Buszido

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Buszido
Pochodzenie Szkarłatny kwiat kamelji
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
BUSZIDO.
Mieszkałem już od kilku dni w hotelu „Station“ i nudziłem się. Upały lipcowe w Tokio są nieznośne, a życie towarzyskie zamiera zupełnie, gdyż cudzoziemska kolonja ucieka z tego zbiorowiska rozpalonych kamieni i asfaltu do Kamakury, Jokohamy, Nikko, albo nawet dalej nad jeziora, położone wokoło Fudżi.

Wkrótce jednak znalazłem dla siebie rozrywkę. W zacienionej, ochładzanej za pomocą wściekle kręcących się wentylatorów sali restauracyjnej lub w zacisznym barze hotelu, spotykałem przepiękną parę.
Ona — japońska musme, elegancko ubrana, wytworna w ruchach i czarująca w akordzie kruczych włosów, śnieżno-białej, świeżej cery, purpurowych warg i płonących piwnych oczu.
On — wysoki, wiotki, rasowy Rosjanin, lat trzydziestu, w białym flanelowym kostjumie, z głową, dumnie osadzoną na szerokich barkach.
Rozmawiali z sobą po francusku, a gdy ich spojrzenia spotykały się, ciemny rumieniec zabarwiał im policzki i ciepłe błyski zapalał w źrenicach.
Całem zachowaniem, każdem słowem i ruchem zdradzali miłość wzajemną i triumfujące zakochanie.
Z radością spoczywały na tej pięknej parze oczy wszystkich. Nawet restauracyjni lokaje, szwajcar i kołyszące się na swoich trochę krzywych nóżkach służące, spotykali i odprowadzali ich uprzejmym i szczęśliwym uśmiechem.
Widziałem ich często wychodzących razem z teatru, cukierni i muzeów, znajdowałem siedzących w parku Hibia lub zwiedzających Ueno[1], a byli zawsze szczęśliwi i weseli, trzymali się za ręce i rozmawiali bez końca.
Doszedłem do tego, że wprost potrzebowałem widzieć ich codziennie; gdy zaś nie udało mi się spotkać ich w sali restauracyjnej, szedłem ich szukać w parku lub na Ginza. Potrzebni mi byli jak słońce, jak powietrze, byli najlepszem lekarstwem na moją tęsknotę.
I naraz wszystko znikło.
Pewnego wieczoru nieznajomy zjawił się przy swoim stoliku bez musme. Siedział zadumany i zgryziony. Palił papieros po papierosie i, ledwie zapaliwszy, wrzucał go do popielnicy. Patrzyłem na niego uporczywie, śledząc grę jego twarzy i ruchy, pełne rozdrażnienia.
— Co się stało z musme, świeżą jak kwiatek wiśni? — pytałem w duszy. — Czyżby prysnął czar waszej miłości?
Naraz, nieznajomy obrzucił mnie szybkiem spojrzeniem, wstał i podszedł do mego stolika. Wahającym się, niepewnym głosem rzekł:
— Ciągle widywałem pana tu i w innych miejscach... Jesteśmy prawie znajomi... Nazywam się książę Piotr Gamin...
Wymieniłem swoje nazwisko. Usiadł obok mnie i ze szczerością, niespodziewaną i żenującą, lecz tak zwykłą u Rosjan, zaczął opowiadanie.
— Kochałem nad życie Joko Witoni, o, i ona mnie kochała! Rodzice jej cieszyli się naszem szczęściem. Mieliśmy się pobrać za tydzień. Przez dwa miesiące byłem tak szczęśliwy, jak tylko może być człowiek szczęśliwym! I nagle, jak piorun z jasnego nieba, takie straszne nieszczęście!
Umilkł, a w jego głosie dosłyszałem zdławione łzy.
— Co się stało? — zapytałem.
— Szliśmy wczoraj ulicą Ginza, gdy Joko zadała mi niespodziewanie pytanie: — „Gdzie byłeś podczas wojny Rosji z Japonją?“ Odpowiedziałem, iż byłem na wojnie. — „Walczyłeś?“ — zapytała. — Tak! — odparłem. — Biłem się i za utopienie japońskiego torpedowca dostałem krzyż św. Jerzego za waleczność. — „T-aak!“ — przeciągnęła i, zbladłszy, dłonie przycisnęła do piersi. Zacząłem ją uspokajać; nie pamiętam już, com jej mówił, lecz ona milczała i szła obok, blada, zdruzgotana. Na wszystkie moje pytania wcale nie odpowiadała. Doszliśmy do parku Hibia, usiedliśmy na ławce i tu wszystko, wszystko się skończyło!
Z rozpaczą ścisnął sobie głowę dłońmi. Milczał przez kilka chwil, a później smutnym głosem ciągnął:
— Żegnam, — szepnęła do mnie Joko — żegnam na zawsze!
Szepnęła i powstała.
— Dlaczego? — pytałem, chwytając ją za rękę.
Smutnie opuściła główkę i szepnęła jedno tylko słowo:
„Buszido“...
Umilkł i długo milczał, aż ramionami jego i piersią zaczęły wstrząsać łkania. Wstał i szybko wyszedł z sali. Nazajutrz wyjeżdżał z hotelu „Station“. Spotkałem go w hallu, gdy regulował swój rachunek, a japoński „boy“ układał jego bagaże na wózek.
Gamin spostrzegł mnie, podszedł i ściskając rękę, rzekł:
— Nie spałem dziś przez całą noc, dużo myślałem i zrozumiałem szlachetność japońskiej kobiety. Jestem bardzo nieszczęśliwy i smutny, lecz czuję dla Joko głębokie uwielbienie. O, gdybyż rosyjskie kobiety znały prawo „buszido“, nie spotkałaby nas hańba zdrady na wojnie i jeszcze ohydniejsza hańba i zbrodnia bolszewizmu. Żegnam pana...
Odszedł za boy’em i zamieszał się w tłumie.

∗             ∗

Potężna jest Japonja swojem „buszido“.
Jest to patrjotyzm i przestrzeganie praw obywatela i jego obowiązków przed władzą, narodem, społeczeństwem i rodziną, stanowiącemi ojczyznę.
O buszido pamiętają tak mężczyźni, jak i kobiety, figlarne musme i dzieci. Dla buszido poświęcają życie, osobiste szczęście, przyjemność i nawet najsilniejsze ze wszystkich uczuć — miłość.
Blednie ona przed inną miłością, potężną i olbrzymią, ponieważ jest umiłowaniem całego pracowitego, pełnego poświęcenia ludu i stanowiących państwo Daj-Nippon wysp, które, jak sznur pereł, ciągną się od mroźnej Kamczatki, gdzie konają góry lodowe, do płomiennej Formozy, rozkosznie wybujałej pod palącem słońcem zwrotnika Raka.


Przypisy

  1. Ueno — duży park w Tokio z posągiem Buddy i grobowcami roninów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.