Tajemniczy ogród/Rozdział XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Frances Hodgson Burnett
Tytuł Tajemniczy ogród
Data wydania 1937
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz F. Wyszyński i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga Włodarkiewiczowa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXV.

ZASŁONA.

Tymczasem ogród tajemniczy rozkwitał i rozkwitał, i codzień nowe ukazywał cuda. W gniazdku gila były jajka, a samiczka siedziała na nich, ogrzewając je swem drobnem, pierzastem ciałkiem i osłaniając troskliwemi skrzydełkami. Z początku była ogromnie nerwowa, a gil sam wprost nieprzyzwoicie podejrzliwy. Nawet Dick nie podchodził w tym czasie do gęsto ocienionego kątka ogrodu; czekał, aż tajemnem wołaniem nie zdoła oddziałać uspokajająco na umysły maleńkiej, ptasiej parki i nie przekona ich, że w ogrodzie wszystko jest im przyjazne — że niema tam nikogo, ktoby nie rozumiał całej cudowności tego, co się działo w ich gniazdku — owej wielkiej, czułej, potężnej, uroczystej tajemnicy. Gdyby była choć jedna istota w tym ogrodzie, któraby nie wiedziała, że gdyby jajko w gniazdku ruszyli lub stłukli, toby świat cały zawirował i rozpadł się w przestrzeni; gdyby była choć jedna, nie czująca tego i postępująca wedle tej nieświadomości, to nie byłoby szczęścia nawet w tej najcudniejszej, złotej porze wiosennej. Lecz tu wszyscy to wiedzieli i wszyscy odczuwali, gil zaś i samiczka jego wiedzieli o tem, że tamci to wiedzą.
Z początku przyglądał się gil Colinowi i Mary z niekłamanym lękiem. Dla przyczyny jakiejś niewytłumaczonej wiedział, że nie potrzebuje czuwać nad Dickiem. Od pierwszej chwili, jak tylko spojrzał na Dicka, zrozumiał, że nie jest to żaden obcy, ale też rodzaj gila, tylko bez dzioba i bez upierzenia. Umiał on mówić po «gilowemu» (co jest mową odrębną, której z żadną inną mieszać nie należy). Mówić po gilowemu do gila, znaczy to samo, co mówić po francusku do Francuza. Dick zawsze przemawiał do gila jego językiem, to też temu obojętne było, gdy chłopiec jakąś «gwarą» mówił do ludzi. Gil także myślał, że Dick musiał do nich mówić gwarą, gdyż nie byli oni dość inteligentni, by rozumieć mowę upierzoną. Ruchy chłopca również były «gilowe». Nigdy one nikogo nie przestraszyły, nigdy bowiem nie były nagłe, nigdy nie zdawały się niebezpieczne albo grożące. Każdy gil mógł Dicka rozumieć, zatem obecność jego bynajmniej nie przeszkadzała.
Lecz przedewszystkiem należało się mieć na baczności przed dwojgiem tamtych. Najpierw, ów chłopiec nie wszedł do ogrodu na nogach. Wepchnięto go tu na czemś, co miało koła, a na nim narzucone były skóry zwierząt. To już samo przez się było mocno podejrzane. Potem, gdy zaczął stawać i poruszać się, czynił to w dziwny, niezwyczajny sposób, a zdawało się, że ci drudzy muszą mu pomagać. Gil zwykle chował się w krzaki i stamtąd przyglądał się wystraszony, przechylając główkę to na tę stronę, to na tamtą. Myślał bowiem, że owe powolne ruchy były przysposobieniem do skoku, jak to bywa u kotów. Gdy kot przygotowuje się do skoku, natenczas czołga się po ziemi ogromnie wolno. Gil dużo na ten temat rozmawiał ze swoją żoną, lecz potem zdecydował, że nic jej mówić nie będzie, gdyż przerażenie jej było tak wielkie, że lękał się, by to nie zaszkodziło jajkom.
Odczuli wielką ulgę, gdy chłopiec zaczął chodzić sam, a nawet poruszać się prędzej. Lecz długo jeszcze — w każdym razie gilowi zdawało się to długo — był on źródłem pewnej obawy. Nie robił wszystkiego tak, jak inni ludzie. Zdawał się bardzo lubić chodzić, ale miał taki niepokojący sposób siadania lub kładzenia się i wstawania potem nagle, by zacząć na nowo.
Pewnego dnia gil przypomniał sobie, że gdy jego samego rodzice zaczynali uczyć latać, to podobnie robił. Wzlatywał na kilka łokci i zmuszony był odpoczywać. Zrozumiał zatem, że ten chłopczyk uczy się latać — czyli właściwie chodzić. Wspomniał o tem samiczce, a gdy dodał, że jajka po wykluciu się i wypierzeniu w ten sam sposób będą postępowały, uspokoiła się zupełnie, a nawet zainteresowała się nienażarty i odtąd ze szczerą przyjemnością przyglądała się chłopcu przez brzegi gniazdka; coprawda, była przekonana, że pisklęta jej będą zdolniejsze i uczyć się będą prędzej. Potem jednakże dodała z pobłażaniem, że ludzie są zawsze ciężsi i powolniejsi od piskląt, a większość z nich robiła istotnie wrażenie, jakgdyby się nigdy nie uczyli latać. Nigdy ich spotkać nie było można w powietrzu, ani na wierzchołkach drzew.
Po pewnym czasie ów chłopczyk począł poruszać się, jak inne dzieci, lecz wszyscy troje wykonywali czasem rzeczy niezwykłe. Stawali pod drzewem i poruszali rękoma, nogami i głowami w taki sposób, że nie było to ani chodzeniem, ani bieganiem, ani siedzeniem. Ruchy te wykonywali codziennie w pewnych chwilach, a gil nie umiał wytłumaczyć samiczce, co robili, czy co usiłowali robić. Mógł tylko powiedzieć, że był zupełnie pewny, iż pisklęta nigdy nie będą w taki sposób wymachiwać skrzydełkami; ale ponieważ ów chłopiec, mówiący tak płynnie po «gilowemu», robił to samo, co tamci, zatem ptaszki mogły być spokojne, że ruchy te nie były natury niebezpiecznej. Coprawda, to ani gil, ani jego żona nie słyszeli nigdy o siłaczu, Bobie Haworth’cie i o jego ćwiczeniach dla wyrobienia twardych mięśni. Gile nie są do ludzi podobne; ich mięśnie od początku wyrabiają się w sposób przyrodzony, bez nadzwyczajnych ćwiczeń. Jak trzeba fruwać, by znaleźć sobie każde źdźbło pożywienia, to muskuły nie zanikną (zanikają zwykle przez brak ruchu).
Gdy chłopczyk począł biegać, chodzić, kopać, pleć jak tamte dzieci, wówczas w gniazdku zapanował spokój i zadowolenie. Obawy o jajka stały się sprawą przeszłości, świadomość, że jajka są bezpieczne, jakby były zamknięte w banku, w połączeniu z możnością przyglądania się tylu ciekawym rzeczom, uczyniły z «wysiadywania» bardzo sympatyczne zajęcie. W słotne dni odczuwała nawet matka jajek pewnego rodzaju nudę, gdy dzieci nie było w ogrodzie.
Nie można jednak twierdzić, żeby nawet w słotne dni Mary i Colin się nudzili. Pewnego poranka, gdy deszcz lał bezustanku, jak z cebra, Colin zaczynał już być niespokojny; denerwował się, zmuszony siedzieć na sofie, gdyż chodzić byłoby niebezpiecznie; wówczas Mary przyszła myśl genjalna.
— Teraz, gdy jestem zdrowym, normalnym chłopcem — mówił Colin — moje nogi, ręce, całe ciało tak jest pełne czarów, że trudno mi na miejscu usiedzieć. Więc chciałbym być w ruchu. Wiesz, Mary, jak się obudzę rano bardzo wcześnie, a ptaszki taki rozgwar wesoły czynią, i wszystko zdaje się krzyczeć z radości — nawet drzewa, choć ich nie słyszymy — to zdaje mi się, że muszę z łóżka wyskoczyć i także krzyczeć z radości. Ach, gdybym to zrobił, to pomyśl tylko, coby się stało!
Mary wybuchła niepowstrzymanym śmiechem.
— Wpadłaby tu zaraz pielęgniarka i pani Medlock, i byłyby przekonane, żeś zwarjował, i posłałyby po doktora — odrzekła.
Colin śmiał się serdecznie. Wyobrażał sobie, jakby te «baby» wyglądały, jak byłyby przerażone jego wybuchem, a jak zdumione, widząc go stojącego.
— Chciałbym, ażeby ojciec już wrócił — mówił. — Chcę mu sam wszystko powiedzieć. Wciąż o tem rozmyślam, ale dłużej już trudno będzie nam wytrzymać. Nie mogę ciągle leżeć i udawać, a przytem wyglądam zupełnie inaczej teraz. Takbym chciał, żeby dziś była pogoda!
I w tym oto momencie miała panna Mary myśl genjalną.
— Colinie — rzekła tajemniczo — czy wiesz, ile w tym domu jest pokoi?
— Myślę, że z tysiąc — odparł.
— Jest około stu, do których nikt nigdy nie wchodzi — rzekła Mary. — Pewnego słotnego dnia poszłam i zajrzałam do kilku. Nikt o tem nie wie, choć pani Medlock o mało się na mnie nie natknęła. Zbłądziłam, gdym wracała, i zatrzymałam się na końcu twego korytarza. Słyszałam wtedy twój płacz po raz drugi.
Colin podskoczył na sofie.
— Sto pokoi, do których nikt nie wchodzi — mówił. — To mi coś wygląda, jakby tajemniczy ogród. A gdybyśmy tak wybrali się i obejrzeli je? Dowiozłabyś mnie w fotelu, i niktby się nie dowiedział.
— To samo sobie myślałam — rzekła Mary. — Niechby tylko nikt nie ważył się iść za nami. Tam są galerje długie gdziebyśmy się mogli gonić. Jest też mały pokój indyjski, w którym znajduje się gablota, pełna małych słoni z kości słoniowej. Są najrozmaitsze pokoje.
— Proszę cię, zadzwoń — rzekł Colin.
Gdy weszła pielęgniarka, dał jej dyspozycję.
— Proszę o mój fotel — rzekł. — Panna Mary i ja pójdziemy do części domu niezamieszkanej. Jan może mnie zawieźć aż dotąd, gdzie się zaczyna galerja obrazów — tam są małe schody. Potem musi sobie odejść, zostawić nas samych i wrócić dopiero wtedy, gdy go zawołam.
Począwszy od tego ranka, dnie deszczowe przestały dla nich być postrachem. Gdy lokaj dowiózł fotel do galerji i zostawił ich dwoje samych, zgodnie z rozkazem, Colin i Mary spojrzeli na siebie rozpromienieni. Skoro tylko Mary się upewniła, że Jan zeszedł już nadół, do służbowych pokoi, mógł Colin bezpiecznie wyjść z swego fotela.
— Najpierw przebiegnę kilka razy galerję wzdłuż — mówił — potem sobie poskaczemy, a potem będziemy robili ćwiczenia Boba Haworth’a.
I wykonali nietylko to, lecz wiele innych jeszcze rzeczy. Zrobili przegląd galerji, a między portretami znaleźli i ową małą, nieładną dziewczynkę, trzymającą na palcu papugę.
— To wszystko muszą być chyba moi krewni — mówił Colin. — Żyli oni już bardzo dawno temu. Ta z papugą, to, zdaje się, jakaś moja pra-pra-pra-pra-babka. Ona bardzo do ciebie, Mary, podobna, ale nie teraz, tylko do tej Mary, jaką byłaś, gdyś tu przyjechała. Teraz jesteś wiele pełniejsza i ładniej wyglądasz.
— I ty także — odrzekła Mary, i oboje się roześmiali.
Poszli potem do indyjskiego gabinetu i bawili się słoniami. Odnaleźli buduar z różowej brokateli i dziurę w poduszce, którą wygryzła mysz, ale myszki wyrosły, uciekły, a dziura była pusta. Obejrzeli więcej pokoi i porobili więcej odkryć, niż Mary za swej pierwszej wędrówki. Znaleźli nowe korytarze i zakręty, i schody, i inne stare bardzo obrazy, które podobały im się ogromnie, i wiele starych czarownych rzeczy, których użytku nie znali. Był to dziwnie zajmujący poranek, a to uczucie, że mieszkają w jednym domu z tylu innymi ludźmi, a równocześnie, że są jakby o setki mil od wszystkich oddaleni, było czemś pełnem uroku.
— Bardzo jestem zadowolony, że tu przyszliśmy — rzekł Colin. — Nie wiedziałem zupełnie, że mieszkam w takim ogromnym, dziwnym, starym domu. Podoba mi się on. Każdego słotnego dnia będziemy się tak wałęsać. Za każdym razem znajdziemy coś nowego.
Tego rana znaleźli, między innemi, takie bajeczne apetyty, że gdy wrócili do pokoju Colina, nie mogli się zdobyć na odesłanie drugiego śniadania nieruszonego.
Gdy pielęgniarka zniosła tacę nadół, postawiła ją w kredensie z takim stukiem, że kucharz Loomis spostrzegł opróżnione doszczętnie półmiski i talerze.
— Proszę tylko spojrzeć! — zawołała. — Ten dom stanowczo pełen jest zagadek, a tych dwoje dzieci są zagadką największą.
— Jeśli tak dalej pójdzie — rzekł ów silny służący Jan — to nie dziwno będzie, jeżeli ważyć będzie dwa razy tyle, co przed miesiącem. Będę musiał prosić o zwolnienie z obowiązku, bo się boję, że się podźwigam.
Tego popołudnia zauważyła Mary, że w pokoju Colina zaszło coś nowego. Już poprzedniego dnia to zauważyła, lecz sądziła, że zmiana była tylko przypadkowa. I dzisiaj nic nie mówiła, lecz usiadła i przyglądała się uporczywie portretowi nad kominkiem. Mogła mu się przyjrzeć, gdyż zasłonę odsunięto nabok. Oto była zmiana, którą zauważyła.
— Wiem, co chcesz, żebym ci powiedział — rzekł Colin, gdy przyglądała Się obrazowi czas jakiś. — Ja zawsze wiem, gdy chcesz, bym ci coś powiedział. Ciekawa jesteś, dlaczego zasłona jest odsłonięta. Teraz ja chcę, żeby tak już zawsze zostało.
— Dlaczego? — spytała Mary.
— Bo teraz już mi nie jest przykro, gdy widzę mamusię śmiejącą się. Onegdajszej nocy obudziłem się, księżyc jasno świecił, a ja miałem wrażenie, że czary napełniają cały pokój i czynią wszystko tak cudnem, iż uleżeć nie mogłem. Wstałem więc i wyjrzałem przez okno. W pokoju było jasno, a jedna plama światła księżycowego kładła się na tej zasłonie, i to niejako spowodowało, żem podszedł i pociągnąłem za sznurek. Spojrzała prosto na mnie, jakby się śmiała z radości, że mnie widzi na nogach. Zacząłem z lubością patrzeć na nią. I teraz miło mi jest widzieć ją, taką uśmiechniętą. Myślę, że ona musiała być pełną czarów.
— Ogromnie jesteś teraz do niej podobny — rzekła Mary — tak, iż nieraz sobie myślę, że może jesteś jej duchem, zaklętym w chłopca.
Myśl ta zawładnęła umysłem Colina. Zamyślił się głęboko, poczem zwolna odrzekł:
— Gdybym był jej duchem, toby mnie ojciec mój kochał.
— Czy chciałbyś, żeby cię kochał? — pytała Mary.
— Dawniej nienawidziłem jej, bo mnie przez nią nie kochał. Gdyby ojciec mnie pokochał, tobym mu może opowiedział o czarach. Możeby to sprawiło, żeby był trochę mniej smutny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frances Hodgson Burnett i tłumacza: Jadwiga Włodarkiewiczowa.