Sub tegmina/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Gomulicki
Tytuł Sub tegmina
Pochodzenie Poezje Wiktora Gomulickiego
Wydawca Księgarnia A. Gruszeckiego
Data wydania 1866
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
VI.
SUB TEGMINA.
I.

Książki, obrazy, koncerta, dzienniki
Ością mi w gardle stanęły i chlebie,
I zapomniawszy o fantazji niebie,
Żyć umyśliłem jako człowiek dziki.

O miasto! bez łzy pożegnałem ciebie,
Twoje teatra i twoje fabryki,
Bom czuł, że gdy mnie pozdrowią słowiki,
Nawet wspomnienie o tobie pogrzebię...

Dzisiaj marzenia oblokły się w ciało;
Leżę w drzew cieniu, o świat dbając mało,
Nademną błękit, przy mnie siana sterta..

Śpiewa mi ptastwo, śpiewają mi zdroje,
A jam swej duszy dał skrzydła — i roję:
Książki, obrazy, dzienniki, koncerta!





II.

Dzwoni skowronek i w kościołku dzwonią...
O! jakże na wsi rozkosznie jest latem,
Kiedy już lipa okryła się kwiatem,
I pszczoły brzęczą i chrząszcze się gonią!

Ptak, z dzwonkiem w parze, rozsławia przed światem
Tego, co wszystko mądrą wiedzie dłonią;
Lecz tu on nęci blaskami i wonią,
A tam — przygniata grozy majestatem.

Choć jutrznia blaski rozsiała dokoła,
Tłum spieszy szukać jej w mrokach kościoła,
Z okiem, w paciorki różańcowe wbitem.

Starucha mija mię, żółta i zgięta;
— „Ten o modlitwie — mruczy — nie pamięta“...
Kłamstwo! Ja także modlę się — zachwytem!





III.

We mgle błękitnej cała wioska pływa,
Zmieniona w senne, urocze zjawisko...
Widząc ją cichą i nieba tak bliską,
Z otuchą myślę: — Piękna więc szczęśliwa!

Tymczasem słońce, dotąd pełznąc nisko,
Wstaje, i zwolna welon mgły rozrywa;
Z ułudnych obsłon błyska wieś prawdziwa:
Nędzne obdartych chałup rumowiska...

O chłopska dolo! i ciebie wyzłaca
I wybłękitnia ciężka wieszczów praca,
Na świat siejąca bożych natchnień ziarna;

Lecz kto cię z ozdób fałszywych obnaży
Widzi, że nosisz cierpień znamię w twarzy,
I żeś jest — szpetna, żałobna i marna!





IV.

Jak cicho! Rzekłbyś, że stanęło życie,
I z wozem Febus stanął złotowłosy...
Drzemie ptak w gaju, drzemią w polu kłosy,
Zasnęła nawet chmurka na błękicie.

Jak cicho! Z listka zwisła kropla rosy,
Zaróżowiona jak niebo o świcie;
Drży, lecz nie spada na mchowe pokrycie,
Bo szmer jej inne mógłby zbudzić głosy.

Ziemia omdlała w rozkoszy nadmiarze,
Jak sybaryta przy nalanej czarze,
Gdy żadnej żądzy nie czuje już w duszy —

A ludzkie serce, co w ciągłym trwa boju,
Wówczas jedynie zasypia w spokoju,
Kiedy je piorun nieszczęścia — ogłuszy.





V.

W chłodny cień liści, co sennie szumiały,
Poszła dziś za mną rozziewana nuda,
I wątpić jąłem, czyli mi się uda
Samem marzeniem dzień wypełnić cały.

Gdybym miał książkę, to fantazji cuda
Wnetby mię kołem barwnem opasały, —
Ale mym druhem był tylko kwiat mały,
Którym się szara przystroiła gruda.

Wziąłem ten kwiatek do rąk i przed oko,
I zadumałem się nad nim głęboko —
A zmarszczka nudy zeszła z mego czoła;

W kwiatku tym lichym więcej było treści,
Niż jej księgozbiór najuczeńszy mieści,
I niż ogarnąć ludzka mądrość zdoła.





VI.

Piejcie, słowiki! szumcie, lipy stare!
Brzęcz, pszczolny roju, dokoła jabłoni!
Strumień niech raźnie po kamieniach dzwoni,
Niech harfy głosem gra sitowie szare!

I ty, mój duchu, wyjdź z dum czarnych toni,
I złóż pieśń dźwięczną na wspólną ofiarę —
Przyroda spełnia wiwatową czarę,
Więc wszystko dzisiaj do stóp jej się kłoni.

Ludzie i ptaki, i puszcza i morze.
Chór wiodą zgodny na pani tej dworze,
Co ma koronę z kwiatów cudzej pracy;

Wszystko, co żyje, od gwiazdy do drzewa,
Na cześć jej hymny bałwochwalcze śpiewa:
I pieśń trwa ciągle — mrą tylko śpiewacy...





VII.

Dusza się moja na cząstki rozkłada,
Niknąc w miłosnem z ziemią zespoleniu;
I pachnie w kwiatach, i szemrze w strumieniu,
I z pieśnią ptaków do nieba się wkrada.

I tak jej dobrze w tem odcieleśnieniu,
Że już do klatki powracać nierada —
Jak ptaszę, burzą odbite od stada,
Gdy się znów w bratniem znajdzie otoczeniu.

Zwolna się cały tracę we wszechbycie,
I snem odrębne zdaje mi się życie,
Ten szlak samotny, żałobny, tułaczy...

Wzlatam w wietrzyka subtelnym podmuchu,
Błyszczę w grze świateł, płynę w chmurek puchu —
Lekko mi, błogo — wiem, co umrzeć znaczy!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wiktor Gomulicki.