Tomasz Sitok/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Tomasz Sitok
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
V.

Mieszkał Sitok w suterynie.
Gdy mu przekładano, iż poddasze jest zdrowsze, odpowiadał:
— A schody? A moje nogi? Kalika — nieszczęście...
Gdy szło o wytłumaczenie pobudek jego czynności, miał zawsze na ustach stereotypowe: »Kalika — nieszczęście«.
— Czemu Sitok pija tyle wódki?
— Kalika — nieszczęście! Wiatr — śnieg — żeby nie zmarznąć, trzeba — trzeba...
Co do trudności wchodzenia na schody — mało kto wiedział, iż przyjaciółka jego mieszka na czwartem piętrze, a Sitok odwiedza ją niemal codziennie.
Wybierał sobie suteryny, bo je lubił.
Lubił te długie, sklepione, ciemne korytarze piwniczne, w których stąpa się po omacku, wiodąc dłonią po zimnym, opleśniałym i chropawym murze.
Zapuszczając się w nie, smakował ciemność i z zadowoleniem, jak lis węszący u otworu swej nory, wciągał nosem ciężki zapach wilgoci.
Wieczorem, gdy powracał do domu, ulegał, znalazłszy się w swojej sieni, zwykle jednej i tej samej pokusie. Zatrzymywał się przy lampce, wpatrywał się chwilę w czerwone światełko, które słabo walczyło z zatapiającą je czernią korytarza; nasłuchiwał — wreszcie gasił lampkę.
I zaraz rozpoczynały się jego głośne utyskiwania.
— Patrzcie, litościwe — otóż znów lampka się nie pali. I jakże ja trafię kalika — nieszczęście. A zawdy mówię — powiesić lampkę wyżej, gdzie wiatr nie dmucha.
Słyszano go w suterynach. Ludzie, nie dbając czy słowa ich dojdą uszu Sitoka, mówili:
— Kulas wraca i lampka, jak zwykle, zgasła mu przed nosem. Teraz do reszty połamie suche patyki, które nazywa swemi nogami.
A on się śmiał wewnętrznym cichym, pełnym natrząsania się z ludzi śmiechem.
— Nie, nie, ja patyków nie połamię, ale z was niejeden guza sobie nabije. Oto namacałem szaflik tej śmierdzącej baby, tej żydowskiej praczki, która nijak mi na imię natrafić nie może — tylko kulas i kulas. Namacałem szaflik — dobrze, bardzo dobrze.
Przesuwał szaflik na sam środek przejścia. Pierwszy, kto teraz będzie szedł, musi się potknąć i przewrócić, a wskutek tego nawymyślać właścicielce zapomnianego sprzętu.
Idąc, czynił dziesięć razy więcej hałasu, niż to było konieczne. Suwał i stukał nogami, chrząkał, wzdychał, gadał sam do siebie, a skówka jego laski przeraźliwie zgrzytała po murze; usiłował wpoić w sąsiadów przekonanie, że musi namacywać drogę i posuwa się z największą trudnością.
Szło mu zaś o to, by mieć czas przez szpary, dziurki od klucza i małe w drzwiach szybki podglądać czynności ludzkie. Ciemność, zalegająca korytarz, bardzo ułatwiała to wypatrywanie, któremu oddawał się z lubością.
Podobnie, jak mrok, smakował nędzę.
Lubił ją.
Węch upewniał go, że z nieprzewietrzanego korytarza nie ulotnił się odór pleśni. Chciał jeszcze, by oczy upewniły go, że z lochów, zamieszkanych przez ludzi, nie uszła nędza. Czuł potrzebę naocznego i codziennego przekonywania się, iż ci ludzie żyją stokroć gorzej od niego. Uważał to za dobre i słuszne; w duchu kopał wszelką biedę i biedaków, tryumfując jednocześnie z swej umiejętności pokonywania losu.
— Oto ja, kalika — nieszczęście, daję sobie radę, a ta zdrowa hołota piszczy z głodu. Bardzo dobrze.
— Co oni dziś źrą na wieczór? — to pytanie najbardziej go zajmowało.
Z głośnem chrząkaniem, udając, że idzie a właściwie drepcząc w miejscu, obserwował wnętrze mieszkania swej nieprzyjaciółki, praczki.
— Podła baba zasmradza mydlinami cały dom. Aha, zgadłem — dzieci, dostaną same katofle z solą. Świńska kolacya a to samo pewnie było i na obiad. Bardzo dobrze — nie trzeba, żeby się tuczyły.
Sprawdzał następnie, że robotnik, najmujący się do kopania ziemi przy budowie kanałów, spożywa tylko czarny chleb. W izbie ani śladu ognia na kominie, pod którym w kucki na podłodze siedzi jego kobieta, dająca chudą, zczerniałą, pierś dziecku. To samo widzi się co wieczór.
W ten sposób kontrolował mieszkańców suteryn, polując przytem skwapliwie na jaki drastyczny szczegół.
Uciechę stanowiły dla niego odgłosy kłótni, wymysłów, bójek małżeńskich, płaczu i wrzasku dzieci bitych, lub bijących się ze sobą. Musiał zawsze dotrzeć przyczyny tego wszystkiego; znał wszystkich doskonale, wiedział, które pary są istotnie zaślubione, które żyją na wiarę.
A wszystkich wogóle podejrzywał o występki, którym chciał przeciwstawić swoją cnotliwość, umiejącą obywać się bez środków, zbytnio potępianych. W mężczyznach wietrzył złodziei (nie byłaż to zemsta za »głodną wieś?«), o kobietach był zdania, że muszą sobie ukradkiem dopomagać, frymarcząc cnotą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.