Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


«baby» wyglądały, jak byłyby przerażone jego wybuchem, a jak zdumione, widząc go stojącego.
— Chciałbym, ażeby ojciec już wrócił — mówił. — Chcę mu sam wszystko powiedzieć. Wciąż o tem rozmyślam, ale dłużej już trudno będzie nam wytrzymać. Nie mogę ciągle leżeć i udawać, a przytem wyglądam zupełnie inaczej teraz. Takbym chciał, żeby dziś była pogoda!
I w tym oto momencie miała panna Mary myśl genjalną.
— Colinie — rzekła tajemniczo — czy wiesz, ile w tym domu jest pokoi?
— Myślę, że z tysiąc — odparł.
— Jest około stu, do których nikt nigdy nie wchodzi — rzekła Mary. — Pewnego słotnego dnia poszłam i zajrzałam do kilku. Nikt o tem nie wie, choć pani Medlock o mało się na mnie nie natknęła. Zbłądziłam, gdym wracała, i zatrzymałam się na końcu twego korytarza. Słyszałam wtedy twój płacz po raz drugi.
Colin podskoczył na sofie.
— Sto pokoi, do których nikt nie wchodzi — mówił. — To mi coś wygląda, jakby tajemniczy ogród. A gdybyśmy tak wybrali się i obejrzeli je? Dowiozłabyś mnie w fotelu, i niktby się nie dowiedział.
— To samo sobie myślałam — rzekła Mary. — Niechby tylko nikt nie ważył się iść za nami. Tam są galerje długie gdziebyśmy się mogli gonić. Jest też mały pokój indyjski, w którym znajduje się gablota, pełna małych słoni z kości słoniowej. Są najrozmaitsze pokoje.
— Proszę cię, zadzwoń — rzekł Colin.
Gdy weszła pielęgniarka, dał jej dyspozycję.
— Proszę o mój fotel — rzekł. — Panna Mary i ja pójdziemy do części domu niezamieszkanej. Jan może mnie zawieźć aż dotąd, gdzie się zaczyna galerja obrazów — tam są