Tajfun

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Tajfun
Pochodzenie Szkarłatny kwiat kamelji
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
TAJFUN.
Tojori Hiaszi był w świetnym humorze. Jego trzymasztowa krypa, niosąca żółte fałdziste żagle, chyżo płynęła po morzu. O świcie spodziewał się już zobaczyć niebieską linję brzegów Japonji. Patrzał z wdzięcznością na szerokie, spokojne fale morza, zlekka kołyszące krypę.

— Głęboko siedzi! — myślał Hiaszi, patrząc, jak większe fale wbiegały na pokład i lizały zwoje umocowanych przy burcie lin.
Krypa musiała siedzieć głęboko, gdyż miała całkowity ładunek, składający się z ciemnogranatowych wiązanek wodorostów, używanych do jedzenia, a wydobywanych w pobliżu wybrzeża Korei. Był to dobry i drogi ładunek. Tojori Hiaszi obliczał swój zarobek i coraz częściej się uśmiechał.
— Zarobimy sobie trochę na starość, Wmiko! — krzyknął Tojori, zwracając się w stronę szałasu, wybudowanego w pobliżu steru.
— Niech będzie błogosławione imię Kwan-Non! — odezwał się z szałasu niewieści głos i młoda, o przystojnej, opalonej na morzu twarzy kobieta wyszła na pokład.
Była to żona Hiaszi, wierna towarzyszka żeglarza. Przyniosła imbryk i nalała mężowi herbaty. Tojori poklepał ją po ramieniu i powtórzył:
— Zarobimy sobie na starość! Kupiłem wodorosty tanio, pomimo, że są w najlepszym gatunku, i dobrze sprzedam je w restauracjach w Modżi i Szimonoseki, Wmiko!
— Chaj! Tak! — odparła wesołym głosem.
Umilkli, patrząc na morze i na to, co się działo na pokładzie krypy. Trzech majtków pracowało. Jeden stał przy sterze, dwóch innych naprawiało stary żagiel; od czasu do czasu jeden z majtków wstawał i szedł do linek, idących od wydętych, brzemiennych wiatrem żagli, odpuszczał je lub przykrócał.
— Chejso! — krzyknął nagle sternik. — Chejso![1]
W głosie majtka była trwoga, i Tojori natychmiast podszedł do niego.
— Co ci się stało? — spytał, patrząc na niego ze ździwieniem.
Sternik w milczeniu wskazał spracowaną dłonią wprost przed siebie.
Tojori Hiaszi spojrzał i spochmurniał.
— Zdążymy, czy nie? — rzucił krótkie pytanie.
— Nie! — mruknął majtek.
Zachmurzyło się czoło Hiaszi, a oczy nabrały groźnego połysku.
— Jak pozwoli Amaterazu![2] — dodał majtek.
— Chłopcy! — zawołał Hiaszi. — Schowajcie wasz żagiel i zabierzcie się do roboty!
Podnieśli głowy i patrzyli na gospodarza.
— Tajfun się zbliża! — dodał niechętnym głosem, odpowiadając na ich nieme pytanie.
Wmiko spojrzała na wschód. Spostrzegła duży okrągły obłok. Na początku biały, stawał się coraz żółtszym, a mknął jak pocisk, wypuszczony z działa. Trwoga odbiła się na twarzy kobiety, lecz trwało to zaledwie kilka chwil, gdyż natychmiast zaczęła się krzątać, układać rzeczy i naczynia w szałasie i obwiązywać je sznurkami.
Hiaszi tymczasem oglądał morze. Lśniło się całe od słońca, które wylewało do wody całe kaskady swoich promieni. Krypa, łagodnie kołysząc się, płynęła spokojnie na wschód, a jej wydęte żagle chwilami opadały, jakgdyby pieszcząc wysmukłe maszty.
Na horyzoncie morze było niby roztopione złoto. Para rekinów doganiała od południa krypę, tnąc wodę grzbietami i wyrzucając w powietrze białą pianę uderzeniami potężnych ogonów.
— Czują zbliżanie się tajfunu — pomyślał Hiaszi. — Czatują na nas...
Tyle razy w życiu widział tajfun na morzu, ale teraz jakieś złe przeczucie zrodziło mu się nagle w sercu i nie opuszczało go.
Wyjął z rękawa szczyptę ryżu i wrzucił ziarnka do morza.
— Tobie, litościwa Amaterazu! — szepnął, przymykając oczy.
Gdy otworzył je po chwili, spostrzegł, iż wszystko naokoło zżółkło i spochmurniało: woda, niebo, obłoki i twarze majtków. Gładka, złoto-lśniąca smuga na horyzoncie zmarszczkami pokrywać się zaczęła. Zmarszczki te zmieniły się w bałwany o białych, rozwianych grzywach i pędziły od wschodu z zawrotną szybkością. Hiaszi widział, jak odrywały się od grzbietów bałwanów siwe płachty piany i rozpraszały się w powietrzu lub znikały, porwane przez doganiające je jeszcze wyższe fale.
Żeglarz rozumiał, że to wicher, straszliwy tajfun smaga biczami morze i pędzi bałwany ku brzegom Azji na walkę ze skałami i piaszczystemi łachami starej ziemi.
Tajfun doleciał do krypy, uniósł ją na grzbiecie wysokiej fali, zsunął dziobem na dno otchłani, aż się zaryła w wodzie, przerzucił przez cały pokład słoną, spienioną wodę i znowu cisnął do góry na grzebień nowej fali. Wicher szaleć zaczął bez przerwy. Syczał i huczał śród masztów i lin, grał na nich jak na naciągniętych strunach, wydobywając z nich ponure, rozpaczliwe nuty; chylił maszty, które przeraźliwie skrzypiały, łącząc swoje dźwięki z trzaskiem i jękiem belek i desek krypy.
Majtkowie spuścili, zwinęli i mocno uwiązali żagle. Tylko jeden pozostał podniesiony do połowy tylnego masztu, wyprężony, tętniący pod smaganiem wichru, i parł krypę naprzeciw mknącym na spotkanie biało-grzywym bałwanom.
Krypa wzlatywała do góry i raptownie spadała na dół, nurzając się w wodzie z jękiem i skrzypem. Wypływała znowu, ociekając wodą, i znowu wspinała się na szczyt fali, aby przewalić się przez nią i ślizgać się głębiej i głębiej w obliczu następnej nadbiegającej góry wirującej wody i syczącej piany.
Wmiko dawno już ukrywała się w głębi rumu i Hiaszi zasunął i zamocował przykrywkę nad luką. Majtkowie, czepiając się naciągniętych lin, biegali od żagla do dwóch wiszących czółenek ratunkowych, ciągle zrywanych z bloków. Hiaszi wraz z trzema majtkami stał przy sterze i kierował krypą tak, aby jej dziób pozostawał wciąż naprzeciw mknącym, coraz wścieklejszym falom.
Nagle tajfun zmienił kierunek. Zakręcił falami, pomieszał je, poszarpał na strzępy i cisnął na prawy bok krypy. Pochyliła się niezgrabnie i bezwładnie i żaglem zaczęła ciąć i czerpać wodę.
— Spuścić żagiel! — zawołał Hiaszi, starając się przekrzyczeć wycie wiatru.
Dwóch majtków rzuciło się do masztu, lecz tajfun tchnął i zerwał górną reję. Ciężkie, namokłe płótno mignęło w powietrzu, z rozmachem smagnęło biegnących ludzi, zbiło ich na pokład i porwane potokiem wody, która w tej chwili runęła na krypę, wraz z nimi pogrążyło się w morzu. Na jedną chwilę mignęło ramię wynurzającego się człowieka i znikło na zawsze.
Hiaszi i sternik milczeli, przejęci zgrozą.
Tajfun, oszalały i porwany dziką radością, z nową mocą jął się miotać i zaprzepaszczać bezwładną krypę, aż postawił ją bokiem do swych wściekłych podmuchów, pochylił ją tak, że ukazała dno oblepione muszlami i porosłe wodorostami, jęknęła, drgnęła, na moment pokryła się olbrzymią falą i powoli zaczęła się prostować, obracając się na jednem miejscu...
Po pewnym czasie zwolna odsuwać się zaczęła pokrywa luki, a w niej ukazała się głowa Wmiki, z bladą twarzą i wystraszonemi oczyma.
Obejrzała się wokoło i okrzyk zgrozy zamarł jej na ustach. Na pokładzie nie było nikogo.
Złamane ramię steru leżało jeszcze na pokładzie, zawadziwszy o zwój lin.
Wmiko wybiegła i ślizgając się, pełzła ku szałasowi, szukając męża. Wołała, głośno szlochając, lecz wszystkie dźwięki tonęły w wyciu wichru, w szumie i plusku bałwanów.
Tajfun nie tracił czasu. Wyprężył potężną pierś i tchnął. Pochylił krypę i cisnął olbrzymi bałwan, który jak lawina rozbił się, rozprysnął na pokładzie, łamiąc maszty i znosząc do morza szałas...
Umilkły ciche łkania... Grała tylko długo, bo przez całą noc, triumfująca pieśń tajfuna, rycząca wichrem, grzmiąca falami i sycząca siwą pianą...
O świcie, gdy Hiaszi spodziewał się ujrzeć piękny brzeg rodzimej Daj-Nippon, nadleciały mewy, zwiastunki ziemi, szybować zaczęły, miotać w kotłującem się powietrzu i jęczeć, skarżyć się i żalić... jak płaczki żałobne.


Przypisy

  1. Gospodarz.
  2. Amaterazu — bogini morza.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.