Tomasz Sitok/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Tomasz Sitok
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
IV.

O kobietach ma Sitok ohydne zdanie. Właściwie daje on wszystkim jedną obelżywą nazwę.
Historyę swego ożenienia i rozejścia się z żoną opowiada każdemu chętnie. Ile tkwi prawdy w tej opowieści, dojść trudno. Niema możności przesłuchania drugiej strony, bo żona Sitoka od paru lat zeszła z widowni jawnego dla ogółu życia — za jakieś ciemne sprawy odsiaduje karę.
On mówi o tej kobiecie niestworzone i potworne rzeczy, przypisuje jej mnóstwo zbrodni, o których jednak milczą akta prokuratorskie. Opowiadając plugastwa, na jedną rzecz tylko nie targa się nigdy — na urodę żony. Zawsze twierdzi, że była i jeszcze jest śliczna, twierdzi to z lubieżnem roziskrzeniem oczu.
Gdy zachęcicie go do rozpoczęcia tej historyi, będziecie musieli na wstępie wysłuchać opisu kobiety. Sitok wam powie, jaka ona była powabna w szesnastu latach — bo tak młodo wyszła za niego, — jaką małą a jędrną miała pierś, pokaże wam robiąc kółko z palców obu rąk jak szczupłą była w pasie. Opisze jej drobne, białe zęby.
A zaraz potem zacznie plwać na te wspomnienia.
To dopiero dostała mu się łajdaczka. Gdyby pozwolił jej mieć trzech kochanków, wtedy mógłby się spodziewać spokojnego z nią pożycia. Oburza się Sitok, jeśli mu napomknąć, że może nie umiał postępować z tą kobietą. Nie pojąłby wcale, o co idzie, gdyby wyrażono przypuszczenie, iż lubieżnością swą mógł znieprawić żonę, a następnie obudzić w niej żywy wstręt.
Ostatecznie, ta kobieta chciała go otruć, przynajmniej on tak upewnia; próbowała tego dwa razy. Potem uciekła od niego.
O późniejszem jej życiu odzywa się Sitok z największym przekąsem; wyraża radość, iż nareszcie osadzono ją w więzieniu i nadzieją, że po wyjściu stamtąd nie zostanie jej chyba nic innego do uczynienia, jak wstąpić do domu rozpusty.
— Chciałbym ją tam widzieć — mówi.
Patrząc wtedy na niego, mimowoli ulega się myśli, że dusza tej kobiety mogła nasiąknąć występkiem od zimnej topieli obrzydzenia, w jaką pogrążyć ją musiała plugawość Sitoka.
Jedna zwłaszcza rzecz daje do myślenia.
Sitokowie mieli dziecko, córkę, która w chwili ich rozejścia się liczyła dziewięć lat. Matka zabrała ją i wychowała przy sobie. No i wyrosła dziewczyna dobra, skromna, niczem nieskalana, poślubił ją chętnie — gdy ośmnastu lat doszła — jakiś uczciwy, godny szacunku rzemieślnik. Musiał ją gorąco kochać, skoro uczynił poświęcenie z bardzo zrozumiałej ambicyi, wzdragającej się od wprowadzenia pod swój dach córki żebraka.
Jest więc żywe i dobre świadectwo wystawione matce: uczciwie wychowana córka. Stąd wytryska na Sitokową snop światła jasnego, czystego, ujmującego. I jakkolwiek potem ścieżki tego żywota zgmatwały się i zawiodły kobietę na jakieś bagna i trzęsawiska, gdzie na ostatku z karcącą sprawiedliwością ludzką się spotkała, jednak chce się myśleć, iż jest to istota zmarnowana raczej, nie zaś tylko występna.
Sitok, opuszczony przez żonę, począł dobierać sobie przyjaciółki z pośród kobiet najlichszego gatunku. Jedna z nich stała się jego nałogiem, który z latami się utrwalił. Swoją drogą Sitok marzył jeszcze o innym stosunku, o przywiązaniu do siebie jakiej uczciwej istoty, któraby była niepodzielną jego własnością.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.