Staśko z Diderotem czyli flaki z olejem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Staśko z Diderotem czyli flaki z olejem
Pochodzenie Dziewice Konsystorskie
Wydawca Księgarnia Robotnicza
Data wydania 1929
Drukarz Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Staśko z Diderotem, czyli flaki z olejem

Nareszcie wyruszyły klerykalne pisma i pisemka z polemiką. Pokazało każde co umie: jakie pismo, taka i polemika. Więc krakowski Głos Narodu wysmażył artykulik p. t. Jędrek-mędrek zielono-balonikowy:

...Jeden tylko ze współczesnych polskich pisarzy został przez część prasy nazwany mędrcem (skarży się Głos Narodu). Nie Rostworowski, który... nie Berent, który... nie Staff, który... ale właśnie, on, Boy, tłumacz francuskich Diderotów...
„I za co! (lamentuje dalej Głos Narodu). Boy-Żeleński nie ma warunków do tej swojej nowej roli... To, co napisał dotąd oryginalnego, było wodą; nic dziwnego, że „tomy Boya“ urosły do cyfry setki... Ani więc głęboki, ani poważny
pisarz; i taki człowiek został nazwany „Mędrcem“. Drugi Staśko, tylko Staśko obznajmiony z Diderotem w oryginale“.

Tak biada Głos Narodu. A ja też mam ochotę pobiadać, mianowicie nad strasznym poziomem tej „polemiki“. Czy to pisane przez matołków czy dla matołków? Dlaczego w naszych klerykalnych pisemkach stale mówią o rzeczach literackich analfabeci? Ten „Boy, nazwany przez część prasy mędrcem“! Tych sto tomów (!) mojej oryginalnej wody; ten Staśko z Diderotem w oryginale! Oto poziom, do jakiego świętoszki sprowadziłyby naszą publicystykę, gdybyśmy im pozwolili rządzić się w Polsce jak na swoim folwarku.
A poziom argumentów! Polak-Katolik odpowiada na moje uwagi tryumfalną statystyką rozwodów, stwierdzając, że u protestantów jest ich więcej, niż u katolików. Zważywszy, że w kościele katolickim rozwód nie istnieje, a u protestantów istnieje, zestawienie to jest czemś w tym rodzaju, co gdyby ktoś przeprowadził statystykę porównawczą bigamji u nas a w dawnej Turcji i tryumfował, że u nas była rzadsza. Nie mówiąc o tem, że większość owych rozwodów protestanckich — niemal wszystkie — to są właśnie rozwody katolików, zmuszonych do zmiany religji.
Ale czego żądać od Polaka-Katolika, kiedy sam ksiądz Kozubski w cyrkularzu Katolickiej Agencji Prasowej nielepszemi walczy argumentami... Uregulowanie prawa małżeńskiego w duchu europejskim grozi, jego zdaniem, „ruiną społeczeństwa“... Ksiądz Kozubski jest profesorem uniwersytetu, a mówi do nas jak do dzieci. Księże profesorze, ja też byłem przez 24 godzin profesorem uniwersytetu: nie zlęknę się. „Ne zdurisz aptekara szajdewasserom“, powiada stare ukraińskie przysłowie. Ruina społeczeństwa! W takim razie społeczeństwa Anglji, Niemiec, Szwajcarji, etc., etc., musiałyby dawno być ruiną. Tymczasem prosperują wcale dobrze, a nawet, o dziwo, cnoty rodzinne stoją tam dość wysoko. Lepiej nie tykajmy tych kwestyj, bo jaki mason gotówby szepnąć, że podczas tych paru wieków, przez które kraje protestanckie rosły w potęgę i rozwijały się na wszystkich polach, kraje najprawowierniej katolickie jak Polska, Hiszpanja, doszły do ostatecznego upadku. To drażliwy temat, księże profesorze...
No a Poznańskie, wasze ukochane Poznańskie? Czy i to jest „ruina społeczeństwa“?
Z argumentami zatem jest słabo. Nic dziwnego. Sfery duchowne nie przywykły do argumentów; przywykły działać w ciemnościach i pocichu; przywykły u nas do tego, że im nikt nie patrzy na ręce i nie przyciska ich do muru. Cześć i milczenie!
Ale, kiedy się przerwało to milczenie, nie da się już ust zamknąć. Listy, rewelacje jakie otrzymuję, to jeden krzyk ludzkiej niedoli, na której żerują ci, którzy z urzędu swojego powinni goić rany ludzkości. Oto naprzykład ustęp z listu, podpisanego imieniem i nazwiskiem; pisze go kobieta, która, jako młodziutka dziewczyna, wyszedłszy za człowieka niegodnego jej uczuć, postanowiła się z nim rozejść. Znów ten klasyczny konsystorski proceder:

„Nie chcąc zmieniać religji, zwróciłam się do adwokata konsystorza katolickiego (tu nazwisko znanego adwokata), który oświadczył mi, że choć podane przezemnie przyczyny są „wyjątkowe“, jednak na tych zasadach unieważnienia w kościele katolickim nie uzyskam. Jeżeli więc chcę pozostać wierną wierze „ojców moich“, to muszę ukryć dziecko, przekupić lekarza i udać dziewicę, a ręczy za skutek!“

Młoda kobieta wychodzi od adwokata — tak samo jak tamta wprzódy cytowana przezemnie — oburzona, zmienia religję i przeprowadza rozwód. Z czasem wychodzi powtórnie za mąż. Drugi mąż, korzystając z jej niedoświadczenia i niedość chronionej prawem pozycji, wyzuwa ją z majątku, przeprowadza w sekrecie w konsystorzu katolickim unieważnienie małżeństwa (przyczem konsystorz nie zawiadomił jej ani o sprawie, ani o wyroku), poczem żeni się z inną, ograbiwszy tamtą ze wszystkiego, nawet z mieszkania. I nie ma wobec niej żadnych obowiązków: małżeństwo jego jest, wedle Kościoła, niebyłe.

„Na skargę moją, skierowaną do Konsystorza Katolickiego, odpowiedziano osobie z mojej rodziny, że unieważniono małżeństwo na podstawie bulli papieskiej „Ne temere“,
upoważniającej do rozwiązywania związków mieszanych, których ślub nie był powtórzony w kościele katolickim.
A nie zawiadomiono mnie za karę, żem religję zmieniła“.

Czyta się to jak bajkę! To są istne dziwy, aby w praworządnym kraju można było kogoś oszukać i ograbić na podstawie — bulli papieskiej! Obecnie żona ta zaskarżyła męża o oszustwo przy zawieraniu małżeństwa (410 art. K. K.) i o bigamję (412 art. K. K.). Ładne historje. Oto, jaki chaos prawny stwarza istnienie tego państwa w państwie, w zakresie spraw, które są wszak nietylko sakramentem ale i kontraktem. I ksiądz Kozubski twierdzi, że uregulowanie tych dzikich stosunków byłoby „ruiną społeczeństwa“! Świetny żart, księże profesorze.
Drugi wypadek, o którym donoszą mi w liście:

Przed 30 laty, miody 18-letni chłopiec ożenił się z namowy rodziny z 20-letnią dziewczyną; niebawem rozstał się z nią, wyjechał i nie było go lat trzydzieści. Po trzydziestu latach przysłał do Warszawy swoją nieślubną żonę, aby wraz z tamtą ślubną nie-żoną wspólnemi siłami doszły do unieważnienia małżeństwa i uregulowania
życia czworga ludzi. Ponieważ ci ludzie są biedni, ograniczyli się na serdecznych prośbach podanych na piśmie do Kurji Djecezjalnej. Prośby zostały bez odpowiedzi, a małżonka ślubna została wezwana przez miejscowego duszpasterza i otrzymała polecenie pod groźbą prześladowania kościelnego, to jest odmowy pociech i sakramentów w trakcie życia oraz przy skonaniu, aby zaraz porzuciła człowieka z którym żyje i który usynowił dziecko urodzone z tego związku.
Kobieta była religijna, skutek oczekiwany: atak trucia się, choroba do dziś.
Proboszcz oprócz tego napisał list do władzy człowieka żyjącego na wiarę, że ponieważ pożycie takie daje zły przykład innym, prosi o wyrzucenie tego człowieka z posady...

Przypadkowo, ponieważ władza szczególnie ceniła i szanowała tego człowieka, denuncjacja pozostała bez skutku.
Zestawmy ten wypadek, w którym Kościół istotnie jest „nieprzejednany“ — i więcej niż nieprzejednany — z doskonałem „przejednaniem“ codziennych praktyk konsystorskich, a dojdziemy do smutnych wniosków...
Mam jeszcze i inne fakty, z nader wiarogodnego, niemal urzędowego źródła, ale te już doprawdy zbyt brzydkie są aby je tu przytoczyć.
Na zakończenie coś weselszego. Głos Narodu przejął się bardzo moją groźbą. „Boy (wykrzykuje) — jako założyciel nowego kościółka, nowej sekty! Djabeł ubrał się w ornat“.
Szkoda, że jeszcze nie dodał, że do mszy mi służą Staśko z Diderotem... Oj, głuptasy, głuptasy, jakże łatwo jest na waszem tle wydać się „mędrcem“...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.