Tajemnice Londynu/Tom III/Część pierwsza/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
NA PODSŁUCHACH.

Lady Joanna B*** usiadła. W rzeczy saméj po tylu doznanych wzruszeniach mocno tego potrzebowała.
La contessa Kantakuzenos piérwsza głos zabrała; obrażona sposobem, w jaki poczciwy kapitan pozwalał sobie ją przyjmować, odezwała się półgębkiem:
— Panie O’Chrane, interes nasz jest bardzo prosty i już z góry ułożony między mną a Ich Wielmożnościami. Pańska rola, mości O’Chrane, ma się tylko ograniczać na liczeniu banknotów... I może powinienbyś lepiéj pamiętać czém jesteś, kiedy masz do czynienia z pewnémi osobami...
Kapitan spojrzał na nią zdziwiony.
— Czy o sobie mówisz, chytra kumoszko, moja szanowna pani Mandlin?...
— Panie O’Chrane, proszę cię, zachowaj-że przyzwoite uszanowanie...
— Uszanowanie! a niech mię szatan w sztuki posiecze!... mój ty worze pełen kłamstwa, stara kochana przyjaciółko... alboż ci go kiedy odmawiałem.
— Niech vostra Eccellenza sama się raczy tłómaczyć, rzekła rozgniewana mała kobiéta; ja się już nieodezwę do tego grubijanina.
— Grubijanina! do tysiąca piorunów!... Ah! ty włóczęgo, komedyantko, samico pajaca!... Grubijanina, powiadasz, na imię bozkie!... Jestem grubijaninem z tobą, ale zobaczysz, ze umiem obchodzić się z damami dobrego tonu... No, milady, do stu djabłów! mówimy z sobą po przyjacielsku... Pani szukasz świecidełka, drobnostki, pierścionka...
— Drobnostki wartéj pół miliona! szepnęła mała kobiéta.
— Nie do ciebie gadam, Mandlin, bezwstydna paplarko... Szukasz milady, do wszystkich piorunów! pierścionka, którego pożyczono u ciebie w teatrze Cowent-Garden... Na honor, mały łotr, który się tém zajął, jest to nikczemne dziecię, ale godne całego szacunku naszego!... Co do pierścionka, mam go w mojéj kieszeni, albo niech mi djabli kark skręcą!
Lady Joanna B*** podała kapitanowi palisandrową szkatułkę.
— Oto na jego wykup, mój panie, rzekła bojaźliwie.
— Widzisz Mandlin, zawołał kapitan, otóż to mi prawdziwa lady, jak grzecznie ze mną rozmawia, przeklęta skoczko!... Dziękuję, milady, dziękuję, ale niech mię djabli wezmą, moja kochana pani... to bardzo ładna szkatułka, znam kogoś, któremu się ona bardzo podoba... Wieleż tam jest w środku?...
— Dwadzieścia tysięcy funtów, mój panie.
— Widzisz, Mandlin, ta lady nazywa mię panem... Niech mię szatan porwie, zawsze przyjemnie rozmawiać z osobami dobrego towarzystwa.
Kapitan otworzył szkatułkę, włożył okulary na chudy i cienki swój nos, i skrupulatnie zaczął rachować banknoty.
Gdy skończył tę pracę, zdjął okulary i włożył bilety na powrót do szkatułki.
— Dwadzieścia tysięcy! mruknął; na honor nic nie brakuje!... ten wyrzutek Ślimak dobrze zarobił swoje dziesięć funtów... Milady, oto twój pierścionek...
— Za pozwoleniem! rzekła mała kobiéta chwytając za pierścionek w chwili gdy lady Joanna wyciągnęła poń rękę... Ja sama oddam go Jéj Ekcellencyi!
— Czegóż pani jeszcze żądasz? rzekła lady Joanna z niespokojnością.
— Niech się vostra Altezza niczego nie obawia, jest to zastaw, który zatrzymam dopóki jéj nie pożegnam...
— To już do mnie nie należy, stoicznie rzekł kapitan; pogódźcie się, niech mię Bóg skarze! jak same chcecie... Milady, spodziewam się, do kroćset djabłów! że będę miał zaszczyt znowu panią oglądać!... Bądź zdrowa Mandlin, bezwstydna awanturnico, droga moja przyjaciółko...
Mała kobieéta, nie odpowiedziawszy na to poufałe pożegnanie, wyszła wraz z lady Joanną.
W przedpokoju zatrzymała się.
— Mam vostra Eccellenza prosić o jedne łaskę.
— Cóż takiego, moja pani?
— Czy raczysz la vostra Altezza, do tego stopnia być łaskawą, że mi pozwolisz zawiązać sobie oczy tą oto zasłoną?
Lady Joanna nie odpowiedziała.
— Ta mała formalność jest nieodbicie potrzebną, mówiła daléj hrabina, a jeżeli vostra Eccellenza uważa za rzecz stosowną odmówić memu żądaniu, będziemy musieli czekać tu dopóki noc nie zapadnie.
— Noc! powtórzyła przerażona lady Joanna; noc tu? o Boże!... Czyń pani, czyń co chcesz, a jedźmy prędzéj!
Mała kobiéta złożyła w kilkoro koronkowy woal, którego tkankę zasłaniały sute hafty i gęste jedwabne naszywania, i bardzo zgrabnie zawiązała nim oczy lady Joannie.
— Teraz, rzekła, jestem cała na usługi della vostra Eccellenza... jedźmy!
I zeszły po schodach.
Lady Joanna widziała niepewne światło z pod jéj zasłony, ale przedmiotów rozróżnić nie mogła; dopiero na dole, gdy uczuła powiew wiatru poznała, że wyszła z domu.
W kilku minut późniéj siedziała znowu w fiakrze, którego czerwone firanki ciągle były zapuszczone. Mała kobiéta z największą uprzejmością dopomagała jéj odwiązać woal.
La vostra Altezza, rzekła, raczy przebaczyć tym małym ostrożnościom, nie mówię, dla tego czynionym, iżbyśmy w niéj nie pokładali najzupełniejszego zaufania, ale że przypadek mógłby zdarzyć... kiedy tymczasem w ten sposób vostra serenissima Eccellenza, nie widziała przystępu do naszego domu, i nie będzie mogła mimowolnie nawet z niczém się wygadać.
Fiakr jechał blizko godzinę. Mała kobiéta to mówiła, to znowu milczała, ale lady Joanna na to nic nie zważała; doznawała ona pewnego rodzaju ciągłego otrętwienia. W wyobraźni jéj wrzało gwałtownie wszystko co widziała.
Nakoniec fiakr stanął; podniesiono czerwone firanki. Było to już przed mieszkaniem lady Joanny, która siedząc nieporuszona, zdawała nic nie widziéć.
— Jeżeli vostra Eccellenza chce wysiąść, rzekła mała kobiéta nizko się kłaniając, oto jéj pałac.
Lady Joanna nie ruszyła się.
La contessa Kantakuzenos wzięła jéj rękę, którą lekko uścisnęła.
— Oto jest dyament della vostra Altezza illustrissima, mówiła daléj.
Lady Joanna rzuciła na pierścień nieme spójrżenie, ale skoro go postrzegła wnet pamięć odzyskała. Pochwyciła go z namiętną chciwością, wyskoczyła na ulicę bez pomocy woźnicy, który jéj podawał rękę, i szybko pobiegła na schody swego domu.
Nim weszła, obejrzała się pełna trwogi.
Adio! la vostra Eccellenza, adio! rzekła zwolna hrabina Kantakuzenos.
A potém obróciwszy się do woźnicy dodała:
— Wimpole-Street, Joel galopem! spóźniliśmy się.
Joe z całéj siły zaciął konie; fiakr z niesłychaną szybkością potoczył się po bruku, nakoniec stanął przed domem Nro 9 na Wimpole-Street.
— Niech zaprzęgą do karety, rzekła mała kobiéta do grooma, który jéj drzwi otwierał: gdzie jest moja siostrzenica?
— Księżna pani jest w swoim buduarze z jakimś dżentlmenem, odpowiedziała pokojówka francuzka.
— Ah!... a milord?
— Milord jest na górze, dopiéro go wprowadziłam... Czy mam księżnę panią zameldować młodéj księżnie?
— Nie... idź do mego pokoju: ubiorę się.
Hrabina Kantakuzenos, która zarazem była księżną dc Gèvre, co nie przeszkadzało jéj także być kuglarką Mandlin, jak ją nazywał zacny kapitan Paddy O’Cbrane, weszła na piętro zamieszkane przez swą siostrzenicę, wdowę po zmarłym i nieodżałowanym księciu Filipie de Longueville. Zamiast jednak udać się przez drzwi główne, weszła bocznémi w wązki korytarz, w końcu którego znajdował się ciemny gabinet. Naprzeciw drzwi tego gabinetu widziano wątpliwe światełko przebijające się przez małe otwory w czarno zamalowaném szerokiém oknie.
Mała Francuzka przytknęła oko do jednego a tych otworów i ujrzała o trzy kroki od siebie, w sąsiednim pokoju, Briana de Lancester i księżnę, siedzących obok siebie na sofie.
— No, jak widzę, rzeczy nie źle idą! szepnęła.
— Cicho! ozwał się głos jakiś w cieniu.
— Ak! jesteś tu milordzie?... O czémże mówią tę gołąbki?
— Patrzą na siebie, odpowiedział milord.
— To bardzo dowcipnie, odpowiedziała szyderczo mała Francuzka.
Milord prawdę mówił. Zuzanna i Brian patrzali na siebie. Pan de Lancester był już tam oddawna, a zaledwie kilka słów mówili z sobą.
Nie był to już wczorajszy Brian, roztargniony, zajęty jedną myślą i gotów w obec świata odegrać śmiałą komedyę swéj zemsty. Owszem, teraz był poważny, uradowany, w błogiém jego spojrzeniu można było wyczytać ognistémi literami wyrytą namiętność zwycięzką, która go opanowała, a któréj poddawał się z trwogą i powątpiewaniem. Bał się kochać nadto i miał słuszność, nie był bowiem wobec jednéj z tych niewiast, które kochamy czasem dla rozrywki, mniéj więcéj według okoliczności; które ubóstwiamy, kiedy jesteśmy w dobrym humorze, a odtrącamy od siebie w chwili spleenu, do których znowu powracamy, aby ich znowu porzucić; które dopomagają nam zabijać nudne, stracone godziny.
Zuzanna należała do rzędu kobiét, co podbijając nasze życie i opanowując całe nasze serce, wymazują z niego wszystko co je dawniéj zajmowało.
I ona nawzajem napawała się widokiem Briana, jakby z obawy postradania najmniejszéj nawet cząstki szczęścia, co wypływało z jego obecności. Ona nie zmieniła się bynajmniéj od wczorajszego wieczoru. Naiwnéj jéj radości nie ćmiła żadna zalotność. Wyświeciła ona na jaw całą swą duszę, w któréj było tyle miłości, iż wszelka mowa zbyteczną była do wyrażenia tego, co mówiło jéj spojrzenie.
W takim więc oboje byli stanie: Brian strwożony, przerażony przepaścią, w jaką go pociągała wczoraj dopiéro zrodzona namiętność, która dziś już ujarzmiała jego wolę; Zuzanna, ufająca, szczęśliwa, niepomna na długie miesiące cierpień w tém zachwyceniu piérwszego dnia błogości.
— Widziałaś mię wczoraj, rzekł nakoniec Brian; zrozumiałaś mię... chceszże mię jeszcze kochać?
— Czy chcę! szepnęła Zuzanna. — O jakże Bóg jest dobry, że cię nie uczynił mordercą!
Ręce ich spotkały się. Brian przycisnął do serca rękę Zuzanny.
— Króla czy żebraka, najuczciwszego lub zbrodniarza, los chciał abym cię kochała Brianie, rzekła daléj, i umarłabym gdybyś mię nawzajem nie kochał.
— Kocham cię, o! kocham cię pani! zawołał Brian z gwałtowności, odtąd i ja, podobnie jak pani, powiedzieć muszę: los chciał abym cię kochał!... Nie chciałem tego... bo przy moim sposobie życia nieraźnie miłości... Jestem ubogi, a szczupłe moje dochody płyną ze źródła obcego, szczególnego, nieznanego... Zawikłałem się w nierozsądną walkę, która mię z czasem zabije, i w któréj zwycięztwo nawet nie przyniosłoby mi radości... nakoniec, ja ani sam kochać, ani też dać się kochać nie powinienem.
— A czyliż nie jesteś pięknym i szlachetnie urodzonym Brianie, czyż nie jesteś najszlachetniejszym i najpiękniejszym?
Pan de Lancester smutno się roześmiał.
— Jak to ładnie! rzekła mała Francuzka.
— Trochę za długo, odpowiedział milord.
— Nie pomnisz więc już Tyrrellu swych pięknych lat?
— Ej do djabła Mandlin!... ta dziewczyna jest w rzeczy saméj godna podziwienia!... Sza!... ale otóż ta dumna piękność zmieniła się w gruchającą gołębicę!
— Będziemy nieszczęśliwi Zuzanno, rzekł Brian, a jakże okropnéj doznawałbym męczarni na widok twego nieszczęścia!... A jednak wolałbym cierpiéć te męki, niż ciebie nie widzieć... Posłuchaj... wiész jakie jest moje życie i jaką bronią, korzystając z nierozsądnéj pobłażliwości świata, walczę przeciw memu nieprzyjacielowi, przeciw memu bratu... Teraz winienem ci wyjawić moję tajemnicę... moję jedyną tajemnicę.
Zuzanna na zawdzięczenie, przytuliła się do niego.
Tyrrel i mała Francuzka chciwie słuch natężyli.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.