Kościelne bigamje

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Kościelne bigamje
Pochodzenie Dziewice Konsystorskie
Wydawca Księgarnia Robotnicza
Data wydania 1929
Drukarz Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Kościelne bigamje

Po każdym moim feljetonie „rozwodowym“ powiadam sobie: „No, to już ostatni! Już za dużo o tym temacie: trzeba przejść do czego innego“.
Ale gdzietam! Nie dadzą mi. Listy, telefony, dokumenty, zachęty do „walki o dobrą sprawę“, fakty rzucające nowy snop światła; — wreszcie wymyślania pociesznych pisemek, bardzo rozweselające i zbawienne dla zdrowia. Wszystko to sprawia, że brnę dalej przez zakamarki tej fabryki zgorszenia, w której psychika średniowiecza pracuje udoskonalonemi metodami.
Listy! Między innemi, bardzo ciekawy list od urzędnika państwowego w byłej dzielnicy pruskiej, wybitnego prawnika. Zaczyna się od komplementu, który dla „dobra sprawy“ z rumieńcem skromności przytaczam:

Uwagi pana na temat „unieważnienia małżeństwa“ są tak wnikliwe i słuszne, że wyrażenie ich autorowi kilku słów szczerego uznania i zarazem podziwu dla — odwagi cywilnej, staje się poprostu potrzebą serca. Dając mu folgę, pozwalam sobie przy tej sposobności dorzucić parę spostrzeżeń.
Oto w sejmie i w prasie narodowo-demokratycznej szermuje się argumentem o wyższości kulturalnej dzielnic zachodnich. Czyby nie było prościej, zanim nastąpi „kleszczowy poród“ prawa małżeńskiego w komisji kodyfikacyjnej, podnieść nieco resztę zacofanych dzielnic na poziom zachodniego ustawodawstwa, obejmującego przepisy o ślubach cywilnych i urzędach stanu cywilnego? Wiemy, że ludność tamtejsza pogodziła się z tem dawno, a jaką jest siła przyzwyczajenia, przytoczę przykład z własnego doświadczenia:
Kiedy, przed kilku laty, przeniesiono mnie tutaj, tutejsze służące (stuprocentowe katoliczki) wyrażały wobec żony poważne wątpliwości, czy nasze małżeństwo, zawarte tylko w kościele (w Krakowie) jest ważne, skoro nie byliśmy w urzędzie stanu cywilnego. Słowem, podejrzewano nas o konkubinat... (Takby było wedle obowiązującego tu prawa). Z czasem, wobec coraz liczniejszego napływu ludzi z Galicji, z podobnemi konkubinatami oswojono się...
List ten jest niezmiernie interesujący. Podwójnie. Raz dlatego, że, jak już zwróciłem na to uwagę, szermierze małżeńskiego monopolu Kościoła, twierdząc, że uregulowanie cywilne tych spraw groziłoby „ruiną społeczeństwa“, przemilczają dyskretnie były zabór pruski, gdzie właśnie ustawodawstwo cywilne w sprawach małżeńskich istnieje. Nie tylko dzielnice te nie trącą „ruiną“, ale są w dodatku podobno najsilniejszą ostoją religji i rodziny.

Ale jest i rzecz druga. Te służące, patrzące podejrzliwie na ślub wyłącznie kościelny, jako na... konkubinat, mogą nie być tak naiwne i śmieszne jakby się zdawało! Mogą istnieć wypadki, w których te służące miałyby zupełną słuszność... Oto przed paru dniami otrzymałem od znanego adwokata warszawskiego zajmującą relację z procesu, który niedawno temu, przez wzgląd na osoby wchodzące w grę, narobił sporo hałasu w Warszawie.
Katolik ożenił się z protestantką. Zgodnie z naszą obowiązującą ustawą, ślub odbył się w kościele obrządku narzeczonej, zatem w świątyni ewangelickiej. Po pewnym czasie, mężowi sprzykrzył się ten związek; cóż tedy robi? Udaje się poprostu do konsystorza katolickiego, który skwapliwie ślub ten unieważnił (bez zgody i bodaj bez wiadomości drugiej strony) i pobłogosławił nowy związek tego samego męża z inną. Pierwszą żonę, po unieważnieniu małżeństwa, mąż zostawił bez żadnego zaopatrzenia, pozbawił ją nawet mieszkania. Kościół, uznając małżeństwo za niebyłe, zwolnił go miłosiernie ze wszystkich obowiązków. Pokrzywdzona żona wytoczyła proces przed sądem; otóż, sąd, wyrokiem swoim skazującym męża na płacenie alimentów, stwierdził, że pierwsze małżeństwo jest legalne i ważne, a tem samem drugie, zawarte prawidłowo z punktu kościelnego i w kościele katolickim, stało się wobec prawa konkubinatem. Gdyby sąd miał odwagę być konsekwentny, wytoczyłby temu mężowi proces o bigamję, księdzu zaś o to, że dał ślub człowiekowi żonatemu; ten ostatni proces byłby z punktu prawnego niewątpliwie bardziej uzasadniony niż proces superintendenta Jastrzębskiego.
Widzimy tedy, że są okoliczności (a jest to wypadek typowy i wcale nie odosobniony), w których katolickie małżeństwo kościelne może być — o zgrozo! — konkubinatem, przynajmniej wobec prawa; a ostatecznie, prawo jest... prawem. Oto, jakie stosunki wytwarza dzika gospodarka małżeńska konsystorzy katolickich, depcąca nietylko prawa państwowe, ale i wszelkie poczucia ludzkie. I nie wiem, doprawdy, czy przyczyniają się do powagi któregokolwiek Kościoła te wędrówki od wyznania do wyznania, przyczem religja i jej zmiana służą nieraz jedynie za narzędzie do oszukania, i ograbienia bezbronnej istoty. Tego rodzaju stosunki czynią pożycie małżeńskie czemś nad wyraz niepewnem; ów rzekomo nierozerwalny związek staje się w istocie nierzetelną spółką, w której jeden ze wspólników może, przy pomocy władzy duchownej, w każdej chwili oszwabić drugiego. Tylko ujednostajnienie cywilne prawa małżeńskiego mogłoby temu zapobiec. Ale to uregulowanie grozi, wedle księdza profesora Kozubskiego, ruiną społeczeństwa! Trudno o wymowniejszy dowód, że Kościół — a raczej konsystorz — w swoim oporze zabrnął w jakiś zaułek, w którym każde słowo i każde pojęcie jest przeciwieństwem tego, co zwykły one oznaczać w języku uczciwych ludzi.
Ale, skoro pp. duchowni lubią formalistykę i djalektykę, mogę i tem służyć. U mnie jest wszystko, jak w sklepie; życzliwi czytelnicy dostarczają mi wszystkiego. Oto co pisze do mnie jeden z najznakomitszych naszych uczonych:

Czcigodny Boyu-mędrcze!
Może ci się przyda pewien pomysł kościelnego rozwiązania sprawy rozwodów i unieważnień małżeństw; pomysł podany przed paroma laty w broszurze pewnego autora, którego nazwiska, niestety, nie pamiętam.
Wśród impedimenta matrimonji, okoliczności uniemożliwiających prawomocność małżeństwa, wyliczają kanony error in persona, pomyłkę w osobie. Komentarze z końca starożytności objaśniają, że jeśli kto naprzykład poślubił jakąś dziewczynę jako wolno urodzoną obywatelkę, a po ślubie pokazało się, że była pochodzenia niewolniczego, Kościół, liczący się z rzymskiem i
greckiem ius conubii, umarzał takie małżeństwo jako nieistniejące z powodu error in persona.
Albo np. w wiekach średnich ktoś prosił przez swatów ojca o rękę młodszej córki i sam czy per procuram brał z nią ślub, potem pokazało się, że ojciec dał mu za żonę córkę starszą, czy wogóle inną niż tę o którą on prosił (tak postąpił już Laban, dając Jakóbowi Lię zamiast Racheli). Na reklamację oszukanego, Kościół unieważniał małżeństwo z powodu error in persona.
Tego rodzaju pomyłki dziś się już nie zdarzają, ale paragraf w Kanonach został. Otóż autor zwraca uwagę na możliwość wyzyskania go dla celów współczesnych.
Według nauki Kościoła, w osobie (persona) ważniejsza jest dusza (za której odkupienie Chrystus poniósł śmierć krzyżową), niż ciało. Error in persona można więc brać jako pomyłkę co do duszy, charakteru osoby. Ktoś poślubia pannę, w przekonaniu, że to osoba pobożna, łagodna i t. p. Po pewnym czasie, przekonywa się, że to bezbożnica, gwałtowna i t. p. Prawodawstwo cywilne uznaje niezgodność charakterów uniemożliwiających współżycie małżeńskie. Obecnie, może Kościół przeprowadzić ten punkt widzenia na podstawie paragrafu o error in persona.
Nie trzeba do tego żadnych soborów. Wystarczy zwykłe wyjaśnienie kurji papieskiej. Przecież w tej drodze ogłoszono przed paru miesiącami, że w rocie przysięgi ślubnej u kobiet opuszcza się „posłuszeństwo małżeńskie“.
Posyłając ci cudze uwagi o error in persona, proszę, byś przy ich ewentualnem uwzględnieniu
nie powoływał się na mnie. Serdeczne pozdrowienia, z wyrazem podziwu i sympatji.

Wyrazy sympatji. Owszem. Zewsząd płyną ku mnie wyrazy sympatji pocichu, a gromy oburzenia padają głośno. Jestem wciąż jak te dziwka, którą się szczypie w udo w gabinecie, a nie poznaje się jej na ulicy.
No i „polemika“. Ach! Och! Abonuję się w Informacji Prasowej Polskiej, więc codzień lub co drugi dzień otrzymuję paczkę obelg, porcję nienawiści wyzianą przez ludzi skupionych pod sztandarem miłości bliźniego. Przywykłem do tego jak do rannego masażu. Radzę wam, abonujcie się w Informacji Prasowej Polskiej. Obiecałem jej reklamę pięć lat temu, dopełniam obietnicy.
Za to listy bywają bardzo pokrzepiające. Niema dla pisarza milszej rzeczy niż ten kontakt z Nieznanem, niż te sygnały dochodzące z mroku, z nowych lądów. Oto, co pisze mi nieznajomy starzec:

„Szanowny Panie!
Odczytałem w Przeglądzie katolickim wymyślanie na pana z powodu jego recenzji dramatu Jadwiga.
Miał pan rację w tem co pisał, lecz Boy mędrzec byłby twórcą nielada, gdyby oprócz sceptycznego mądrowania pisał i mówił wreszcie otwarcie i śmiało, że podłość i głupota współczesnego ustroju polega na patryarchacie.
To, że pan i ja jesteśmy dzieckiem naszych matek, to fakt przyrodzony; ojcostwo — zawsze niepewne.
Kobieta wolna i wolna miłość i maternitet, to jest matryarchat (nazwisko po matce), to zdrowe stosunki społeczne — gdy tymczasem zmiana nazwiska kobiety na przynależność męża, to fałsz i obłuda.
Kobieta od XV wieku, po przez emancypację towarzyską, aż do XIX wieku przez emancypację ekonomiczną, powoli, stopniowo dochodzi w XIX wieku do emancypacji płci, i całą naszą cywilizację, zakłamanie i oszustwa w religji katolickiej rychło djabli wezmą, gdy urodzi się wielka kobieta i kilku dzielnych publicystów sekundować jej będzie w pracy ideałów pangynizmu.
Mam lat 60 z górą i dość doświadczenia na to, że przyczyną rozwodów, trójkątów małżeńskich, zdrad, tragedji, fałszu i t. d. jest to patryarchalne małżeństwo, jakie cywilizacja judeo-chrześcijańska uprawia. I publicysta ośmieszający to wszystko, to mało; dopiero publicysta-twórca, wskazujący nowe horyzonty, to twórca życia nowego.
Piszę w skrócie, bo nie wiem czy ten list Pana dojdzie, lecz powtarzam, że mam żal do publicystów za ich małostkowość i brak silnej twórczej inicjatywy obyczajowo-społecznej.
Kpiną, krytyką i sceptycyzmem masy się nie zdobywa; dopiero nowe myśli, życie nowe — masy mobilizują.
Upaja to tłum, i publicysta nie mający mocy tego nastroju, to snob tylko i polsko-katolicka trąba.
Mogę o tem z panem prowadzić korespondencję, by pana zapłodnić myślą Nową dla wydania jakiegobądź utworu myśli Nowej“.

Tak mówi starzec. A ja odpowiadam w pokorze: „Mocne są jak grom twoje słowa, o starcze, którego oczy witały zieleń wielu wiosen i którego włosy przyprószył śnieg wielu zim. Prowadź ze mną korespondencję, bracie mój, i zapłodnij mnie Nową Myślą, bo sam czuję najlepiej, że, mimo pozorów zuchwalstwa i odwagi, jestem — może nie snobem — ale „polsko-katolicką trąbą“ napewno. I bodaj za to jedno wyrażenie, którem wzbogaciłeś mowę naszą, przyjm, starcze, podziękę od tego, który chciałby zostać uczniem twoim i który zaledwie śmie w twojej obecności podpisać się:

Boy, mędrzec.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.