Tomasz Sitok/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Tomasz Sitok
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
VI.

Ludzie, u których Sitok decydował się zamieszkać, musieli ściśle odpowiadać jego wymaganiom. Szło mu o trzy rzeczy. Żeby nie mieszkać z oddającymi się żebraninie, gdyż kolegów swoich nie cierpiał. Żeby jednak mieszkać z biedakami, z nędzą i to taką, któraby się korzyła przed nim. Żeby ta nędza nie ważyła się go okraść.
Dobierał sobie otoczenie, od którego mógłby się spodziewać pewnej czołobitności. Lubił chwytać pożądliwe spojrzenia głodnych, skrycie lecz uważnie obserwujących każdy kąsek, który on wyładowywał z swej torby; lubił zwłaszcza pokorę małych dzieci wpółnagich, wychudzonych, które otaczały go wieńcem i nie śmiąc o nic prosić, ssały swe paluszki w bezmyślnem, żałosnem osłupieniu.
Wyładowywanie torby trwało długo, odbywało się powoli i z namaszczeniem. Sitok po sto razy oglądał każdy ogryzek, badał wartość tych resztek, stanowiących zapasy jego na kolacyę, śniadanie i na wypadek, gdyby jutrzejszy dzień miał nie dopisać.
Upewniwszy się, że apetyt jego nie poniesie uszczerbku, wyszukiwał dla dzieci czerstwą bułkę, czasem udzielał im kość, niezupełnie ogryzioną, lub kawałek mięsa, jeśli wywąchawszy je wpierw sumiennie, przekonał się, iż cuchnie. Wzdychał, dając, i natychmiast nadstawiał swą kościstą rękę do ucałowania.
Dobrze sondował dusze ludzi, u których miał mieszkać. Ponieważ zdarzało się, iż wieczorami wracał zupełnie pijany, mogąc zaledwie dowlec się do łóżka — chciał więc mieć pewność, że nikt nie ośmieli się wtedy sprawdzać zawartości jego woreczka. I z biegiem czasu jego zmysł psychologiczny wyćwiczył się, wskazując mu nieomylnie, komu może zaufać. Przenikał na wskroś biedaków, ofiary losu wplątane w najgorszą matnię nędzy, ale niezdolne lub nie mogące się odważyć na występek.
Trafił przed rokiem na ex-posłańca, wdowca obarczonego dwoma córkami.
Człowiek ten kiedyś o losem podsuniętą potknął się przeszkodę.
Trudno dojść, czy istotnie uległ pokusie, czy okoliczności go oskarżyły, czy — jak twierdzi — zgubił rzecz jemu powierzoną, dość iż wypadek ten odjął mu prawo pełnienia służby posłańca.
Odtąd nie tylko, że żył w nędzy, ale jeszcze w jakiejś chorobliwej, nieustannie trapiącej go obawie, by nie uledz posądzeniu o złodziejstwo. Wyrzekł się wszelkiego zajęcia, któreby najmniejszą do takich posądzeń nastręczało sposobność. Był jakiś czas roznosicielem pism, ale i ten zawód stał się dlań dręczącym z powodu, iż wprowadzał go do mieszkań ludzi zamożnych. Ostatecznie nabył pudełko, trochę papierosów i sprzedawał je na ulicy.
Od córek, mimo że jedna ośmnaście, druga szesnaście lat liczyła, żadnej nie miał pomocy.
Starsza była ładną, szczupłą dziewczyną o regularnych, drobnych rysach, pozbawionych zupełnie cech wesołości i swobody dziewczęcej, o oczach wodzących spojrzeniem bezmyślnem, lub zapalającym się złą, zuchwałą śmiałością. Skończona próżniaczka. Ojciec nie umiał jej chować; drżał, by nie poszła na złą drogę, nie dawał jej iść do służby w obawie stracenia jej z oczu, a nie rozumiał, iż zepsucie wsiąka w nią z jakichś niewidzialnych źródeł, zapada do jej duszy w sposób nieodgadniony, że ono jest w kurzu, unoszącym się na trotuarach, w wyziewach rynsztoków i suteryn, w słowach rzucanych przelotem przez bezczelnych wyrostków, którzy całemi gromadami wystawają po bramach domów w tej nędznej dzielnicy, gdzie on mieszka z swemi córkami.
Młodsza jeszcze o wiele, urodą przewyższała starszą. Mowa naturalnie o twarzy, bo ta dziewczyna była kaleką niezdolną utrzymać się na swych nogach, uschniętych do kolan i wyglądających, jak piszczele obciągnięte skórą. Nie chodziła, tylko czołgała się, albo kucnąwszy i oburącz swe zgięte kolana obejmując, posuwała się w sposób, przypominający nieco skoki żaby.
Żałosne wtedy, rozkrwawiające serce sprawiała wrażenie, ale sąsiedzi, oswojeni z jej widokiem, nazywali ją tylko małą ropuchą.
Gdybyż przynajmniej była brzydką, lecz jakby dla uczynienia tym zjadliwszem szyderstwa losu, ciało jej do połowy rozwinęło się prawidłowo; nie brak było dziewczęcego wdzięku jej kształtnej, dość pełnej piersi, a główkę miała bardzo ładną, oczy wielkie i daleko bardziej uduchowione, niż u siostry.
— Staśka, może ty jesteś jaka zaczarowana królewna? — pytali ją łobuzy.
— Może jak ciebie ktoś taki jeden pocałuje, to czary odejdą i ty pójdziesz do tańca na zdrowych nogach.
Całował ją kto chciał, póki była młodszą i głupiuchną. Gdy tylko wypełzała na podwórze, lub gdy zoczono ją w bramie, pierwszy lepszy chłopak podbiegał do niej z tyłu, chwytał za szyję, przeginał głowę i całował w same usta. A miała blade, lecz słodkie i milutkie usteczka biednej, małej królewny, uciskanej przez czarodżieja, który, zawziąwszy się na nią, zrobił z niej w połowie jakąś poczwarę i skazał na życie w lochu pośród nędzarzy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.