Tętniące serce/Część III/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Tętniące serce
Podtytuł Powieść
Rozdział Pierwsza niedziela po św. Janie
Data wydania 1922
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Kejsarn av Portugallien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PIERWSZA NIEDZIELA PO ŚW. JANIE.

W pierwszą niedziele po świętym Janie zostali wszyscy Askadalarnczycy zaproszeni na wielką fetę do starego sieciarza i jego synowej, jak się to działo zresztą co roku w tym właśnie czasie.
Można się było dziwować, że dwoje takich nędzarzy wydawało każdego roku ucztę, ale ci, którzy wtajemniczeni byli w stosunki miejscowe, nie widzieli w tem nic niezwykłego.
Sprawa miała się tak: Wówczas kiedy dzisiejszy sieciarz był jeszcze człowiekiem bogatym, dał on każdemu ze swych synów po jednym folwarku. Najstarszy postąpił ze swem mieniem w sposób podobny, jak sam Ola Bengsta i zmarł w nędzy.
Drugi syn był jednak rozważniejszy i pracowitszy. Utrzymywał gospodarstwo w porządku, nie tracił mienia, ale przeciwnie powiększył je jeszcze i był teraz zamożnym kmieciem.
To wszystko co dziś posiadał, było jednak niczem w porówmaniu z tem do czegoby mógł był doprowadzić, gdyby ojciec nie zmarnotrawił mienia, nie roztrwonił pieniędzy i pola w sposób zgoła bezmyślny. Syn, dostawczy w młodym wieku takie środki, niezawodnie stałby się magnatem, zakupiłby lasy lörsjoeńskiego obwodu, miałby w Broby wielki dom handlowy i statki na Lövenie. Zostałby może nawet właścicielem hut e Ekeby.
Syn nie mógł oczywiście przebaczyć ojcu marnotrawstwa, mimo to jednak panował nad sobą i strzegł pilnie, by nie doszło do zerwania stosunków. Kiedy Ola Bengsta zbankrutował, wszyscy pewni byli, a i on sam także, że teraz syn pospieszy z pomocą ojcu. Ale na cóżby się to zdało? Wszystko dostałoby się jeno w szpony wierzycieli. Syn przeto zatrzymał w swych rękach to co dostał, chcąc by ojciec miał u niego przytułek gdy wszystko straci.
Nie był on zgoła winien temu, że ojciec sprowadził się do wdowy po starszym synu i utrzymywał się wraz z nią z wiązania sieci.
Nie jeden, ale setki razy prosił ojca, by u niego zamieszkał, a stary uczynił mu ponowną krzywdę odmawiając, albowiem wszyscy, znający nędzę Oli Bengsty za złe mieli synowi, że do tego dopuszcza.
Stosunki zostały mimo wszystko utrzymane, nie przyszło do zerwania, syn udawał się raz do roku wraz z żoną i dziećmi w trudną, przykrą drogę do Askadalarny i spędzał tam cały dzień w celu okazania ojcu swego przywiązania.
Ludzie nie wiedzieli wcale jak przygnębiony był sam i żona jego, ile razy znalazł się w małej chałupinie z walącą się szopą obok i musiał patrzyć na zgraję okrytych łachmanami dzieci swej bratowej. Gdyby to czuli, oceniliby miłość jego dla ojca, skłaniającą go do takiego poświęcenia.
Najokropniejszą rzeczą było, zarówno dla syna, jak i i żony jego, że zawsze na ich cześć odbywała się wielka uczta. Za każdą bytnością prosili ojca gorąco, by zaniechał tego spraszania sąsiadów gdy zjawią się w roku następnym, ale stary był nieprzejednany. Nie chciał się wyrzec przyjęcia chociaż nie stać go na to było. Patrząc na otępiałego, starego Olę, niktby nie przypuścił, że żywię w nim jeszcze tak rogata dusza, tkwiła w nim dawna żyłka do rozrzutności i nałogu tego nie pozbył się dotąd, mimo że wtrącił go w nieszczęście.
Syn dowiedział się pośrednio, sam także widział bez pośrednictwa innych, że ojciec i bratowa przez cały rok odejmowali sobie od ust i gromadzili pieniądze, w tym jeno celu, by wydać prawdziwą ucztę na cześć krewnych. W takich razach traktament nie miał granic. Na przybywających czekał obficie zastawiony stół. Wypić musieli kawę, wysiadłszy z wózka. Potem był objad, w którym brali udział wszyscy sąsiedzi. Podawano ryby, pieczeń i pudding z ryżu z sokiem, a wszystko gęsto zapijano. Uczta owa była tak smutna, że obojgu synostwu zbierało się na płacz.
Wystrzegali się uczynić coś, coby tę manję ojca podniecić jeszcze mogło i przywozili podarki praktyczne, zastosowane do życia codziennego. Uczta odbywała się jednak za każdym razem.
Zastanawiali się oboje, czy nie lepiej by było przestać bywać i w ten sposób odwieść ojca od rujnowania się dla nich. Atoli obawiali się, że jeśli przerwą swe wizyty dobry zamiar ten nie zostanie zrozumiany i oceniony jak należy.
Z jakimiżto ludźmi pospołu siedzieć musieli na takiej uczcie? Byli tam tylko starzy kowale, rybacy, chałupnicy i wyrobnicy dzienni, toteż gdyby nie to, że spotykali też właścicieli Falli, ludzi zamożnych i szanownych, nie byłoby z kim zamienić rozsądnego słowa.
Syn Oli Bengsty miał w pierwszej linji wielki szacunek dla Eryka, ale wysoko też cenił jego następcę i dziedzica Larsa Gunnarsona. Lars nie wywodził się ze starego rodu, umiał jednak tak pokierować sprawą, że zawarł bardzo korzystny związek małżeński i, nie poprzestając na tem co ma, powiększał swe mienie szczęśliwemi operacjami handlowo-gospodarczemi.
Zmartwił się tedy niemało, gdy go zaraz po przybyciu do Askadalarny, w trzecim roku po śmierci Eryka doszły słuchy, że Lars Gunnarson tym razem pewnie na ucztę nie przybędzie.
— Nie moja w tem wina! — powiedział Ola — Lars nie zalicza się do ludzi z którymi się bratam, ale przez wzgląd na ciebie byłem we Falli i zaprosiłem go.
— Może nie lubi przyjęć tego rodzaju? — spytał syn.
— Owszem lubi bardzo — odrzekł ojciec — i bardzo chętnie wziąłby udział. Przeszkodziła mu całkiem inna sprawa.
Nie dał bliższego objaśnienia co ma na myśli, ale wrócił do tego, kiedy goście siedzieli przy pierwszej filiżance kawy.
— Nie żałuj, że Lars nie przybył! — powiedział — Nie wiem czy czułbyś się teraz dobrze w jego towarzystwie. W ostatnich czasach wiedzie życie dosyć nieporządne.
— Nie znaczy to chyba, by zaczął pić? — wtrącił syn.
— Trafiłeś w sedno! — potwierdził Ola — Przyszło to na niego z początkiem wiosny, a od świętego Jana ani przez godzinę nie był trzeźwy.
Zwykle po kawie brali ojciec i syn wędki i szli nad jezioro łowić ryby. Ola zachowywał się cichuteńko, by nie straszyć ryb, tego jednak roku postąpił inaczej.
Raz po razu zagadywał syna. Oczywiście, jak zawsze myśl swą klarował powoli, w urywanych zdaniach, był atoli bardziej, niż po inne lata ożywiony i żwawszy jakiś. To nie ulegało żadnej wątpliwości.
Zdawaćby się mogło, że leży mu coś ważnego na sercu, czyli jaśniej mówiąc, że chciałby otrzymać od syna odpowiedź w jakiejś sprawie. Był, niby ktoś co stoi przed pustym domem i ciągle woła w nadziei, że mu otworzą, a wiary owej pozbyć się nie może.
Wracał kilka razy do Larsa Gunnarsona. Opowiedział co się stało podczas katechizacji i powtórzył wszystkie plotki o przyczynie śmierci Eryka z Falli, dotyczące Larsa Gunnarsona.
Syn przyznał ojcu słuszność w tem, że Lars nie jest zupełnie wolny od wszelkiej winy, a to że zaczął pić ze zmartwienia to zły znak.
— Ciekawym jak się dlań skończy dzisiejszy dzień? — powiedział Ola.
W tej chwali zatrzepotała się u wędki syna ryba i nie potrzebował dawać odpowiedzi. W całej tej historji nie było nic, coby dotyczyło ich wzajemnego stosunku, ale syn czuł, że ojciec w całem tem opowiadaniu ma jakiś określony zamiar. Był tego nawet całkiem pewny.
— Myślę, że pójdzie dziś wieczór do proboszcza... — zaczął stary na nowo — bo przebaczenie otrzymać można, byle jeno chcieć...
Po tych słowach zapadło długie milczenie, ni syn ni ojciec nie rzekli słowa. Syn z wielką gorliwością zasadzał świeżą glistę na haczyk i nie myślał o odpowiadaniu. Nie było zresztą na co odpowiadać. Ale stary westchnął naraz tak ciężko, że syn spojrzał nań mimowolnie.
— Ojcze! — powiedział — Złapał się tęgi okoń! Pilnujcież, bo ucieknie razem z haczykiem.
Stary drgnął. Zaczął zdejmować rybę z haczyka, ale tak niezręcznie to czynił, że spadła z powrotem w wodę.
— Nie mam dziś szczęścia widać do ryb, — rzekł — mimo że chciałbym coś ułowić!
Nie było wątpliwości, starego gryzło coś, co chciał synowi wyznać. Trudno mu było jednak stawiać się w jednem rzędzie z kimś, na którym ciężyło podejrzenie, że przyprawił o śmierć swego teścia.
Założył świeżą przynętę. Stał z założonemi rękami na płaskim głazie i wpatrywał się przygasłem i oczyma w wodę.
— Tak... tak... — powiedział uroczyście — Jest przebaczenie dla tych, którzy zaniedbują swych rodziców i z lodowatem sercem w piersi każą im wyglądać daremnie pomocy. Jest przebaczenie do końca dnia dzisiejszego... Potem, będzie już... zapóźno!
Nie mogło się to chyba odnosić do syna. Stary myślał jeno głośno, jak to jest zwyczajem starców.
Przyszło mu na myśl, że trzebaby odwrócić myśli ojca na co innego i zaczął:
— Cóż słychać z owym biedakiem z Askadalarny, co to oszalał zeszłej jesieni?
— Aaa... — odparł ojciec — masz na myśli Jana ze Skrołyki? Ano, przez całą zimę był zdrów. I jego dziś nie będzie u mnie, ale pewnie ci nie żal. Jest to jeno biedny wyrobnik, jak ja.
Była to rzetelna prawda, ale syn uradował się, że może rozmawiać o kim innym, nie Larsie Gunnarsonie, toteż zapytał z wielkiem współczuciem jak się przedstawia choroba Jana ze Skrołyki.
— Rozchorował się poprostu z tęsknoty za córką, która wyruszyła przed dwoma laty w świat i dotąd nie ozwała się ni jednem słowem!
— Czy to ta dziewczyna, która zeszła na złą drogę? — spytał.
— Wiesz i o tem? — rzekł stary — Jana nie to gryzie właściwie gdyż nie wierzy, rozchorował się, nie mogąc znieść jej obojętności i braku serca dla siebie.
Gadatliwość ojca była stanowczo za wielka. Mówił więcej, niż należało.
— Stanę na tym ostatnim kamieniu! — powiedział syn — Widzę tam dużo ryb w pobliżu.
Zmieniając miejsce, oddalił się tak, że rozmowa była niemożliwą, a przez całe poobiedzie nie było już sposobności, by ją nawiązać z powrotem. Syn czuł jednak skierowane na siebie ciągle spojrzenie przygasłych oczu ojca.
Był tym razem bardzo zadowolony z przybycia gości. Stół zastawiono pod gołem niebem, przed domem, a ojciec zasiadając do jedzenia, odrzucił wszelkie troski i smutki. Odżył stary Ola, siedząc w roli pana domu pośród gości swych, i można było sobie wyobrazić jakim był niegdyś, w młodszych, szczęśliwszych latach.
Z Falli nie przybył nikt, ale Lars Gunnarson był w myśli wszystkim i nie można się było temu dziwić, albowiem nadszedł dzień, przed którym został w tak tajemniczy sposób ostrzeżonym. Syn Oli Bengsta musiał jeszcze wysłuchać kilka razy szczegółowych sprawozdań o przebiegu katechizacji we Falli i dziwnym zbiegu, że proboszcz właśnie tego dnia nauczał o obowiązkach dzieci względem rodziców. Słuchał, lecz nie sprawiało mu to przyjemności żadnej. Nie rzekł ni słowa, ale ojciec musiał spostrzec po jego oczach, że miał tego dość, gdyż zwrócił się doń i spytał:
— Cóż sądzisz, Nilsie, o tem wszystkiem? Dziwisz się pewnie, że Pan Jezus nie ustanowił również przykazania dla rodziców, jak mają postępować z dziećmi swemi?
Zaskoczyło to pytanie syna. Uczuł, że się oblał rumieńcem, jakby go schwytano na gorącym uczynku.
— Ojcze! — odparł — Nigdy nie myślałem, ani nie mówiłem...
— Tak, to prawda! — przerwał mu stary Ola i zwracając się do wszystkich biesiadników, ciągnął dalej — Trudno wam będzie pewnie uwierzyć temu, co powiem. Prawdę atoli jest zupełną, że ani syn mój, ani synowa nigdy nie powiedzieli mi jednego złego słowa!
Starzec nie mówił do pewnych, określonych osób, to też nikt nie czuł się w obowiązku odpowiadać.
— Obojgu trudnem to było bardzo! — mówił Ola dalej — Utracili mnóstwo wszelakiego dobra. Mogliby państwem teraz być wielmożnem, gdybym był się inaczej obchodził z darami boskimi. Nie uskarżali się jednak nigdy, a teraz oto co roku przyjeżdżają tu, by pokazać, że nie żywią do mnie żalu nijakiego!
Oblicze starca było teraz znowu jakby zamarłe, a głos jego brzmiał spokojnie i uroczyście. Syn nie wiedział, czy ojciec ma coś określonego na myśli, coby mu chciał powiedzieć, czy mówi by wogóle coś mówić.
— Oni inaczej postępują ze mną niż Liza! — podjął Ola na nowo wskazując palcem synowę — Liza robi mi od rana do wieczora piekło o to, żem zmarnotrawił majątek.
Synowa nie uczuła się wcale dotkniętą tym przytykiem, uśmiechnęła się tylko dobrodusznie w odpowiedzi.
— A ojciec lamentuje nade mną, że po całych dniach muszę łatać, szyć, naprawiać i mało sobie rąk nie urobię!
— Prawda! — przyznał otwarcie — Widzicie, żadne z nas się nie zapiera, ale powiada jak jest i basta! Możemy ze sobą mówić, wszystko co ja mam, ma ona, a cała jej własność jest moją własnością. Dlatego to czuje, że jest ona naprawdę mojem dzieckiem.
Syn uczuł się teraz dotkniętym i uczuł niepokój, który wzrastał ciągle. Niezawodnie stary chciał na nim coś wymusić. Była to określona odpowiedź, na którą czekał od rana.
Ale przecież nie trzeba jej było dawać tutaj, publicznie, przy wszystkich.
Nils odetchnął z ulgą niezmierną, gdy podniósłszy oczy zobaczył Larsa Gunnarsona z żoną wchodzących właśnie furtką na podwórko.
Nietylko on sam zresztą, wszyscy zebrani zadowoleni byli bardzo z ich przybycia. Nie pamiętał jakoś nikt z obecnych o podejrzeniach żywionych odnośnie do Larsa, przepadły one, rozwiały się w niwecz.
Lars i żona jego przepraszali za opóźnienie, ale Lars miał taki ból głowy, że myśleli, iż nie będą już mogli wziąć udziału w uroczystości. Ulżyło mu się po pewnym czasie i postanowił skorzystać z zaproszenia Oli Bengsta. Prawdopodobnie ból prędzej przeminie w miłem towarzystwie znajomych i sąsiadów.
Lars miał oczy nieco zapadłe, a na skroniach włosy mu się nieco przerzedziły. Pozatem jednak wesół był i towarzyski, jak co roku na przyjęciu u Oli. Ledwo Lars i Nils wzięli w usta kilka kąsków, niezwłocznie zawiązała się pomiędzy nimi ożywiona rozmowa o handlu drzewem, wielkich zyskach i pożyczanych sumach.
Siedzący wkoło biedacy przerazili się poprostu niesłychanych cyfr, padających co chwila, i nie śmieli mieszać się do rozmowy. Ale stary Ola zabrał głos:
— Kiedy już mowa o pieniędzach, to radbym wiedzieć Nilsie, czy przypominasz sobie ten skrypt na 17.000 talarów, który mi wystawił dawny właściciel duwneńskiej huty? Pewnie pamiętasz, że się gdzieś zapodział i nie mogłem zeń skorzystać w czasie kiedy źle było ze mną bardzo. Mimo to napisałem do dłużnika, zgłosiłem swą pretensję, dostałem jednak odpowiedź, że leży na śmiertelnej pościeli. Po śmierci jego nie znaleziono żadnego zapisku w księgach handlowych i odpowiedziano mi ze strony egzekutorów testamentu, iż nie można mi wypłacić tej należytości, gdyż nie mogę wykazać się skryptem dłużnym. Szukałem go wszędzie i obaj synowie szukali, wszystko jednak skończyło się na niczem.
— Czy chcecie przez to powiedzieć ojcze, żeście go znalazł? — zawołał syn.
— Dziwna rzecz! — ciągnął dalej Ola — Pewnego dnia przyszedł do mnie Jan ze Skrołyki i powiedział mi całkiem stanowczo, że skrypt leży w skrytce wielkiej skrzyni z odzieżą. Powiadał, że widział we śnie, jak go stamtąd dobywam.
— Przecież szukaliście i tam?
— To prawda! Szukałem w skrytce mieszczącej się na lewej ścianie skrzyni. Ale Jan twierdził, że skrypt leży po stronie prawej. Naturalnie zacząłem szukać na nowo i znalazłem rzeczywiście na samym spodzie, po prawej stronie zapomnianą zupełnie skrytkę, a w niej leżał sobie najspokojniej mój skrypt!
Syn odłożył na chwilę nóż i widelec, ale wziął je zaraz ponownie do rąk. W tonie ojca zauważył coś, jakby ostrzeżenie. Może wszystko było zresztą zmyślone.
— Pewnie skrypt był przedawniony! — wtrącił od niechcenia.
— Gdyby sprawca dotyczyła innego dłużnika, nicby nie było ze skryptu, bo czas minął! — odrzekł stary — Udałem się zaraz do młodego właściciela duwneńskiej huty, a on niezwłocznie uznał należytość. — Jasne jak słońce — powiedział mi — że uznaję zobowiązanie ojca mego, któremu wszystko co mam zawdzięczam! Tylko mój drogi, Olo Bengsta, musicie mi dać parę tygodni czasu. Suma jest poważna i trudnoby mi było zapłacić ją w tej chwili.
— To szlachetny człowiek! — powiedział syn i uderzył ręką po stole. Mimo podejrzeń, jakie żywił, radość wcisnęła się do jego serca. Cóż za dziwak z tego starego! Jakże mógł nosić się przez cały dzień z tak wspaniałą nowiną i nie pisnąć słówka?
— Powiedziałem mu tedy — ciągnął dalej Ola —, że wcale nie potrzebuje płacić. Jeśli tylko wystawi świeży skrypt, to pieniądze mogą zostać u niego na procencie.
— Doskonaleście postąpił, ojcze! — pochwalił Nils.
Trudno mu było zachować się tak spokojnie, jak tego pragnął. Głos jego zabrzmiał donośnie i wesoło. Wiedział jednak przytem, że Oli dowierzać nie można. Za chwilę gotowo mu wpaść do głowy powiedzenie, że wszystko to było jeno zmyśleniem i fantazją.
— Pewnie mi nie dowierzasz? — spytał Ola — Chcesz zobaczyć skrypt? Liza! Przynieś mu go!
Za chwilę miał syn przed oczyma cudowny ów skrypt. Spojrzał przedewszystkiem na podpis i poznał czytelne, śmiałe pismo pana hut duwneńskich. Potem sprawdził sumę i przekonał się, że wszystko w porządku.
Skinął głową żonie swej siedzącej naprzeciwko na znak, że wszystko jest prawdą, potem zaś podał jej dokument, gdyż była oczywiście straszliwie ciekawa ujrzyć go na własne oczy.
Przeczytała skrypt od początku do końca jaknajstaranniej.
— A cóż to znaczy? — spytała i odczytała... — Zapłacę Lizie Persdotter w Askadalarnie, wdowie po Bengście Olsonie... Czyż Liza ma otrzymać te pieniądze?
— Tak! — potwierdził Ola — Darowałem jej tę sumę, gdyż jest mojem prawdziwem dzieckiem.
— Ależ to krzywda dla...
— Niema żadnej krzywdy! — odrzekł znużonym głosem Ola — Spłaciłem wierzycieli swoich i nic nie jestem dłużen nikomu. Zdawałoby się może — ciągnął dalej stary z naciskiem, zwracając się do syna — że mam jeszcze jednego wierzyciela i ja sam tak sądziłem nawet, ale teraz wiem napewno, przekonałem się, że tak nie jest!
— Mnie macie ojcze na myśli! — odrzekł Nils — Niestety, o mnie nie pomyślicie nigdy...
Chciał dalej mówić, ale nie dowiedział się ojciec, o co mu idzie, gdyż od drugiego końca stołu rozległ się przeraźliwy krzyk.
Lars Gunnarson pochwycił nagle pełną flaszkę wódki i przyłożył do ust. Żona jego krzyknęła i chciała mu ją odebrać. Ale odsunął ją na bok i wypił do połowy. Potem postawił na stole i zwrócił się do żony. Twarz jego stała się purpurowa, oczy rozwarły się szeroko, spoglądał dziko wokoło i zaciskał pięści.
— Czyś nie słyszała? — zawołał — Jan odnalazł skrypt. Rzecz jasna! Jan jest jasnowidzącym! Wszystko co mu się śni, to szczera prawda. Przekonasz się, że jak powiedział, dziś jeszcze spotka mnie nieszczęście!
— Powiedział tylko, byś się strzegł! — próbowała go uspokoić żona.
— Nie dałaś mi spokoju, aż się zgodziłem przyjść tutaj! — zawołał — Sądziłaś, że zapomnę, co to za dzień dzisiaj? Tymczasem otrzymałem tu ostrzeżenie.
Podniósł flaszkę ponownie do ust, ale rzuciła mu się na szyję, prosiła i płakała, przeto przestał pić, ale za to wybuchnął szaleńczym śmiechem.
— Weź ją sobie, weź! — krzyknął potem, wstał i kopnął stołek — Dobranoc, Olo Bengsta! Przebaczcie, że już odchodzę. Muszę się udać tam, gdzie mi nikt nie będzie przeszkadzał pić!
Poszedł ku furtce, a żona za nim.
Gdy przy niej stanęli, odepchnął ją od siebie, aż się zatoczyła i wrzasnął:
— Precz odemnie! Dostałem ostrzeżenie. Idę na zatratę!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.