Polowanie na psy nocą

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Pilot
Tytuł Polowanie na psy nocą
Pochodzenie Panny szczerbate: opowiadania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1962
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


POLOWANIE NA PSY NOCĄ

Niedziela kończyła się; zmierzchało się powoli. Było po nieszporach, ludzie grupami wychodzili z kościoła.
Przystanęli. Jeden wyciągnął papierosy, zapalili w milczeniu.
— No co, chuligany?
Nie odpowiedział żaden; długo zaciągali się dymem i wpatrywali się w nietoperza, który zataczał nad ich głowami wielkie kręgi.
— Co robimy? — mruknął ten sam. Miał długie, bardzo jasne włosy i oczy także bardzo jasne.
— Siadajmy gdzie — zaproponował drugi. — Dość już mam klęczek.
— Coś ty — sprzeciwił się trzeci. — W ubraniu od kościoła?
Był w granatowym ubraniu w prążki i żółtych butach.
Zaciągali się z namysłem.
— Ćwiartka by się zdała, byłoby wiadać, co robić.
— Ba, dzisiaj ani-ani.
— Trza było prędzej myśleć.
— Myślał koń, myślał...
— Ale co teraz?
— Pies by zagryzł.
Papierosy trzeba było rzucić, parzyły. Ale nie było co robić. Stali sztywno, przestępując z nogi na nogę.
— Może by do Cichotek iść?
— W chałupie siedzą. A w chałupie starzy.
— Nawet za cyc nie ułapisz. Nie robota.
— Jak już do starych, to z półlitrem.
— Ba! Wtedy stary sam ci Helcię do łóżka włoży.
— A potem przed księdza zaprowadzi.
— To chodźmy pod krzyż — zaproponował mały. Wołali na niego Cwerg. Teraz wiercił się w miejscu, chciało mu się czegoś.
— Chodźmy — niecierpliwił się.
— Po co?
— Może Łukaszka znów garnki będzie tłuc?
— Co noc nie da rady, garnków nie starczy.
— Łukasz pewnie tam już ją złoił za garnki.
— Zresztą krowa już jej się ocieliła. Po co miałaby jeszcze garnki tłuc?
Umilkli.
— No, chodźcie, chodźcie — krzyknął mały. W jego głosie była histeria.
Poruszyli się nerwowo.
— Dokąd?
— O tak! Dokądś!
— No to chodźmy — leniwie rzekł ten z bardzo jasnymi włosami. Powoli poszli środkiem drogi.
— No i co z łażenia? — oburzył się ten, który miał papierosy. Przystanęli. — Dość mam tego w zwykły dzień. Lepiej się wyspać.
— Zgnijesz od tego spania.
— To co?
— Jak to co?
— Co robić?
— Wiecie co? — rzekł mały, który długo milczał. — Jakiś pies łazi do Ignacowej suki, gzą się po całych nocach, Ignac nie może zmrużyć oka. Kundel sprytny, Ignac za nic nie może mu dać rady. Wczoraj w spółdzielni obiecał pół miecha, jak mu kto tego psa ucapi.
— To i co?
— A jakbyśmy?
— Dzisiaj niedziela, grzych.
— E, tam! To przecież nie dla pieniędzy.
— A wódkę to pije się przeważnie w niedzielę — przytwierdził ten z papierosami.
Mały naglił:
— No co, chodźmy!
Kazał im zaczekać przed Ignacowym domem, sam skoczył do wrót, pobiegł ku chałupie. Nim zdążyli się zastanowić, wrócił.
— Zgoda — krzyknął. — Jak kundel wyciągnie giry, to pół miecha nasze.
— Masz ty łeb — rzekł ten z papierosami. — Zgoda na interes.
Poweseleli. Poczęli się zastanawiać, jak najlepiej wziąć się do rzeczy. Wymyślił, jak zwykle, mały.
— Trzeba go najpierw do środka dostać, a potem już po krzyku.
Wydostał skądś kawał drutu; przywiązali go do furtki i usiedli w rowie.
Siadł nawet ten z papierosami.
— Daj ćmika — rzekł do niego mały.
— Ja co, kołchoz?
— Daj, daj, nie pieprz.
Siedzieli w milczeniu, paląc papierosa za papierosem. Księżyc stawał się ogromny, gwiazdy zwyraźniały; robiło się późno.
Wreszcie pojawił się pies. Stanął przy furtce, węszył długo. Cicho wśliznął się w opłotki, przystanął, długimi susami pobiegł w głąb podwórza. Cwerg szarpnął drut, furtka zamknęła się.
— I po co było tyle wymyślać, i tak by się zamknęło — mruknął ten z papierosami. Omylił się: pies usłyszał trzask, zawrócił. Ale furtka była zamknięta; zbliżali się trzej ludzie. Pies podkulił ogon i poszczekując tchórzliwie, uciekał między zabudowania.
Naprzeciw im z ujadaniem skoczyła suka: nie zważali na nią. Zamknęli dokładnie furtkę i szli ku obórce, wokół której biegał pies. Suka plątała im się pod nogami, szczekała. Była mała, łaciata jak szmaciana piłka, nie zważali na nią. Przystanęli przy szopie, mały poświecił zapałką. Wybrali trzy krótkie, dobrze uchwytne szczapy.
— Idiom — zarządził mały.
Pies przedostał się w opłotki, usiłował prześliznąć się pod sztachetami furtki. Powoli szli w tamtą stronę, nie chcieli go płoszyć. Poszczekiwał urywanie, lękliwie. Gdy byli już blisko, ujrzeli jego ślepia błyszczące z przerażenia.
— No — rzekł ten z papierosami.
— Ja pierwszy — mruknął Cwerg.
Za nimi chrypiała suka, była mała, nie mogła nikomu nic zrobić, nie zważali na nią.
Mały zamachnął się. Pies poderwał się nagle, zawył rozpaczliwie. Cwerg rąbnął go w krzyż; pies wył głosem napiętym i cienkim. Poderwał się znów, skoczył małemu do oczu. Ale Cwerg uważał, odskoczył, łupnął psa jeszcze raz po łbie. Pies opadł na ziemię, poderwał się jeszcze raz niemrawo, upadł, rzężąc.
Doskoczyli tamci.
— Psiakrew! — pisnął mały i zamachnął się polanem do tyłu. Suka pisnęła i odskoczyła. — Ty, psiakrew! Ty cholero! — ryczał, chwytając się za nogę. Spodnie były rozdarte i okrwawione.
Pies przestał już jęczeć; tamci ciągle jeszcze walili w niego jak w mocno nabitą pierzynę.
— Ustańcie, do nędznej... — syknął mały. Usłuchali. Cwerg stękając ruszył ku chałupie, zastukał w okno.
— Po robocie — krzyknął. — Tylko litra to was kosztuje, ten wasz kundel całą nogawicę mi rozjapał.
— Co ja mogę, żeś dupa — rzekł Ignac. Wystawił butelkę i zatrzasnął okno. Przeklinali głośno, ale w środku nikt się nie ruszał, więc odeszli.
Siedli na skraju rowu. Mały stuknął dłonią w dno butelki; korek wyskoczył, chlupnęło trochę wódki.
— Co wyprawiasz? — wrzasnął ten z papierosami.
— Mogłem wiedzieć, że korek ledwie siedzi? Pewnie Ignac wody dolał.
— Zęby wytrzasnę, jak Boga! — pogroził ten z papierosami. Mały uspokoił go:
— Swoje ma! — rzekł pociągnąwszy.
Leżeli i pili krótkimi łykami.
Nagle usłyszeli wycie, krótkie, żałobne.
— Suka.
— Wierna, cholera.
— Jak to suka.
— E...
Wycie trwało długo. Doszły ich klątwy Ignaca.
— Tera ta nie daje mu spać. Może i za tę dałby pół litra?
— Mam w dupie — mruknął jasny. — Nie chcę. I w ogóle mam dość.
— Twoja kolejka.
— Nie chcę. Odpieprzcie się.
Wstał, odchodził. Trząsł się cały idąc, jakby coś ciężkiego niósł na plecach.
— Dupek żołędny — mruknął Cwerg. Ten z papierosami nie mówił nic.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.