Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stary drgnął. Zaczął zdejmować rybę z haczyka, ale tak niezręcznie to czynił, że spadła z powrotem w wodę.
— Nie mam dziś szczęścia widać do ryb, — rzekł — mimo że chciałbym coś ułowić!
Nie było wątpliwości, starego gryzło coś, co chciał synowi wyznać. Trudno mu było jednak stawiać się w jednem rzędzie z kimś, na którym ciężyło podejrzenie, że przyprawił o śmierć swego teścia.
Założył świeżą przynętę. Stał z założonemi rękami na płaskim głazie i wpatrywał się przygasłem i oczyma w wodę.
— Tak... tak... — powiedział uroczyście — Jest przebaczenie dla tych, którzy zaniedbują swych rodziców i z lodowatem sercem w piersi każą im wyglądać daremnie pomocy. Jest przebaczenie do końca dnia dzisiejszego... Potem, będzie już... zapóźno!
Nie mogło się to chyba odnosić do syna. Stary myślał jeno głośno, jak to jest zwyczajem starców.
Przyszło mu na myśl, że trzebaby odwrócić myśli ojca na co innego i zaczął:
— Cóż słychać z owym biedakiem z Askadalarny, co to oszalał zeszłej jesieni?
— Aaa... — odparł ojciec — masz na myśli Jana ze Skrołyki? Ano, przez całą zimę był zdrów. I jego dziś nie będzie u mnie, ale pewnie ci nie żal. Jest to jeno biedny wyrobnik, jak ja.
Była to rzetelna prawda, ale syn uradował się, że może rozmawiać o kim innym, nie Larsie Gunnarsonie, toteż zapytał z wielkiem współczuciem jak się przedstawia choroba Jana ze Skrołyki.