Mędrzec wśród bogaczy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Mędrzec wśród bogaczy
Pochodzenie Dziewice Konsystorskie
Wydawca Księgarnia Robotnicza
Data wydania 1929
Drukarz Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Mędrzec wśród bogaczy

Mędrzec zbiera ziarno mądrości gdzie się zdarzy. I tak, zdarzyło mi się niedawno być na obiedzie u jednego z wielkich finansistów warszawskich. Ślicznie tam było: kryształy, srebra, dzieła sztuki, służba żółwiowa, zupa stylowa (to jest, przepraszam, odwrotnie: służba stylowa, zupa żółwiowa), trufel na truflu jedzie i truflem pogania, talerze ciepłe, kobiety chłodne, słowem wielki świat aż miło.
Ponieważ było to już po moich pierwszych feljetonach t. zw. „rozwodowych“, sąsiadka zaczęła ze mną rozmowę na ten temat. Przykład sypał się po przykładzie, anegdota po anegdocie, z imionami, z nazwiskami, wszystko arcy-katolickie, wszystko dobrze znane z koła jej rodziny i bliskich. Ale szczególnie został mi w pamięci i ubawił mnie jeden przypadek.
W pewnem małżeństwie rozdzielonem przez wojnę, mąż utkwił dla interesów w Konstantynopolu, utrzymując zresztą korespondencję z żoną. Wśród tego, żona, zakochawszy się w innym, uzyskała jednostronnie, bez wiedzy męża, unieważnienie małżeństwa, z powodu że mąż zaginął. Do stwierdzenia tego może wystarczyć dwukrotne ogłoszenie w pismach, przyczem wybiera się pisma najmniej czytane i druczek najmniejszy. Ale co jest zabawne, że, przez cały czas procesu, żona pisywała serdeczne listy do „zaginionego“ a nie wiedzącego o niczem męża, tak, iż ten dostał od niej list z nagłówkiem: „Kochany Jasiu“ czy „najmilszy Franiu“, prawie tego samego dnia w którym konsystorz podpisywał unieważnienie małżeństwa z „zaginionym“.
I co mnie oburza, to zuchwalstwo klerykalnych świstków w rodzaju Głosu Narodu, które chcą wmówić w naiwnych, że „masony“ atakują Kościół za jego nieprzejednanie. Całkiem przeciwnie, powtarzam, stwierdza się aż nazbyt daleko idącą ustępliwość... Ironizując w artykuliku Boy-egzegeta mój cytat: „Cokolwiek rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie“, pisarek powołuje się na słowa Chrystusa: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza“ i woła patetycznie: „Przypuszczamy, że Boy-mędrzec zna to miejsce z Ewangelji!“ Owszem, znam; i dlatego dziwi mnie, że przy każdym konsystorzu wisi armja zaufanych adwokatów, których fachem, specjalnością jest rozłączać to, co Bóg złączył. Oczywiście nie każdemu. Bo codzienna praktyka, obserwując pilnie te słowa Zbawiciela, dodała do nich maleńkie słówko: „Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozłącza gratis“.
A teraz, dla kontrastu, drugi obraz. Zmiana dekoracji: chata ubogiego rolnika, który bez swojej winy znalazłszy się w fałszywem położeniu i w grzechu, chce z niego wyjść i, pragnąc dać dzieciom uczciwą egzystencję, zwraca się z naiwną ufnością do matkiKościoła. Oto odpis jego podania do Sądu Arcybiskupiego, przesłany mi przez jednego z czytelników:

Do Sądu Arcybiskupiego w...
Skarga powoda N. N. w sprawie przeciwko... o rozwiązanie małżeństwa przez rozwód.
W roku 1912, w rzymsko-katolickim kościele parafjalnym w X., zawarty został związek małżeński pomiędzy mną a pozwaną. W krótkim czasie po ślubie, zauważyłem, że jawnie jestem zdradzany przez żonę, która zaczęła prowadzić życie rozpustne, nawiązując coraz to nowe znajomości z rozmaitemi podejrzanemi osobnikami. W roku 1914, b. władze rosyjskie powołali mnie do czynnej armji wojennej jako zapasowego szeregowca. Wówczas, pozwana, korzystając z mojej nieobecności, nadal uprawiała stale orgję pijacką i rozpustę, żyjąc na zmianę coraz to z kim innym. Taki stan rzeczy trwał do roku 1918. Zaś po powrocie moim z wojny w tymże 1918 roku, zastałem pozwaną w zażyłych lubieżnych stosunkach z nieznanym mi osobnikiem, razem zamieszkałych do dnia dzisiejszego. Żadne perswazje, tak ze strony mojej jak i rodziny jej oraz znajomych, ażeby powróciła do życia legalnego, skutku nie odniosły. Będąc złamany moralnie i duchowo, od roku 1918 rozpocząłem prowadzić życie osobne, a nabywszy własny domek i cokolwiek ziemi, siłą rzeczy zmuszony byłem przyjąć obcą kobietę dla zajęcia się domowem gospodarstwem, gdyż sam od 8 rano do 5 po południu
każdego dnia pracuję w fabryce i przez to nie jestem obecny w domu. Z powodu pożycia ze swą gospodynią pod jednym dachem, zostało zrodzonych troje dzieci, które obecnie w wieku od 3 do 9 lat. Mając obowiązek wychowania tych dzieci i ich uojcowienia, pragnę zatem zaślubić gospodynię swą, a z pierwszą żoną, pozwaną w sprawie niniejszej, otrzymać rozwód przez rozwiązanie małżeństwa z winy pozwanej. Wobec powyższego, upraszam Sąd Arcybiskupi o łaskawe rozwiązanie małżeństwa przez udzielenie rozwodu.
W charakterze świadków proszę wezwać... (tu nazwiska i adresy).

Osoba która przesłała mi kopję tej prośby, pisze mi,
że na nią otrzymano odpowiedź, iż Sąd Arcybiskupi rozwodu nie udzieli, że żona powoda może prowadzić życie rozpustne i że Sądu dzieci powoda nic nie obchodzą. „Taką odpowiedź wydało dwóch kościelnych mędrców: (nazwiska). A zatem dzieci pozostaną benkartami, pośmiewiskiem wsi, rodzice ich żyć będą na wiarę“, pisze z rozżaleniem mój korespondent.
Oczywiście, podanie to było naiwne; każdy odpowie, że na takie podanie Sąd Arcybiskupi nie mógł dać innej odpowiedzi, jak tylko odmowną, ponieważ rozwód nie istnieje. Ale mimowoli nasuwają się porównania i refleksje, że, gdyby chodziło o możnych tego świata, znalazłby się sposób, i dla błahszej przyczyny, i bez przyczyny... Rozwodu niema; oczywiście: „Co Bóg złączył“ etc.; ale znalazłby się kruczek do unieważnienia. Czasem nawet dość dziwny kruczek. Niedawno rozmawiała ze mną pewna zamożna ziemianka i opowiadała mi dzieje swego niedoszłego rozwodu. Ni mniej ni więcej, tylko adwokat konsystorski zaproponował jej, aby się podała za lesbijkę (widać z przywróceniem dziewictwa były trudności), poczem mąż zezna, iż z powodu jej przewrotnych gustów zmuszony był ją opuścić. — Jakże ja mogę o sobie takie rzeczy opowiadać! okrzyknęła się dama. — Przecież to poza konsystorz nie wyjdzie, a księża i tak wiedzą, że to nieprawda; to się często praktykuje, odparł najspokojniej adwokat.
Powiedzą na to: przypuśćmy, że istnieją nadużycia, ludzie są ułomni, ale to nie obciąża w niczem zasady. Cóż, kiedy codzienna praktyka poucza, że nadużycie stało się tu zasadą, systemem, instytucją... Aż mi wstyd, że muszę tyle razy powtarzać jedno i to samo; ale ktoby przeczytał parę numerów klerykalnych pisemek, tenby zrozumiał, dlaczego trzeba powtarzać to samo, wciąż i do skutku. Wciąż, gdy mowa o „nieprzejednaniu“, trzeba się dziwić, że konsystorz wybiera sobie dla swego „nieprzejednania“ wypadki istotnie poważne, i biedaków, dla których to jest klęską życia; że ma rękę stalową dla jednych, aksamitną dla drugich. I ostatecznie musi taki biedak pomyśleć: na co zda się religja, skoro w najcięższych próbach życia nic nie pomoże, i nietylko nie poradzi sama, ale zazdrośnie czuwa, aby władze świeckie nie mogły ulżyć ludzkiej doli. Czyż funkcje religji mają się ograniczać jedynie do grzebania człowieka? Po śmierci i za życia?
Ksiądz profesor Kozubski i inni twierdzą, że to właśnie jest idealnie, że nic się tu reformować nie da i nie trzeba i że wszelka zmiana byłaby „ruiną społeczeństwa“. Ba, więcej: nie wolno się temi rzeczami zajmować, o nich mówić; kto je poruszy, ten jest natychmiast — jak ja — obsypany stekiem obelg. Doprawdy, możnaby przypuszczać, że ci ludzie zupełnie stracili poczucie rzeczywistości! Miałbym ochotę przytoczyć cały list, który od jednego z czytelników otrzymałem, a który kończy się tak:

Śmiem wyrazić zdanie, że obecnie stosunki są nie do wytrzymania; ludzie w tej atmosferze duszą się i szukają powietrza, ale nie w Kościele Katolickim. Doprowadzić to może u nas do „Meksyku“ — tylko oby sprawcy tego nie uważali się w krytycznej chwili za ofiary, jak to się zwykle dzieje; należy ich o tem uprzedzić...

Porzućmy te ponure obrazy; przejrzyjmy dla rozweselenia parę klerykalnych pisemek i ich „polemikę“. Jedno przepowiada mi straszny koniec w sanatorjum dla zboczeńców; w drugiem jakiś głuptas kreśli taki ponury obraz przyszłości Boya:

Obawiać się musi także, że go na progu starości, kiedy mu zbraknie wrodzonej werwy i sarkazmu, a krzypoty wieku sędziwego tamować będą skrzący się wylew natchnienia, że go wtedy opuszczą gęstem dziś zbici wkoło niego kołem i nie szczędzący poklasku Koplery i Stiglitze...
i zostanie Boy sam, biedny lubieżny egotyczny staruszek, ze wspomnieniami dawnych sukcesów, które jakżeż drogo okupił zaparciem się tego wszystkiego, co go wiązać mogło z tradycjami wczesnej młodości!

Mylisz się, głuptasku. Jeżeli dożyjesz, będziesz mnie mógł oglądać w roku 1964, jak owacyjnie przyjmowany, zdrów, czerstwy i uśmiechnięty, będę siedział w loży Teatru Narodowego, w dniu uroczystego trzechsetlecia premjery Świętoszka. I do tej pory, miejmy nadzieję, że dobroduszny polski Orgon strząśnie z siebie dławiącego go Tartufa.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.