunęła rękaw nad pięścią, jak pół bochenka chleba.
Krawiec Baczakiewicz pociągnął ku sobie tapczan. Pociągnął, bo musiał. Chaja Kitzlerowa pchnęła w tapczan drągiem szczotki, porwanej ze sklepu.
Krawiec Baczakiewicz cofnął się. Był sam jeden z trzynastoletnią córką i dziesięcioletnim synem. Drżał na całem ciele, a łzy poczęły mu się sypać z oczu. Powrócił z tapczanem i dziećmi do kuchni.
Tymczasem nad miasteczkiem rozszalała się burza ognia i żelaza. Domy gruchotały się, kościół, szkoła i część miasteczka stała w płomieniach. Ktoś uciekając wolał: ratusz zwalili!
Krawiec Baczakiewicz postawił tapczan na dawnem miejscu i siadł na ławie.
— Cóż będziemy robić, tato? — zapytała

— Będziemy czekać — odpowiedział krawiec Baczakiewicz.
— Na co?
Baczakiewicz nie umiał odpowiedzieć.
— Władek, chce ci się pić? — spytał najmłodszy Staś.
Chory chłopiec nie dał znaku ani tak, ani nie.
— Gorączkę ma — rzekł Staś.
— Źli ludzie — odezwała się Jadwinia.
— Kużden o sobie myśli — objaśnił pobłażliwie Baczakiewicz.
— Kużden o sobie — jak tata panu burmistrzowi spodnie robił, to się tacie Muchała kłaniał...
— Ale się potemu ze mnie śmiał.
— Żeby byli choć mnie z Jadwinią puścili — westchnął Staś.
— A opuściłbyś Władka i tatę?! — zgromiła go Jadwinia.
— Nie — szepnął Staś zawstydzony.
— Tato — rzekł po chwili.
— Co?
— A co my będziemy jedli?
— Co będziemy jedli? — powtórzył Baczakiewicz niepewnie, ale właśnie rypnął granat gdzieś niedaleko i w strasznym huku krawiec Baczakiewicz pogrzebał odpowiedź.
— O jej! Ja się boję! — zapiszczała Jadwinia.
— I ja się boję! — zawtórował jej Staś i zaczął płakać.
— Zaraz — rzekł krawiec Baczakiewicz.
Wstał, wyszedł i podstąpił ku piwnicy.
Drzwi miała zamknięte.
Zapukał.
Pukał dość długo, wreszcie poznał głos sklepiczarki Kitzlerowej.
— Co jest?
— To ja, Baczakiewicz, krawiec.
— Co chcecie?
— Puśćcie moje dzieci, zdrowe.
— Won, choroby zatracone! — zahuczała przekupka Barbara. — Nie dość, że strzelają, jeszcze wy, psiekrwie, będziecie skomleć! Dziady!
— Dziadu! — zawołał z głębi mularz Muchała, widocznie coraz mocniej pijany.
— Ludzie! Bójcie się Boga! Zdrowe dzieci!
— Daj się pon wypchać, panie Baczakiewicz! — odpowiedział mularz Muchała.
— Chorobę mogą przenieść! — wołała Kitzlerowa.
— Niech was dunder świśnie, końskie kopyta! — dodała przekupka Barbara — Przy chorym niema zdrowych!
Poczem nikt już krawcowi Baczakiewiczowi nie odpowiadał. Ale nie stał on już przy drzwiach piwnicy długo, gdyż wobec padających strzałów bał się dzieci zostawić same.
Gdy wrócił, zapytał się Staś chlipiąc:
— Pocoście, tato, chodzili?
Ale Jadwinia dała znak płaczącemi oczami; czy się domyślała, czy nie, krawiec Baczakiewicz nie poznał. Musiała się domyśleć, a Władek oprzytomniał. Patrzał wyraźnie.
— Pić — jęknął.
Baczakiewicz podał mu szklankę.
Chory chłopiec napił się, potem posłuchał grzmotu działa, które właśnie zahuczało i rzekł chrypliwie:
— Armaty...
— Tak — odpowiedział mu krawiec Baczakiewicz.
— Strzelają do nas?
— Strzelają...
Jadwinia i Staś przytuleni do siebie płakali.
— Tato — odezwał się Władek.
— Co chcesz?
— A co nasi robią?
— Nasi? Niby Polacy?
— Tak.
— Jedni się biją.
— A drudzy?
— Siedzą w piwnicach — wyłkał Staś.
— A trzeci?
— Są tacy, jak my — rzekł Baczakiewicz.
Gorączkujący chłopiec powiódł wzrokiem po rodzinie.
— Wy toście biedni, cierpieć musicie...
— Tyś najbiedniejszy, boś chory — szepnęła Jadwinia szlochając.
Piekielny huk rozległ się znowu, ale słychać było słowa Władka:
— Ja? Ja na białym koniu jadę i szablę mam w ręce — —
Jadwinia spojrzała na ojca.
Potem kanonada stała się tak przeraźliwie gwałtowną, że rozmawiać nie mogli. Staś przypadł ze strachu na podłogę do kolan ojca i łkał, a Jadwinia przytuliła mu się do ramienia zawodząc.
W jednym momencie tego okropnego chaosu wydało się krawcowi Baczakiewiczowi, że Władek znowu mówi:
Ja na białym koniu jadę i szablę mam w ręce.
Ale widocznie potem stracił zupełnie przytomność.
Dzień począł się chylić do skłonu, a nic się nie zmieniło. Jakaś potworna bitwa toczyła się w okolicy. Jadwinia i Staś płakali i w końcu usnęli, przyciśnięci do siebie. Zaś krawiec Baczakiewicz siedział na krawędzi tapczana przy chorym synu i czuł, że mu głowa opada coraz niżej. Jakieś sny go opadać jęły, pół na jawie, pół poza jawą. Władek jechał na białym koniu ze szablą w ręce... Rogatywkę miał czerwoną na głowie, białym barankiem obszytą, i chorągiew polską nad sobą... Tak się Baczakiewiczowi wydawało, że on sam szedł przy synu piechotą i niósł ją nad nim. Była taka jesień, jak była...
Potem ocknął się krawiec Baczakiewicz i spojrzał na twarz syna. Była ona dziwnie blada i ściągnięta, jak nigdy. Oczy miał zamknięte i głowę równo wznak położoną. Dychał wolno i słabo.
— Abo się choroba przesila, abo co — myślał krawiec Baczakiewicz...
Wieczór zapadł o czwartej popołudniu i był długi. Krawiec Baczakiewicz znowu drzemać począł i znów pół na jawie, a pół za jawą, zdawało mu się, że Władek jedzie na białym koniu w rogatywce ze szablą w ręce... Co się ocknął, to uważał, czy armaty biją jeszcze wciąż i jaki ten wieczór długi, długi, bez końca... Bitwa trwała. Wtem brzękło okno i trzasło w ścianie, ponad tapczanem. Krawiec Baczakiewicz rzucił oczyma: szyba była wybita i dziura w ścianie naprzeciwko.
— Kula z karabinu — pomyślał. — Zbliżyli się...
I wśród grzmotu armat odróżniać począł salwy i pojedyncze strzały karabinowe.
Nagle jakby grad gruby zadzwonił mu w górne szyby i utonął w deskach ściany naprzeciw.
— Po nas — przeleciało po głowie krawca Baczakiewicza, zrobiło mu się gorąco i zimno i dreszcz nim zatrząsł do ostatniej kości.
Po nas... po mnie... po dzieciach...
Uciekać —
Ale gdzie? jak?
Już zdawało mu się, że słyszy glosy ludzkie, jakby wykrzyki komendy, wrzaski, jęki, wycia... Abo się mi wydaje, abo naprawdę — myślał.
Byłby zapalił lampkę, ale się bał światłem zdradzić. Nie wiedział, co może nastąpić. Godzina za godziną biegła, a on tak siedział w nieruchomości i w mroku, słuchając wrzawy wojennej.
Bił się świat. Krawiec Baczakiewicz wiedział to. O co się świat bił, nie wiedział. Zaczął próbować łamać sobie głowę, aby coś pojąć. Jakie on sam zajmuje stanowisko w stosunku do tej wojny. Słyszał, że się biją Niemcy, Węgrzy, Moskale, Francuzi, Anglicy, nawet Turcy. To mu się obijało o uszy, słyszał. Bili się w różnych wojskach Polacy, o tem słyszał naokoło ciągle. Słuchał o tej wojnie, bał się jej razem ze wszystkimi, ale tyle myślał o swojej własnej nędzy i o dzieciach swoich, że czasu o niej myśleć nie miał. Nagle poczęła go dusić ta myśl: co ma myśleć? Wśród tego strasznego huku i trzasku nieopodal. Że był dziadem, to wiedział — to przekonanie wypełniało mu całe życie i zastanawiać się nad tem nie potrzebował. Był głodny on i jego dzieci były także głodne, poniewierany, lekceważony, pogardzony był i on i jego dzieci tak samo. Teraz właśnie przyszła uparta uporczywa myśl: co on ma myśleć o wojnie?
Nadaremnie wysilał mózg. Gdy zdrzemywał się dwa razy na moment, wydało mu się, że widzi Władka na białym koniu z szablą w ręce, a nawet raz wydało mu się, że niesie nad nim chorągiew, jaką czasem widywał na ratuszu, a którą znał jako „polską“ — ale gdy odbiegła go drzymota, coś zniewoliło go zastanawiać się: co on i co ta wojna? — i żadnego wytłomaczenia nie mógł znaleźć.
A przecież czuł że to wytłomaczenie jest. Że jest coś poza, czy ponad jego nędzą i głodem wiekuistym, jego i jego dzieci, poza, czy ponad wiekuistą poniewierką, w której żył. Coś, ale co? Jak się nazywa? Co to jest? Przecie nietylko jest on takim człowiekiem, który przy szyciu nie dowidzi i zarobić, wiele trzeba, nie może... Jest on jeszcze czemś pozatem, czy ponadtem. I jest coś poza, czy ponad tym brudem, tym niedostatkiem, tą nędzą ostatnią, w której żyje. Jest coś tak, jak dusza obok ciała. Bo niby on jest krawiec Baczakiewicz, ma ręce, ma nogi — mówi: moja noga — ale czyja? Jego. On się składa tak samo z nóg, jak z głowy i z reszty ciała. To jest on. Ale przecie noga jego nie jest, własnością tego, z czego on się składa — jak on mówi: moja noga — to czuje, że to nie jest własność ani jego głowy, ani brzucha, ani ręki, ani niczego. Jest zatem dwóch Baczakiewiczów i jeden drugiego ma. A ten drugi to właśnie musi być to, co się nazywa dusza. Ale tak samo, jeżeli wobec tej wojny jest Baczakiewicz dziad, nędzarz, poturadło wiekuiste, to co jest takiego, o czem ten Baczakiewicz ma myśleć? Biją się Niemcy, Austryacy, Węgrzy, Moskale, Francuzi, Anglicy, Polacy, ale to nie jest wszystko, jest jeszcze coś, jest jeszcze coś, wśród tego huku dział i wśród tych kulek karabinowych — —
co?
Mózg krawca Baczakiewicza pracował uparcie. Baczakiewicz miał uczucie, jakby miał skorupę na głowie. A to, psia noga, nieomylnie przez to, że nigdy myśleć o czem innem, jak tylko o swojej biedzie nie miał czasu.
Biją się Polacy, biją się Polacy — w trzech wojskach...
A dy ja tu około czegosik chodze, jak po omacku — myślał. — Ino nie wiem, psia noga, nimoge utrafić akuratnie...
A jednakże coraz wyraźniej, coraz niezawodniej przed kołacącym i bulgotającym mózgiem krawiec Baczakiewicz staje wśród huku dział i trzasku kulek karabinowych to przekonanie, że jego osoba jakieś stanowisko wobec tej wojny całego świata zająć powinna, ba, że zajmuje, tylko jakie? Jak się nazywa?
Wtem głęboką zadumę krawca Baczakiewicza przerwało, co nastąpiło: oto syn jego, Władek, dźwignął się z tapczana — siadł, a potem obrócił się plecami do góry na rękach i kolanach.
— Władek, co ci to? — zapytał go krawiec Baczakiewicz, urywając się z krawędzi tapczana.
Ale gorączkujący Władek nie odpowiedział nic, tylko dźwignął się jeszcze bardziej i wyciągnął rękę ku półce, która była ponad nim —
po co?
Czegoś szuka po ciemku, ale czego? Były tam krawieckie potrzeby, raczej ich szczęty.
Potem, widocznie znalazłszy, czego szukał, wychylił się i po blasze na kuchni ręką wodzić począł. Co on robi? Czy gorączka taka?
Ręką wodził i napowrót pod kocyk, pod którym leżał, wlazł.
Krawiec Baczakiewicz patrzał w mroku na tę robotę i nie przeszkadzał mu. Gdy wlazł napowrót pod kocyk, spytał się:
— Władek?
Ale chłopiec wcale się nie odezwał.
Co on robił? Dlaczego tak wodził ręką po blasze od kuchni? Czego szukał na półce ze szczętami potrzeb krawieckich? I zkąd mu się tyle siły że się dźwignął i dość długo się trzymał i to na jednej tylko ręce wsparty?
Krawiec Baczakiewicz począł być ciekawy, jak syn teraz wygląda i co znalazł na półce, co wziął ztamtąd. Sięgnął po lampkę i zapalił ją, a zapaliwszy przysłonił światło marynarką. Spojrzał na syna: leżał głową na wznak, blady z twarzą ściągniętą, oczy miał zamrożone. Obie ręce miał na kocyku. Krawiec Baczakiewicz zobaczył. Władek znalazł na półce i trzymał jeszcze kawałek kredy krawieckiej.
Przystąpił teraz krawiec Baczakiewicz ku kuchni i spojrzał. Przy świetle lampki ujrzał coś — na czarnej spalonej blasze była linia kredą pociągnięta. Było to półkole. Półkole, a pod niem laska. Krawiec Baczakiewicz wiódł oczami po liniach kredą poprowadzonych po blasze, przyświecając sobie lampką i odczytał:
Polska.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.