Szkarłatna Róża Raju Boskiego/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Szkarłatna Róża Raju Boskiego
Podtytuł Świątobliwy ks. Wojciech Męciński
Wydawca Księgarnia Św. Wojciecha
Data wydania 1937
Drukarz Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział IV
PIERWSZA PODRÓŻ

Lizbona, wówczas jeden z siedmiu cudów świata, czy raczej jedno z siedmiu najpiękniej położonych miast na świecie, bogata, gwarna i rojna stolica królów portugalskich, odgrywała wielką rolę w całym świecie chrześcijańskim, któremu dawała impuls do najświętszych, nieraz genialnych poczynań. Cieszyła się też wielką sławą jako port, z którego wypłynął na opłynięcie Afryki słynny Vasco de Gama, naśladowany potem przez najśmielszych portugalskich żeglarzy, a także drugi zdobywca świata, ale w innym już rodzaju, mianowicie św. Franciszek Ksawery. Stąd wyruszały ongiś wielkie statki wojenne, natłoczone rycerstwem krzyżowym, galery, udające się za morze dla wyzwolenia Ziemi Świętej lub dla walk z Maurami w północnej Afryce; stąd też wyjeżdżali pierwsi misjonarze do Tunisu i Algeru, aby tam zwalczać filozofię mahometańską.
Prócz tego Lizbona była wielkim portem handlowym, który zawładnął wszechświatowym handlem korzeniami i miał stosunki ze wszystkimi znanymi wówczas zamorskimi krajami a zwłaszcza z Indiami.Portugalska twierdza Sokotora zamykała Morze Czerwone dla handlowych statków arabskich, wojenna zaś flota portugalska kontrolowała wielkie wyspy Archipelagu Malajskiego, niszcząc, paląc i roznosząc wśród ludności sławę i grozę miecza Luzytanii, aby kupcom portugalskim łatwiej było handlować z ludami onieśmielonymi i upokorzonymi.
Portugalskie galeony przez długi czas co roku napełniały skarbiec królewski, a portugalskie domy handlowe zarabiały 150 na 100. Cała Europa zaopatrywała się w Lizbonie w korzenie, egzotyczne przysmaki, łakocie i wina, gdy Azja przysyłała do niej hołdownicze poselstwa. Przechadzając się jej stromymi ulicami lub nad brzegiem Tagu można było spotkać władców syngaleskich, radżów hinduskich, maurytańskich monarchów z Afryki, a także czarnych kacyków murzyńskich z grubymi, purpurowymi wargami i połyskującymi białkami wielkich, zdziwionych, czarnych oczu.
Cudzoziemcy zwiedzali chętnie port, w którym nie zapomniano jeszcze wspaniałego obrazu odjazdu floty Vasco de Gamy. Wszystko gotowe: galeony, marynarze i żołnierze. Odjeżdżający nie mają do zrobienia już nic, jak tylko przygotować swe dusze na niebezpieczeństwa długotrwałej podróży morskiej. Wchodzą do kościoła Betlejemskiego, który wznosi się na brzegu i spoziera na morze. Adorują Przenajświętszy Sakrament, błagając Boga, aby bez wichrów gwałtownych i burz zaniósł ich do kraju Wschodzącego Słońca i pobłogosławił ich orężowi, który będzie użyty tylko ku większej Jego chwale. Po nabożeństwie wszyscy krewni, przyjaciele, zakony i podróżni wychodzą na brzeg, wspólnie wielkim głosem śpiewając kantyczki.
Ponieważ od czasów Vasco de Gamy ceremoniału tego stale przestrzegano, tak samo uroczyście odprowadzano i żegnano Św. Franciszka Ksawerego.Mówią, iż zakonnicy wynieśli na wybrzeże krzesło, z którego on kazał do ludu. Mówią też, że gdy po raz ostatni odprawiał Mszę świętą, tuż przy kościele dwóch szlachciców biło się na szpady. Skończywszy Mszę, Franciszek natychmiast wybiegł z kościoła i ukląkłszy nad ranionym, którego krew uchodziła, wyspowiadał go, przy czym wezwał go, by przebaczył swemu wrogowi. Młody człowiek odpowiedział na to, że woli raczej pójść do piekła. A wówczas św. Franciszek zapytał go: — A czy przebaczysz mu, jeśli Bóg daruje ci życie? — Przebaczę! — odpowiedział raniony. — Zatem będziesz żył! — rzekł mu św. Franciszek i udał się na pokład odjeżdżającego statku. Ciężko ranny szlachcic wyzdrowiał.

Po upływie dłuższego czasu Męciński doczekał się okrętu, który miał odejść do Indyj, zatem udał się na pokład i wyjechał. Niestety, nie wiemy, jak się ów siatek nazywał, jaką miał pojemność, dokąd właściwie wyruszał, ilu i jakich ludzi wiózł. Na te rzeczy niewiele wówczas zwracano uwagi, służba morska nie była wtedy jeszcze uregulowana tak, jak dziś. Wszystko szło na los szczęścia, zależało od podmuchu wiatru. Na przykład, statki, wracające ze Wschodu, starały się zabrać na pokład jak najwięcej towaru. Skutkiem tego przez chciwość zabierały go tyle, że stosy trzciny cukrowej piętrzyły się na pokładzie aż po same wierzchołki masztów, czyniąc statek podobny do wielkiej, pływającej sterty. Rzecz prosta, że w takim wypadku nie mogło być mowy o należytej nawigacji i utrzymaniu równowagi. Przy pierwszej lepszej burzy statek musiał pójść na dno.Wiedział o tym kapitan, wiedzieli majtkowie, ale, chciwi zysku, ryzykowali: — A nuż się uda! To było wówczas hasłem marynarza.
W ogóle podróżowanie morzem nie należało wtenczas do przyjemności i nie było bynajmniej bezpieczne. Te ciężkie okręty o czterech pomostach z kasztelami na przodzie i na tyle nie wytrzymywały więcej nad dwie lub trzy podróże. O ile się nie rozbiły lub nie zatonęły po drodze, śmierć porywała im część pasażerów, a reszta przybywała do portu w tak fatalnym stanie, że natychmiast udawała się do szpitala. Podróżnicy XVI i XVII wieku opowiedzieli nam o trudach i uciążliwościach podróży morskich. Niewygodne kabiny, zły i niezdrowy wikt składający się przeważnie z solonego mięsa, brak wody słodkiej lub też zła jej jakość; w lecie w dzień nieznośne upały, a w nocy przejmujące zimno, cisze morskie trwające nieraz i dwa miesiące pod słońcem podzwrotnikowym, „którego żar, wciągany przy oddechaniu przez nozdrza, dostawał się do głowy, skutkiem czego wszystko zaczynało się w niej gotować“; trąby morskie, korsarze, rafy, przed którymi podróżnicy drżeli; wreszcie dziwne stworzenia, ocierające się o boki statku, które podróżni brali za stwory nie z tego świata — wszystko to przygnębiało, przerażało, czyniło człowieka chorym, słabym i bezbronnym. Te okręty wraz ze swym brudem, szkorbutem i zaraźliwymi chorobami były istnymi pływającymi kloakami.
Na takim to statku puścił się w podróż Wojciech Męciński. Podróż nie udała się najzupełniej: okręt, dążący do Indyj, przeciwne wiatry i prądy poniosły na Atlantyk ku zachodowi i zaczęły go spychać na równik ku brzegom Brazylii. Można sobie wyobrazić, jakie przygnębienie ogarnęło pasażerów na widok daremnej walki załogi z wichrami i żywiołem. Z powodu braku odpowiednich urządzeń sanitarnych, a także z powodu złego jedzenia i złej wody, na statku wybuchła jakaś zaraźliwa choroba, prawdopodobnie dyzenteria i naturalnie szkorbut. Ksiądz Wojciech, który był trochę lekarzem, opatrywał chorych, leczył ich, spowiadał, przygotowywał na śmierć, udzielał sakramentów. Sam chory, cały dzień uwijał się po pokładzie, a i w nocy spokoju nie miał, bo wciąż wzywano go to do chorych, to do konających.
Jednakże statek wciąż płynął i zwolna zaczął zbliżać się ku brzegom Brazylii, gdzie można było w jakimś porcie odpocząć i zaczekać na wiatry przychylne. Aliści, gdy okręt był już niedaleko lądu, prądy i wiatry zmieniły się i poniosły go z powrotem ku brzegom Europy. Gehenna na pokładzie trwała w dalszym ciągu, póki wreszcie, po studniowym pływaniu po morzu, okręt nie zawinął znowu do portu w Lizbonie. Ksiądz Wojciech nie widział podczas tej podróży nic, prócz grozy morza i cierpień ludzi, którzy się powierzają jego niepewnym i zdradliwym falom. Poza tym nabawił się tak silnego reumatyzmu, że czternaście miesięcy leżał w szpitalu, zanim wreszcie przyszedł do sił.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.