Stara kamienica/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Stara kamienica
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Kalendarz „Wieku“ Illustrowany na Rok Zwyczajny 1887
Wydawca Nakładem współpracowników „Wieku“
Data wydania 1887
Druk Drukarnia „Wieku“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ I.
Jest w nim mowa o starożytnej kamienicy, w której mieszka wcale nie starożytna osóbka.

Dziwni to byli ludzie, budowniczowie dawnych czasów. Wznosili oni gmachy wysokie a wązkie, spiczaste jak wieże, sklepione wewnątrz jak kościoły, a ponure niby więzienia.
Gdzież to porównać z dzisiejszemi domami pełnemi elegancyi i błyskotliwego szyku, z gankami wspartemi na ramionach karyatyd, z bohaterami (z gipsu), z oknami o jednej szybie lustrzanej!
Wprawdzie starodawne zabytki architektury stoją jeszcze mocno, a nowe z dziwną prędkością w gruzy się walą, ale takie już jest prawo natury, nad którem nie będziemy się zastanawiali w tej chwili, gdyż owa refleksya przeniosłaby nas łatwo na pole architektury społecznej, która dziś nie szczyci się podobno, ani trwałością fundamentów, ani dobrem wypalaniem cegieł.
Ściany słabe, a ciężki dach metalowy gniecie, oto cała mądrość...
Dom, o którym mamy mówić, podobny był do wielkiej czworogrannej wieży; zamykała go furta żelazna kowana, a przy furcie na łańcuchu wisiał młot, którym działało się pośrednio na nerwy słuchowe czcigodnego Piotra Panewki, dymissyonowanego podoficera, kawalera wielu zaszczytnych znaków honorowych i — stróża.
Kiedy interesant uderzył młotem w drzwi, głos z sieni pytał — kto tam? potem znowu ten sam głos dodawał — zara! i w kwadrans niespełna czterofuntowy klucz zgrzytał przeraźliwie w zamku, stare zawiasy jęczały, próg piszczał, a stróż kaszlał, przyczyniając się do ogólnej owych głosów harmonii.
Tak się działo przy każdem wejściu i wyjściu.
Schody były żelazne i ciemne. Zdawało się, że prowadziły do piekieł. Wielka latarnia zawieszona na sznurze rzucała skąpy snopek promieni, dodając jeszcze więcej grozy tej tajemniczej siedzibie.
Na dole był sklep, w którym, jak mówiła sama właścicielka, „siedział“ żyd Aron (bardzo porządny obywatel), utrzymujący handel skór, które sławetnym mistrzom kunsztu szewckiego, sprzedawał nawet na kredyt, za bardzo umiarkowanym procentem.
Na pierwszem piętrze znajdowało się mieszkanie właścicielki domu, na drugiem spiżarnia właścicielki, a na strychu szatnia tejże właścicielki.
Lokatorów pani Dulska nie trzymała, gdyż ta „szarańcza“ jak mówiła, niszczy mieszkanie gorzej niż szczury, robi plotki i nie płaci komornego, a jak się jeszcze trafi, chowaj Boże, kawaler, to zapowietrzy całą posesyę fajką i siać będzie zgorszenie dokoła w sposób zatrważający.
Pusto też było w domu pod „niebieską gruszką“, trzeba i to wiedzieć albowiem że nade drzwiami owej kamienicy wisiała na żelaznym drągu, wielkich rozmiarów gruszka drewniana, niebieska, niewiadomo przez kogo i za co tu powieszona.
Pusto było i cicho w starym domu, niby w klasztorze o bardzo surowej regule — jeden tylko Panewka przy furcie reprezentował życie, i to nie z bardzo powabnej strony, bo albo śpiewał godzinki, albo też upiwszy się, bo do tego od dawien dawna miał słabość, klął na czem świat stoi i wszystkich szatanów z piekła wywoływał.
Imci pani Dulska była wdową po nieboszczyku Ignacym Dulskim, obywatelu miejskim i kapitaliście, zwanym inaczej „indykiem“ z racyi iż się jąkał i wymawiał swe własne nazwisko w sposób arcy pocieszny.
Gdy nieboszczyk Dulski, przeniósł się do wieczności, pochowano go z należnemi honorami na cmentarzu, a pani Dulska przywdziała czepiec wdowi i czarne szaty żałobne.
Trzeba przyznać, że nigdy nie rozstawała się z tym strojem.
Raz tylko przypomniawszy sobie, że w roku 1852, w dzień sw. Marka Ewangielisty, nieboszczyk Dulski wdał się w zbyteczną konfidencyą z jakąś babą wiejską na odpuście, wpadła w pasyę — i przez zemstę odpruła białą tasiemkę od sukni, ale później unikała starannie wszelkich wspomnień podobnego rodzaju — i myślała raczej o dobrych stronach charakteru swego nieodżałowanego małżonka.
W tej chwili zacna dama oddaje się zwykłym zatrudnieniom, to jest siedzi w głębokim staroświeckim fotelu i robi pończochę.
U nóg jej spoczywa pies, na kolanach siedzi kot, nad głową śpiewa kanarek, a jeszcze wyżej stroi dziwaczne pantominy wielka papuga zielona i od czasu do czasu krzyczy:
— Ignasiu, serdeńko... jakaż z ciebie flanela!!
— Cicho, cicho, szpetny ptaku, zamknij raz dziób, bo cię każę zarznąć i upiec na rożnie jak zwyczajnego koguta. Ignaś już z Bogiem spoczywa, mój małżonek najdroższy!
— Ignasiu, Ignasiu, ty jesteś włóczykij!
— Cicho bądź!!! krzyknęła rozgniewana wdowa i kłębkiem rzuciła w papugę, która przestraszona wskakuje na szafę, krzycząc:
— Dorotko, Dorotko! gniew piękności szkodzi!
Zielony ptak gadając bezmyślnie, powtarzał jednak ciągle historyą szczęśliwego, aczkolwiek bezdzietnego, pożycia małżonków Dulskich. Frazesy te albowiem powtarzały się prawie codzień. Dopóki nieboszczyk Ignacy żył jeszcze, tłumaczył ciągle ukochanej swej połowicy, że nic tak nie szkodzi piękności jak gniew. Trzeba jednak przyznać że nie miał racyi, gdyż godna jego połowica, nawet teraz, pomimo ciężaru wdowieństwa i strapień od tego stanu nieodłącznych, wyglądała doskonale i na twarzy jej kwitły rumieńce zdrowia.
Dziś żywot pani Dulskiej upływał w samotności i ciszy, dni wlokły się powoli jedne za drugiemi, ciągle jednakowo, a podobne były do siebie jak dwie kropelki wody.
Umeblowanie jej apartamentów miało na sobie także starożytny jakiś charakter.
Machoniowa kanapa i krzesła obite były włosienicą — stół zamiast na nogach wspierał się na drewnianych smokach z bronzowemi głowami, lampy były mosiężne — do oleju, a wielkie srebrne lichtarze miały w sobie coś kościelnego.
Pani Dulska zdrzemnęła się nieco na fotelu, wszystkie cztery podbródki opuściła na piersi, ręce wsparła na kolanach, a uśmiech na jej twarzy świadczył o błogości kołyszących ją snów.
W drzwiach sąsiedniego pokoju ukazała się osoba młoda, tchnąca świeżością wiosny, zgrabna i wysmukła.
Żywe jej oczy czarne świeciły jak gwiazdy, na twarzy wykwitały róże, a półotwarte usta podobne były do maliny, (porównanie co prawda z czasów Filona, lecz malujące rzecz z fotograficzną dokładnością).
Jak wiatr zanosi listki daleko od rodzinnego drzewa, tak los przyniósł pannę Kazimierę do starożytnej kamienicy i oddał ją w ręce pani Dulskiej, którą odtąd nazywać mamy ciocią Dulską... Kazia, od lat bardzo młodych sierota, pozostawała poprzednio na opiece innej cioci, mieszkającej na wsi, ale ta inna ciocia przeniosła się do wieczności i trzeba było zmienić miejsce pobytu...
Los młodej osoby nie był do pozazdroszczenia.
Przywykła do swobody na wsi, tutaj dostała się od razu w klauzulę niemal klasztorną: nie mogła ani wyjść, ani oknem wyglądać, ani bawić się, ani czytać, gdyż na nieszczęście ciocia Dulska owdowiawszy, stała się straszną mizantropką i we wszystkich mężczyznach widziała wrogów dybiących na jej majątek, a może i na serce nawet...
— Kaziu, serce moje, mówiła, przebudziwszy się zacna dama, powiedz mi co ty tam robisz?
— Nic, cioteczko, wyglądałam przez okno.
— Ach! duszko, jeżeli w Boga wierzysz, jeżeli kochasz swoją ciotkę, to zmiłuj się, nie czyń tego nigdy, bo zginiesz! Młoda jeszcze jesteś, niedoświadczona i może nie wiadomo ci o tem, że świat jest zawsze światem, a ludzie ludźmi!!!
— I ja tak mniemam, cioteczko — ale cóż ztąd?
— O naiwna! przecież mogą cię z ulicy zobaczyć, a potem uplanować zbrodnię, wpaść w nocy, dom zrabować, ciebie porwać, pieniądze zabrać i... mnie wykraść, dodała ciszej, zaczerwieniwszy się mocno.
— Cóż znowu, droga ciociu, dziś niema rozbójników. Miasto takie spokojne.
— Kto ci powiedział że niema! Każdy mężczyzna, dla tego samego że mężczyzna, już jest zbójcą. Zapewniam cię o tem...
— Co też ciocia mówi? nieboszczyk wujaszek Dulski był łagodny jak baranek.
— Moja Kaziu, niech on tam sobie z Bogiem spoczywa, ale... nie wiem tylko, jak ci to mam powiedzieć!?
— Był bardzo łagodny...
— Ten baranek! nie wymawiam mu, ale miał on także swoje wady — nieładne nawet.
— No proszę, anibym się tego domyślała.
— Moja kochana, jako siostrzenicy mogę ci wszystko powiedzieć. Niby to był on poczciwy i dobry — ale w preferansa grywać lubił, fajeczkę ciągnął no — i gdyby nie moja energia, to kto wie, coby jeszcze wyrabiał?!
— Jednak, droga ciociu, niepodobna żyć tak samotnie, bez powietrza i ludzi. Takie życie to śmierć.
— Grzeszna, niewdzięczna dziewczyno! uderz że się w piersi i nie bluźnij! Nazywasz śmiercią, że ci tu ciepło i że masz co jeść!! Śmierć-to, żem ci obiecała zapisać tę kamienicę, w której żyję samotna. To powiadasz jest śmierć, śmierć? O czasy o obyczaje!..
Kazia nic nie odrzekła, pocałowała tylko ciotkę w rękę, i zapłakana wyszła do swego pokoju.
Usiadła przy oknie, otworzyła szkatułkę i wydobywszy z niej mały fotograficzny portrecik, wpatrywała się w niego tym wzrokiem, co to powiada wszystko, kocha, tęskni; zachwyca się temi oczami, które potrafią w sobie wszystkie promienie jasnej duszy w jednem ognisku zestrzelić...
Kazia obejmowała portret wzrokiem, pieściła spojrzeniem i oblewała łzami, usta jej poruszały się jakby szepcząc słowa miłości, biała ręka przyciskała machinalnie serce.
Tymczasem ciocia Dulska, ciekawa podwójnie (bo i jako kobieta i jako ciotka), podniosła się zwolna z fotelu i cichutko przesunęła się ku drzwiom, za któremi skryła się jej siostrzenica...
— Co ta waryatka robi? co ona tam robi? szeptała — tegoby mi jeszcze brakowało, żeby tu w moim domu!.. Och! święty Antoni ratuj nas!
Otworzyła leciuchno drzwi i stanęła tuż za plecami Kazi, a w miarę jak na twarzy dziewczyny widać było grę uczuć i miłość dla ukochanego, na obliczu pani Dulskiej malowała się zgroza.
Twarz ciotki mieniła barwy jak kameleon, z różowej przechodziła w szkarłat, w purpurę, w pons, wreszcie w granat...
A Kazia nie widziała nic, oprócz owego portretu, nie widziała, że po za nią stoi ktoś, co już wszystko odgadł, wszystkiego się domyślił...
Biedna dziewczyna!
Zbliżyła usta swe do chłodnego papieru i wycisnęła na nim pocałunek...
Tego nadto już było dla ciotki. Krzyknęła — Jezus Marya! i upadła zemdlona.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.