Strona:Liote.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wtedy mógłby się spodziewać spokojnego z nią pożycia. Oburza się Sitok, jeśli mu napomknąć, że może nie umiał postępować z tą kobietą. Nie pojąłby wcale, o co idzie, gdyby wyrażono przypuszczenie, iż lubieżnością swą mógł znieprawić żonę, a następnie obudzić w niej żywy wstręt.
Ostatecznie, ta kobieta chciała go otruć, przynajmniej on tak upewnia; próbowała tego dwa razy. Potem uciekła od niego.
O późniejszem jej życiu odzywa się Sitok z największym przekąsem; wyraża radość, iż nareszcie osadzono ją w więzieniu i nadzieją, że po wyjściu stamtąd nie zostanie jej chyba nic innego do uczynienia, jak wstąpić do domu rozpusty.
— Chciałbym ją tam widzieć — mówi.
Patrząc wtedy na niego, mimowoli ulega się myśli, że dusza tej kobiety mogła nasiąknąć występkiem od zimnej topieli obrzydzenia, w jaką pogrążyć ją musiała plugawość Sitoka.
Jedna zwłaszcza rzecz daje do myślenia.
Sitokowie mieli dziecko, córkę, która w chwili ich rozejścia się liczyła dziewięć lat. Matka zabrała ją i wychowała przy sobie. No i wyrosła dziewczyna dobra, skro-