Stara szabla

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Stara szabla
Pochodzenie Szkarłatny kwiat kamelji
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
STARA SZABLA.
Wszyscy w Nagasaki znali starego Fumio Jano. Tak przyrósł do tego portu, jak muszla „midżio“ przyrasta do dna łodzi rybackich. Nazywano go nie Fumio Jano, lecz poprostu „starzec z zawiniątkiem“, a to dlatego, że nigdy nie widziano go bez długiego, wąskiego pakunku, owiniętego w kilka warstw bibuły i szmat. Dźwigał go zawsze pod pachą i nigdy się z nim nie rozstawał.

— Jakie skarby masz w tym pakunku, Jano? — pytano nieraz starca.
Uśmiechał się zwykle na to i odpowiadał:
— Watakusino tamasi! Dusza moja!
— Bacz, — śmiano się z niego, — aby ci nie skradziono duszy!
— Wtedy umrę! — odpowiadał poważnym głosem i wlókł się dalej.
Dziś stary czuł się bardzo źle, — gorzej niż kiedykolwiek. Wydał ostatnie seny, zarobione przy sortowaniu podmoczonej bawełny, i już od dwóch dni daremnie szukał pracy.
Był to martwy sezon. Fabryki zmniejszyły ilość robotników, większe statki nie przychodziły, więc nie mógł się wynająć jako „kacugi-ninbu“ do ładowania lub wyładowywania towarów. A głód tymczasem dokuczał staremu Jano. Nogi mu drżały od osłabienia, a w oczach wirować zaczynały zielone ogniki.
— Źle ze mną, tak źle, jak jeszcze nigdy nie było! — mruknął Jano i rzucił okiem na morze.
Nic! Nigdzie ani śladu dymów okrętowych.
Pokiwał stary głową ze smutkiem i, poprawiwszy pod pachą swój pakunek, zakulał w stronę miasta. Znał tam jedno miejsce, gdzie można było znaleźć coś do zjedzenia.
Była to piękna świątynia Suwa. W gaju, otaczającym ją, rosły cedry, i pod niemi staremu nieraz się udawało znaleźć orzechy; w trawie odbijały brunatnemi pędami czerwone boby, które zrywał i zjadał, a co najważniejsze, bonzowie świątyni szanowali zawsze grzecznego i rozumnego starca i częstowali go czasem ryżem z tartą, suszoną rybą, lub słodką „dajkon“.[1] Niebardzo lubił wyprawy tego rodzaju Fumio Jano, lecz głód pognał go tam.
Gdy się zbliżył do szerokich, o stu pięćdziesięciu stopniach schodów, prowadzących do zacienionej, uroczyście cichej, zawsze pustej świątyni, spostrzegł kilka barwnie przystrojonych musme, podnoszących się stopniami, i jakiegoś młodego Japończyka, w eleganckim europejskim stroju, fotografującego świątynię, schody i musme.
Fumio pozdrowił Japończyka słowem: „Gokigen-jo“ i zaczął się wspinać schodami, słysząc, jak brzęknął za nim zatrzask kodaka.
— Nie ma nic lepszego ode mnie, to niech sobie fotografuje Fumio Jano! — uśmiechnął się sam do siebie starzec.
Na terasie przed świątynią spotkał znajomego bonzę.
— Do was przyszedłem, sługo boży! — szepnął Jano. — Nie ma nigdzie pracy i — jestem głodny.
— Idź, stary Fumio, do gospody! Zaraz będzie wieczerza — zawołał bonza, klepiąc go po ramieniu.
Starzec już chciał odejść, gdy się zbliżył młody Japończyk z kodakiem i zaczął rozmowę z bonzą. Jano był ciekawy, więc pozostał. Młodzieniec rozpytywał bonzę o świątynię, a w jego mowie Jano dosłyszał obce brzmienie i parę błędów nawet.
Bonza poprowadził gościa do świątyni, a za nimi wszedł Jano.
Tu podszedł do ołtarza, klasnął w dłonie i szeptać zaczął:
— Miłościwe bóstwa! Dajcie zarobek i pożywienie staremu Fumio! Głodny jestem, bardzo głodny! Nie mogę nic wam ofiarować, bo nic nie mam, ale złożę ofiarę, gdy będę sam miał. Nie zapomnę! Spełnijcie moją prośbę. Spełnijcie, jeżeli nie dla mnie samego, to dla... niej!
Mówiąc to, dotknął ręką zawiniątka, zaciśniętego pod pachą.
Jano składał jeszcze pokłony, gdy bonza zawołał na niego:
— Jano, stary Jano! Chodź tu, chodź prędzej!
Starzec podszedł.
— Ten młody człowiek chce mieć dobrego przewodnika po Nagasaki — rzekł bonza. — Nikt chyba lepiej od ciebie nie zna naszego miasta. Może, podjąłbyś się oprowadzić sanwo po mieście? Sanwo ci za to zapłaci...
— O, naturalnie! Dziękuję! — ucieszył się Fumio Jano.
Obejrzawszy świątynię Suwa, nowi znajomi zaczęli zwiedzać miasto, lecz w pobliżu hotelu Ikkakuro Jano poczuł taki zawrót głowy, iż zmuszony był usiąść na słupku przy chodniku.
— Chory jesteś, starcze? — z trwogą w głosie zapytał młodzieniec.
— Nie, sanwo, jestem głodny! — odparł Jano z westchnieniem.
W parę minut potem siedział już przy stoliku naprzeciwko młodego człowieka, a elegancki lokaj hotelowy podawał mu ryż, pieczoną rybę, smażone ostrygi, dajkon z miodem i znowu ryż, ryż i ryż, biały jak śnieg ze szczytu Fudżi-Jamy, smaczny i pożywny.
Gdy się nasycił, młodzieniec kazał podać herbaty i popijali rozmawiając. Fumio Jano opowiadał swemu znajomemu dzieje Nagasaki, malował życie miasta w dawnych czasach i teraz. Wreszcie nisko się kłaniając, zapytał:
— Przepraszam za moją śmiałość! Sanwo przybył z Europy?
— Tak! — odparł młody człowiek. — Z Anglji. Tam się urodziłem. Mój dziad wyjechał z Japonji po rewolucji i rodzina pozostała w Anglji.
— Teraz sanwo nazawsze powrócił do kraju? — pytał dalej Jano.
— Nie wiem! — odezwał się młodzieniec. — Przybyłem tu na poszukiwanie naszego rodowodu. Jeżeli go znajdę, mamy otrzymać tu znaczne posiadłości, wtedy powrócimy wszyscy. Jeżeli nie — pozostaniemy w Londynie.
— Przepraszam, że zapytam o nazwisko sanwo? — spytał Jano.
— Nazywam się Takiwa Jano, — z dumą zawołał młody człowiek. — Pochodzimy ze sławnego rodu samurajów, lecz, wyemigrowawszy, zgubiliśmy dowody. Ale co panu jest?
Fumio Jano, blady i drżący, bezwładnie opuścił głowę na stół. Z trudem ocucił go zaniepokojony Takiwa Jano. Gdy stary mógł nareszcie mówić i ruszać nogami, wyszli na ulicę. Fumio zaprowadził swego młodego przyjaciela na brzeg morza aż za skały portowe. Tu usiedli i starzec, jąkając się i drżąc ze wzruszenia, jął szeptać:
— Utako Jano, waleczny samuraj, nie chciał odstąpić Szoguna i był zmuszony porzucić Daj-Nippon. Przed ucieczką pozostawił swemu krewnemu Tairi Jano szablę — too, wakinaszi i prawo na posiadłość w okolicach Ohamy. Dziad twój nosił imię Utako?
— Tak! — rzekł zdziwiony młodzieniec. — Utako Jano.
— Jesteś wnukiem Utako Jano, ja jestem synem Tairi. Dostałem w spuściźnie po ojcu obie szable samuraja Utako i dokument na władanie ziemią sławnych przodków. Oto są! Oddaję tobie, gdyż jesteś latoroślą walecznego rodu...

∗             ∗

W rok później do schodów świątyni Suwa z rykiem syreny podjechał samochód, z którego wysiadło dwóch starszych Japończyków i młodzieniec. Jeden ze starszych panów miał na sobie bogate, czarne jedwabne kimono, z hieroglifem szlacheckim na piersi.
Był to Fumio Jano.
Przybył, aby oddać dług miłościwym bóstwom za ich opiekę w chwili, gdy był głodny i słaby...
Przybył, ponieważ przyrzekł.


Przypisy

  1. Długa biała rzodkiew.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.