Trzy prowincjałki/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Trzy prowincjałki
Podtytuł Wzorki z piasków podlaskich
Pochodzenie „Kolce“, 1874, nr 23-24
Redaktor S. Czarnowski
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1874
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

Obniżmy ton o całą oktawę.
Śliczne dziewczątka! trzeci dziesiątek lat mizernego żywota na tym padole płaczu i dolegliwości człowieczych, tułam się pomiędzy wami. Patrzę jak rośniecie, jak każda wiosna dorzuca jakiś kwiateczek do waszych czarodziejskich uroków, i jak potem srogie tchnienie jesieni... a przepraszam! są rzeczy, o których mówić się nie godzi. Już milczę.
Jestem prowincjał.
Ale nie prowincjał Bernardynów lub, co gorzej, Jezuitów; bo w dniach uroczystych przywdziewam czarny i kusy tużurek; ale taki prowincjał, co się na zaścianku urodził, na zapiecku wyhodował, i prawdopodobnie za piecem bogobojnego dokona żywota. Od czasu, gdy panna Kazimiera nazywała mnie Klimciem i familjarnie głaskała po czarniawej czuprynie, upłynęło akurat tyle wiosen, ile było potrzeba na to, aby taż sama panna Kazimiera została guwernantką następnej generacji, i tyle nieszczęśliwych jesieni, że szczotkowata czupryna Klimcia przeszła w dziedzinę nieodżałowanych pamiątek.
Przez ten czas, raniły mi serce ogniste wejrzenia prowincjałek, a ja patrzyłem na nie, otworzywszy usta szeroko i kręciłem się wśród niewieściego rodu; a każda z moich znajomych obdarzyła mnie jakimś upominkiem lub pamiątką. Tu dostałem... odkosza, ówdzie trochę chłodu, gdzieindziej dostrzegłem cokolwiek śmieszności... a niekiedy trochę dobroci lub przyjaźni. Et voila tout. Miałem też czas przypatrzyć się im dobrze i przedstawiam wam trzy Gracje kopjowane z natury.
O! zacofana prowincjo! o sentymentalny kraju zaścianków! Ziemio obiecana płynąca nie mlekiem ale śmietaną; puszczo, w której zamiast manny jadają kluski, a zamiast przepiórek schab ze śliwkami! Byłabyś śliczną i zachwycającą, jesteś w gruncie taką, ale pozory mówią przeciw tobie. Przedewszystkiem nie masz pojęcia o modzie.
Bo nasze żony, mamy i córki, dźwigają obecnie koki na obraz i podobieństwo piramidalnych strucli, — gdy cała Europa i wszyscy prenumeratorowie „Bluszczu“ wiedzą o tem, że kok powinien tkwić na ciemieniu niewieściem, w kierunku prostopadłym do brody, i że objętość tego nadnaturalnego dodatku nie powinna przewyższać objętości ozdabianej przezeń główki.
Co chcecie, u nas można spotkać granatowe fraki z czasów Księztwa Warszawskiego, kołnierzyki fatermörder i mantynowe chustki na szyi, a ja sam mam ciocię ze stanem tak przeraźliwie długim, że mimowoli przypomina epokę brykli i bawetów. Tutaj znajdziecie niedobitki krynolinowej ariergardy; u nas turniury przyjmują z pewnym rodzajem niedowierzania i bojaźni. Korki należą do najskrytszych toaletowych tajemnic, a pudr używa się li tylko od wielkiego dzwonu. — Tutaj znajdziecie parasolki szkockie o rączkach tak krótkich, że modnisia dzisiejsza miałaby silną wątpliwość, gdyby ją zapytano o techniczną nazwę tych słońcochronów. U nas pierwsze szeregi przystrzygają grzywki, kiedy gdzieindziej o tem zapomniano. U nas wreszcie noszą różne różności, których już nikt nie używa.
Ale miałem mówić o prowincjałkach, o zaściankowych dzieweczkach rozwiniętych normalnie, zdrowych owocach swojskiej roli, mniej lub więcej ładnych, mniej lub więcej śmiesznych, ale zawsze dobrych, poczciwych i serdecznych. Bo to jest główna ich cecha.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.