Trzykroć szczęśliwi królowie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Pilot
Tytuł Trzykroć szczęśliwi królowie
Pochodzenie Panny szczerbate: opowiadania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1962
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


TRZYKROĆ SZCZĘŚLIWI KRÓLOWIE

Krowy idą powoli, powoli, rozważnie, szeroko stawiając kopyta, krągle kołysząc ciężkimi wymionami. Łańcuchy zaprzęgu pobrzękują cicho, wóz terkocze, podskakuje na kamieniach, piach z szelestem osypuje się między szprychami. A-Franek, wygodnie rozwalony na worku z koniczyną, ćmi papierosa, spluwając z rzadka ponad przywiązaną do kłonicy lejcą, gapi się na pobliski lasek, po jesiennemu pyszny, różnobarwny jak ułamek tęczy. Więdnąca koniczyna pachnie sennie, tumaniąco... Nagle słyszy A-Franek swoje chrapanie, zrywa się... Jest już ciemno, niebo na zachodzie ma kolor żołnierskiego płaszcza, w przydrożnych chwastach, łyszczących od kurzu i rosy, muzykują świerszcze...
— Aaa! — krzyczy A-Franek. — Aaach! Hej! A hej — Szuka bata, który leży gdzieś z tyłu wozu, na bronach; ale bata nie ma i A-Franek z powrotem wali się na swój wór z koniczyną, patrząc w niebo myśli o czymś i zaraz już nie wie, o czym; krowy znów idą, jak chcą, powolnie, ociężałe, mlecznie. Nieśpiesznie zakręcają na brukowaną drogę, wiodącą wprost już do wsi. Obręcze kół terkoczą i dudnią. A-Franek chce krzyknąć na krowy, ale one same schodzą na skraj drogi, na piach.
— Noch! — wykrzykuje Franek, dobrze myśli o swoich krowach. Aż tu nagle krowy płoszą się, szarpią do tyłu, przystają.
— A-Franek? — pyta jakiś głos w ciemności. — A-Franek! — przytwierdza sam sobie po chwili, kiedy woźnica podnosi już głowę.
— A? — pyta. — A co?
Jest ich pięciu, wszystko kumple: Janek Rdza, Staszek Pastuch, Hanio Mirek i jeszcze jacyś za plecami.
— Odpieprzcie się, no? — mówi im A-Franek. — Przy takiej jeździe nawet na północ do domu nie przyciągnę.
— Chodź — mówią na to tamci. — Ciekawskiego coś zobaczysz.
— A co? — dopytuje się A-Franek. — Bez wiców, chłopy, muszę jechać.
— Kiedy to jedyna okazja.
— Potem to pewnie już się skończy kino.
— Potem na pewno się skończy całe kino.
— Ale co? — dopytuje jeszcze A-Franek. Schodzi z wozu. Któryś z tamtych bierze go pod łokieć.
— Rowem, rowem.
— A co? — szepcze jeszcze A-Franek, ale oni nie odpowiadają, więc już dalej idą w zupełnym milczeniu, idą długo, klnąc od czasu do czasu szeptem. Przystają wreszcie: Hanio chwyta A-Franka za ramię.
— Fredek przyjechał, wiesz? Tam ze Stefką stoi. Widzisz?
A-Franek przykuca, patrzy w stronę obejścia Kubiaków. W świetle wczesnego wieczoru majaczy stodoła, szopa z kupą perzu, płoty, wrota... i w furtce, w furtce dwoje ludzi stojących obok siebie tak blisko, że wydaje się, jakby to był ktoś jeden.
— No — syczy któryś z tyłu.
A-Franek porywa się do przodu, ktoś łapie go za łokieć, A-Franek wali go na oślep pięścią. Tamten kinie. A-Franek lezie na czworakach, sunie brzuchem po mokrej trawie. Przystaje chwilę, zadyszany, wstrzymując dech, pełznie dalej. Przykuca dopiero za wielkim granicznym kamieniem, parę kroków od nich.
Stoją przy furtce, każde z jednej strony zamkniętej furtki, słychać skrzypienie sztachet pod naciskiem ich ciał. Jest ciemno, ale widać wszystko, jej piersi w bluzce w niebieskie kwiatki, przyciśnięte do sztachet, koniuszkami dotykające jego koszuli, jego ręce sunące po jej nogach coraz wyżej, coraz wyżej, pod suknię, jeszcze wyżej, jej usta, poruszające się w oddechu szybko, szybko, coraz szybciej, jego usta, mówiące coś, jej usta szepczące: „Nie, nie”, szepczące szybko, rozpaczliwie i słabo, jego usta, zbliżające się do jej ust, ich brzuchy i nogi, przyciśnięte do sztachet, poprzez sztachety do siebie nawzajem, i znów jego usta coś mówiące, znów jej usta szepczące: „Nie, nie”.
Potem już widać tylko zamek, przytwierdzony do sztachet furtki, wielki, kuty zamek od staroświeckich drzwi, otwierany jego dłońmi, jego prośbą, jego ciałem, jego siłą, zamykany jej dłońmi, jej wzbraniającym szeptem. Zasuwa zgrzyta i skrzypi, jego ręce są silniejsze, ale jeszcze silniejszy jest jej szept, pełen przerażenia i rozpaczy; uchylona furtka zamyka się... słychać teraz jego szept, nerwowy i szarpiący, jego niepokojący śmieszek, widać jego dłonie, dotykające jej piersi, jej usta, muskające jego włosy...
A-Franek patrzy, patrzy wciąż, cały jest w patrzeniu i słuchaniu. I dla tego patrzenia i słuchania chce być jeszcze bliżej, pełznie, wczepiony słuchem w zgrzyt wahającej się, otwieranej i zamykanej furtki.
— Ktoś idzie — płoszy się dziewczyna. Odskakuje w tył, ucieka, ale po chwili przystaje, nasłuchuje. A-Franek słyszy krótki jęk gwałtownie pchniętej furtki... powoli podnosi głowę...
Przytuleni do siebie stoją w opłotkach, stoją długo wczepieni w siebie tak, że nawet stąd, z odległości kilku kroków nie widać jego i jej, tylko ich oboje, ich razem. Ona nic już nie mówi, on także nic nie mówi, A-Franek widzi tylko dłonie, błąkające się po włosach i ramionach, jego dłonie po jej włosach i ramionach. Przytuleni do siebie, wtuleni w siebie, powoli, chwiejnie idą w głąb podwórza, oświetlonego przyćmionym światłem wczesnego księżyca.
A-Franek podnosi się i powoli idzie skrajem drogi.
— I co — mówią tamci. — Dobre było kino? Twardy ten... powiedział, zrobił... I to jeszcze co zrobił! Przegrało się pół miecha... Kto by pomyślał!
A-Franek nie mówi nic; włazi na wóz, długo szuka po ciemku bata. Znajduje go wreszcie i podniósłszy się, z rozmachem wali krowy po grzbiecie. Krowy ruszają z miejsca gwałtownym szarpnięciem, zwalniają zaraz, odwracają zdziwione pyski. A-Franek upada na wór z koniczyną, podnosi się, wali znów, bicz skacze po krowich grzbietach, odskakuje ze świstem, smaga woźnicę po rękach. Spłoszone krowy biegną szybkim, zziajanym kłusem, wóz dudni, podskakuje, grzechoczą brony. Tamci wrzeszcząc biegną za wozem, czepiając się kłonic. A-Franek wstaje, odwraca się i na oślep wali batem. Tamci zostają w tyle i klną; A-Franek znów już chłoszcze krowy; bicz czepia się o dyszel, biczysko łamie się, w ręku A-Franka zostaje już tylko ułomek. Wychylony do przodu, balansując na dyszlu, wali krowy tym kawałkiem biczyska, wali dopóty, dopóki nie zostaje mu w ręku kijek długości ołówka; wtedy zdyszany, spotniały, opada na wór z koniczyną i leży z zamkniętymi oczyma; widzi furtkę, uchyloną, potem zamkniętą furtkę... Wóz sunie już teraz powoli, powolutku, krowy idą, pobrzękując zaprzęgiem, cicho przeżuwając trawę.
— Hej — woła nagle A-Franek. Ale krowy nie ruszają z miejsca. A-Franek podnosi głowę: są już na podwórku. A-Franek zeskakuje z wozu i wyprzęga krowy. Stoi chwilkę i potem idzie za nimi do obory.
— Co, bećki? — mówi półgłosem. — Aaa... To dopiero zrobili nam kino... aaa... kino... Sameście widziały. I co ja teraz. Aaa, po co ja się wtedy ruszyłem, powiedzcie same, po co? Po co ja? I co ona winna?
Krowy cicho, mlecznie przeżuwają pokarm. Któraś ciepłym, wilgotnym pyskiem dotyka ręki A-Franka.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.