Tomasz Sitok/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Tomasz Sitok
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
I.

Zwątlony i już od wielu lat kalectwem dotknięty organizm Tomasza Sitoka przypominał owoc robaczywy.
Porównanie niewyszukane ale malujące rzecz bez osłonek. Trzeba jednak dodać, iż to, co nurtowało w ciele kaleki i toczyło je, nie było płodem starości — on zaledwie czterdziestkę przekroczył — ani wynikiem chorób, które wypadkiem podkopują zdrowie. Stanowczo, nie było to nic innego, jak tylko — szkodliwe nałogi. Działały one powolnie, zjadając sprawność fizyczną małymi kąskami, dokonywając dzieła zniszczenia zupełnie tak, jak robak, rozpanoszony w gruszce.
Do czegoby można przyrównać duszę Sitoka?
Należałoby chyba powiedzieć, że ma ona lepkość błota i ślizgość gadu.
Wogóle niemiłe osiągało się ze znajomości z nim wrażenie. Pomijając brud jego odzieży, świecący ohydnym połyskiem tłuszczu na rękawach, kołnierzu i klapach surduta, pomijając swoisty odór, którym osoba Sitoka przesyconą była, — trudnoby zaprzeczyć, źe i duchowe cząstki istoty jego bynajmniej nie pachniały. Są dusze cuchnące.
Patrząc na ułomność cielesną i duchową tego człowieka, nie chce się wierzyć, żeby on był pędem od potężnego i wspaniale rozrastającego się w krzepkości i zdrowiu pnia ludu wiejskiego. Ale tak jest.
Sitok pochodzi z małej, nędznej wioski, rzuconej na jedną z tych nizin, które ludziom tak trudno ubłagać o dostateczną dla ich wyżywienia ilość płodów ziemi. Pomarszczona gdzieniegdzie w żółte fałdy wydm piaszczystych, miejscami znów zapada nizina owa w wymiękłe, tatarakiem porosłe mokradła. Żyta tu zawsze liche i ziemniaki się nie udają.
Rodzinną wioskę Sitoka w dość dużym promieniu nazywają głodną wsią. Więcej mieści ta nazwa pogardy, niż współczucia; zwłaszcza brzmi ona nieżyczliwie w ustach mieszkańców poblizkiej osady. — Nikt łatwiej nie ulega posądzeniom od biedaka, niemającego co jeść; komukolwiek w osadzie coś zginęło, mówiono bez wahania:
— To sprawka jednego z głodnej wsi.
Nie ulega wątpliwości, że wśród mieszkańców wioski było paru ludzi, zniecierpliwionych macoszą dokuczliwością losu i zdecydowanych zwalczać ją środkami brzydkimi. Drobne kradzieże stały się dla nich sposobem wiązania końca z końcem, łatania dziur, ciągle roztwierających się w ich nędznem bytowaniu. Stanowili wyjątek, opinia zaś ludzka podniosła ich do znaczenia reguły. Za ich winy cierpieli ludzie zrezygnowani, uczciwi, nie mogący przezwyciężyć odrazy do wyciągania ręki po cudzą własność.
Nie dowierzano jednym i drugim.
Mówiono:
— Jan Wargoń i Mateusz Dorobski to złodzieje jawni, szczere złodziejskie natury, a tamci — to baranki wilkiem podszyte. Ho, ho — niechby się tylko któremu zdarzyła okazya; pewnieby się nie wzdragał. Toć to głodna wieś.
Była to bardzo pospolita ludzka niesprawiedliwość.
»Tamci« odczuwali ją głęboko. Znać to było po ich przygnębieniu. Życie im obrzydzała nędza, obrzydzały bezowocne wysiłki, by wydrzeć ziemi trochę plonu, obrzydzały choroby, lęgnące się z mokradeł, febra dręcząca na wiosnę dzieci i starców, i — ten brak miru u ludzi. Nie dość, że cię bieda gryzie, jeszcze każdy złodzieja w tobie węszy.
Bardzo szarą jest powierzchowność i apatycznym wyraz twarzy u gospodarzy z tej wioski. Trudno wyciągnąć ich na rozmowę. Nigdy nikomu prosto w oczy nie patrzą. A to jeszcze bardziej odstręcza od nich ludzi.
— Aha, nawet w ślepia człowiekowi spojrzeć nie śmią.
Ludziom, wielu ludziom się zdaje, że gdy poskrobią z wierzchu skorupę, okrywającą duszę bliźniego, to go już znają, przenikają nawskroś. Oczywiście — jest to omyłka. Kto badał nie skorupy, lecz same dusze, ten wie, iż niepatrzenie komuś w oczy nie zawsze dowodzi występnego sumienia, że to bywa również skutkiem uczuć bardzo smutnych, ale nieuwłaczających, np. uczucia beznadziejnego przygnębienia, macierzą którego bywa ciężkość losu i ludzka niesprawiedliwość.
Przed trzydziestu laty był w tej wiosce mały chłopak, na widok którego każdemu mogła się przypomnieć legenda o ulepieniu Adama z gliny. Mieliście przed sobą sporą jej grudkę, zagniecioną pospiesznie i dość niedbale w kształt chudego malca.
Niezdrową bladość wiotkiej, jakby wymiękłej skóry tego dziecka przyćmiło opalenie się na słońcu i przykryła warstwa brudu. Stąd powstała barwa gliny, powlekająca nadzwyczajnie chudą z śpiczastym podbródkiem twarzyczkę i cienką szyję, widoczna też na uszach oraz nogach, obnażonych do kolan. Cały wyglądał jakby tylko co obsechł po uprzedniem wynurzaniu się wraz z odzieżą w błocie.
Gdy Tomek położył się w bruździe, na gołej ziemi, a jeszcze lepiej na rżysku, trudno go było od szarego tła odróżnić.
Nie było to zdrowe dziecko. Co wiosna męczyła go febra, od której sechł i mizerniał, która nie dawała mu się rozwinąć. Cierpiał też wiele rozwój chłopczyny od złego i skąpego pożywienia. Gdy omijała go febra, uczuwał ciągły głód i zazdrościł każdemu jedzącemu.
Oto matka niesie misę z resztą kartofli, rozbełtanych wodą, Burkowi, stróżującemu na uwięzi przy obórce — Tomka to złości.
— Jabym jeszcze jadł, a to już psu dają.
Jeśli się uda, że nikt nie widzi, on skrzywdzi Burka, ujmie mu trochę jadła.
Wyrzucano chłopakowi jego lenistwo, wykręcanie się od wszelkiej roboty. Co prawda, nie miał za grosz siły.
Każą mu np. odegnać świnię, która zapędziła się na zagony z kartoflami sąsiada, Tomek udaje, że nie słyszy; zerwie się wreszcie, gdy mu pogrożą, leci, zadyszy się, upadnie jak długi i leży. Rodzice tylko wymyślali na niego, żadne go nie tknęło.
— Marnota, suche to — bić go się nie godzi.
Tłukli go za to bracia i siostry.
Był najmłodszym z dzieci, dzieckiem już z tego okresu, kiedy ojciec począł bardzo ulegać skłonności do kieliszka. Stąd może złe popędy — choć rodziców i rodzeństwo miał uczciwe. Przydybano go raz na dobieraniu się do szuflady matczynej z pieniędzmi; znajdywano przy nim po parę groszy niewiadomego pochodzenia.
Skryty był, nieszczery, tchórzliwy.
Wreszcie tkwił w nim jeszcze jeden rys zepsucia na gruncie chorobliwym. Trawiły | go przedwczesne, nienaturalne popędy. Na twarzy jego widziało się nieraz dziwne wypieki. Jeśli się bawił z innemi dziećmi, to zawsze w ukryciu przed okiem starszych.
Chłopiec ten, jeszcze będąc małym, z pewnością znieprawił niejednego z rówieśnych, wtajemniczając ich w rzeczy, które nieustannie jego chorobliwą ciekawość niepokoiły.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.