Tomasz Sitok/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Tomasz Sitok
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
III.

Wódka — dobre żarcie — kobiety!
Pierwszą kupował za użebrane pieniądze.
Jadło dostawał. Na każdy dzień w tygodniu miał u kogoś innego zapewnione resztki obiadowe. Miejsca, gdzie je otrzymywał, zwał swemi »gospodami«.
Był bardzo ostrożny w wyborze tych gospód; postępował z namysłem, sondując przenikliwie ludzi, którzy zamiast datków pieniężnych skłonni byli udzielać mu stale w pewien dzień coś do zjedzenia. Odgadywał kulinarne upodobania dobroczyńców z taką samą bystrością, z jaką potrafił wykryć w kimś żyłkę filantropijną. Badał charaktery służby, wiedząc doskonale, że rozkaz, wydany jej przez pana lub panią, jest dopiero zapoczątkowaniem faktu, istota którego zależeć będzie w zupełności od dobrej woli fagasa. Gdy czuł, że lokaj albo kucharka go nie lubią, dawał odrazu za wygranę.
Ostatecznie dobrał sobie komplet dobroczyńców, którzy go zadowolnili.
W poniedziałki — młode małżeństwo, czule w sobie rozkochane; spodziewają się pierwszego potomka; pani przywiązuje zabobonną wiarę do błogosławieństwa żebraka. Sama wybierała dla niego kawałek soczystej pieczeni, do którego dokładała skrzydełko kurczęcia.
— To dla naszego biednego.
Lokaj Antoni, młody drab o bezwąsej, pucołowatej twarzy, odnosi do kuchni talerz z kąskami i zjada je w obecności Sitoka, mówiąc z filuterną minką:
— Pyszne, pyszne, doprawdy nasza pani bardzo wam sprzyja.
Jest wielkim smakoszem, oblizuje się, cmoka i pospiesznie otarłszy usta, biegnie z powrotem do jadalni. Tu napotyka pytające spojrzenie młodej kobiety.
— Oh, proszę jaśnie pani, biedny kaleka mówi, że ta polędwica pokrzepi go na cały tydzień.
Jest to kompromis pomiędzy nimi obydwoma. Lokaj zabiera sobie pieczyste żebraka, ten zaś w zamian otrzymuje podwójną porcyę sztuki mięsa, przerastałej łojem, którą bardzo lubi. Zapewne nie odmówiłby również kawałka polędwicy i nie bez żalu patrzy, jak znika ona w ustach innego smakosza, ale człowiek rozsądny idzie drogą najmniejszego oporu. Zacząwszy grymasić, naraziłby się Sitok na wojnę ze służbą i prędzej, czy później przegraćby musiał.
Wtorek — u kanonika. Stół dobry, obfitość zupy i sosów, mięsiwa dostaje Sitok skąpo, ale za to kąski, zniewalające do oblizania palców. Żadnych kompromisów ze służbą. Wogóle grunt trochę niepewny. Lokaj apatyczny, milczący, traktuje żebraka chłodno, toleruje go tylko. Kucharka wietrzy w nim alkoholika; kilka razy przysuwała się z wyraźną intencyą wybadania jego oddechu.
Sitok odgadł to natychmiast; on jest niezrównanym w takiej grze partnerem. Nie widzi żadnej potrzeby, by pozbawiać siebie tych dwóch kieliszków straszliwie mocnej wódki, którą wypija codziennie naczczo, lecz przed wejściem do kuchni kanonika wykadza sobie usta pastylką miętową, a potem stara się otwierać je jak najrzadziej, milczy z godnością, powstrzymując się nawet od wzdychań, które stały się jego nałogiem.
Za to środa jest dniem użycia wyzwolonego z pęt przymusu śmiałego ucztowania w domu kobiety utrzymywanej, prześlicznej, wesołej i bardzo bezwstydnej. Tutaj nikt dobroczynności nie bierze na seryo, bawią się tylko doskonale osobą żebraka, w czem on sam dopomaga, odchylając z nieopuszczającą go nigdy ostrożnością rąbek własnego cynizmu.
Co prawda, gdyby nawet ukazał głębię swego zepsucia, nie zadziwiłby »pani« domu, która przejrzała go odrazu, nawskroś. Ta młoda kobieta o słodkich, głębokich oczach — bez najmniejszej trudności odgadła całe aktorstwo Sitoka i nurtujące w nim instynkty.
Pewnego razu pokojówka podpatrzyła żebraka, gdy skrycie głaskał spódnicę jej pani, rozpostartą do prasowania, kiedyindziej widziała jak z lubością wetknął nos w jej bieliznę, przygotowaną dla praczki, jak grzebał w stosie koszul, delektując się ich wonią.
— Ależ ja dokonale wiedziałam, że on jest taki — roześmiała się młoda kobieta, wysłuchawszy odkrycia pokojówki — dosyć mi było raz jeden na niego spojrzeć. On ma zabawne iskierki w spojrzeniu, zwłaszcza kiedy sobie podpije.
Bawiło ją to, iż przejmuje pożądliwością żebraka, że to zapachu jej ciała szuka on w bieliźnie: zresztą odnajdywała w nim tysiące stron komicznych. Pokładając się ze śmiechu, opowiadała swym przyjaciołom o dwóch żałosnych fałdkach jego oblicza, lub o kapce, spływającej z jego nosa. Swoją drogą miała rodzaj uznania dla bezczelności, dla talentu wyzyskiwacza. Myśl, że ten człowiek musi w duchu kpić z całego świata, jednała Sitokowi jej sympatyę. W gruncie rzeczy łączyło ich poczucie koleżeństwa, wspólności gruntu, w którym instynkty obojga puszczają korzenie.
Sitok wiedział, że jest odgadnięty i że to żadnem nie grozi mu niebezpieczeństwem. W kuchni używał, pochłaniając wszystko, cokolwiek mu podsunięto a dodatkowe kąski wypraszając od służących pochlebstwem. Nie psuły mu humoru, ani apetytu figle grooma i pokojówki, którzy do zupy dolewali mu sosu, lub sztukę mięsa jego garnirowali resztkami leguminy. Przyjmował to z dobrą miną, wtórując cichym uśmieszkiem tym żartom. Ale żądał zadośćuczynienia, nadstawiał kieliszek, mrugając w stronę butelki z niedopitym likierem. Tego dnia bywał rzetelnie pijany, a wróciwszy do swego kąta w sute tery nie, oddawał się śmiałym marzeniom, w których znikał przedział między nim i opływającą w dostatkach kurtyzaną.
Następnych dni musiał znów poprzestawać na posiłku skromniejszym, musiał hamować pożądliwości i naginać się do trybu życia, przyjętego w tych uczciwych, zamożnych domach mieszczańskich, gdzie litowano się szczerze nad jego kalectwem i niedolą. Drobiu i pieczystego tutaj nie dostawał, pozwalano mu jednak najeść się do syta zupą z jarzynami i napełnić resztkami jadła bańkę blaszaną, którą zawsze nosił z sobą ukrytą z boku pod surdutem. Myślano o jego kolacyi; otrzymywał zawiniętą w papierek szczyptę herbaty, kilka kawałków cukru i parę kromek chleba.
Służba w tych domach po większej części składała się z ludzi niedawno przybyłych z prowincyi, nie zbyt jeszcze zepsutych; kucharki zamawiały u niego litanie i modlitwy na różne intencye.
Wszystko to było dla Sitoka bardzo naiwne i nudne. Wzdychał też często i głęboko, co tutaj sprawiało dobre wrażenie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.