Tomasz Sitok/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Tomasz Sitok
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
VII.

Był to rodzaj kwiatka piwnicznego, siostra tych bladych gwoździków lub fuksyi, które widujemy w oknach suteryn, jak wspinają się na wątłych łodygach, usiłując wychylić swe smutne główki na odblaski słoneczne, zabłąkane wśród murów.
Znała piwniczną izbę, podwórze i kawałek ulicy.
Znała ludzi, których ciemne sylwetki pojawiały się na tle mętnej jasności, zalegającej otwór sieni, — którzy po przegniłych, lepkich od błota schodach zapuszczali się w czeluści sklepionego korytarza, a potem snuli się w czerni jego, jak widma.
O innych nie miała jasnego pojęcia.
Podwórze i brama stanowiły jej szkołę. Tutaj — gdy była małem dzieckiem — w kąciku jakim kucnąwszy, uczyła się życia, uczyła się potężne jego pulsowanie odgadywać po tych kroplach, któremi w jej stronę bryzgało. Stąd przysłuchiwała się odgłosom, dochodzącym z ulicy i wydobywającym się z otwartych okien, których szeregami na wysokość czterech pięter podziurawione były mury odrapane domu oficyn.
Mieszkali tu sami biedacy różnych kategoryi.
Widywała ich wychodzących i powracających. Co cała ta rzesza robi, gdy rozprószy się tam gdzieś, po mieście, tego nie mogła sobie jasno wystawić. Zato dość wcześnie i mniej więcej dobrze pojęła treść ich życia w domu, okręcającą się około różnych zgryzot, różnorakich powodów do kłócenia się.
Kłótnia to najwybitniejszy i najbardziej zajmujący z poznanych przez nią w dzieciństwie objawów życia.
Dość jej było o jakiejkolwiek porze dnia uchylić drzwi, wiodące na korytarz, by słyszeć dolatujące skądsiś głosy podniesione. Ktoś komuś wymyśla, ktoś na coś się skarży. To już tlące zarzewia awantur. Aż oto rozlega się krzyk, rodzaj hasła po którym natychmiast potężnieje fala głosów i najczęściej — z ciasnoty mieszkań, która więzi rozpęd gniewnych brzmień, — przelewa się na podwórze, gdzie osiąga najwyższe napięcie wśród pomruku widzów.
Wtedy Staśka wypełzała do sieni i tu spotykała inne dzieci już rozgorączkowane i przejęte do głębi treścią widowiska. Jedne przed drugiemi, wymachując rękami i krzycząc, spieszyły się by ją wtajemniczyć w przebieg wypadku, by jej opowiedzieć, kto z kim się kłóci, kto kogo pobił.
— Marcel tragarz zrobił swojej żonie dziurę w głowie. Wiesz Staśka? Tuczkiem od moździeża. Ot — taką dziurę.
— A kłamiesz — wtrącił inny dzieciak — bo większą — tylą.
I poczynały się spierać o wielkość tej dziury.
O! jakże dobrze znała twarze rozjątrzone, pałające ogniem, twarze złe, pobłyskujące wściekłością, twarze pijaków. Patrzała na bójki, widziała uderzenia nożem, krew, zbiegowiska na podwórzu lub przed bramą na ulicy.
Niektórych rzeczy się bała, ale żadne jej nie dziwiły.
Takie dzieci niczemu się się nie dziwią.
Od rówieśnych swych dowiadywała się o tem, co się dzieje dalej, po za domem, na ulicy, czem jest miasto, czem jest świat, naturalnie w pojęciu małych zepsutych włóczęgów, łobuzów i rozpuszczonych dziewczątek.
Ci mali a już niosący brzemię straszliwego doświadczenia ludzie zbierali się gromadkami po kątach podwórza lub w zakamarkach korytarzy. Tam, przytulone do siebie, biedactwa te powierzały sobie wzajemnie wszystko, co wiedziały o życiu. A wiedziały dużo. Życie miało dla nich jawność wyuzdaną, lazło im do oczu. Bezwstydne leżało przed niemi jak nędzarz, który zrzucił łachmany i nie dba, iż czyjeś spojrzenia padają na jego ciało nagie, brudne i owrzodzone.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.