Skarga jesiona

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Skarga jesiona
Pochodzenie Zaszumiały pióra
Wydawca Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Zjednoczenia Młodzieży
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
SKARGA JESIONA


Bór, gęsty i ciemny rósł swobodnie. Mijały nad nim stulecia, burze i straszliwe huragany. On stał. Stał zawsze jednakowy, pozornie tylko, bo wewnątrz piastował coraz nowe pokolenia, które z wątłych nasionek, rzucanych w trawy przez wiatr z wierzchołków swych macierzy, rosły w delikatne płonki, w smukłe latorośle, potem w młode drzewa bujne i raźne, wreszcie stawały się starcami o siwej korze mchem pokrytej, o grubych, muskularnych konarach, pełnych sęków i zgarbień.
Drzewa — starcy, wyniosłe ponad poziom tłumnego boru, chroniły go, strzegły gąszcz leśną od sił wrogich ze świata idących.
Szumy tu były różne. Powagi drzewne, rozrosłe matrony i patriarchowie, grzmieli niezmierną potęgą, twórczą mocą bytu, mądrością istnienia, wszechznajomością tajemnic wszechświata. Swą tężyznę duchową wlewali w dusze młodych pokoleń, ale i sami uczyli się bez wytchnienia, zgarniając co raz nowe zakresy i zagadki świato-bytu.
Drzewa nie są jak ludzie, których starość zwycięża, którym ciała okrywają się zmarszczkami, duch zaś tępieje i miast stałego wznoszenia się, opada bezsilny, ciągnąc w grób całą istotę. Drzewa nie podlegają prawom ludzkim i zwierzęcym, one stworzyły sobie prawa własne, samoistne i niezwalczone, prawa mocarzów; ich stwórcą — Bóg, matką — ziemia, chrztem — powietrze!
Drzewa przemożne, łowią do serc swych cały bezmiar myśli i natchnień wirujących w przestrzeni, cały obszar gienjalny wchłaniają w siebie, wsiąka on w nich atomami i rozrasta się w ogrom, napawa wielkością. Bo każdy ogrom składa się z miniaturowych pyłków, każdy gienjusz zawiera w sobie różnorodne cząsteczki złe i dobre, te zaś zlane z sobą, zrównoważone tworzą wszechwiedzę świata, są wyższe ponad małostkowość, patrzą śmiało w tarczę słońca, ono mówi im to, czego już trawy nie usłyszą, choć są również promieniami ozłocone. Poziomki rumienią się pod dotykiem słońca, lecz tylko dlatego, by nadmiernie dojrzeć, opaść z szypułki i zeschnąć, lub by je ludzie zerwali i zjedli.
Drzewa gwarzą ze słońcem i żyją, nawet olbrzymieją. Łagodnie pieszczą się nocami z księżycem, czytają wyroki z gwiazd i z drogi mlecznej. Drzewa czują co mówi przeszłość i czują co przyszłość chowa po za swą zasłoną. Nic dla nich niema tajemnego, nic nieodgadniętego, bo czerpią wiedzę nie z ludzkich umysłów, nie z ich wytworów, lecz z tej przeogromnej nauki, którą sam Bóg rozlał w przestrzeni. Czyli biorą cud z samego źródła cudów, najpotężniejszego, jedynego i niezmiennego.
Niezmiennego, ponieważ nie jest ostatnim wyrazem nauki, lecz jej absolutem.
Nic nie jest skończonem prócz istotności wszechświata i nic równie silnem i nic mądrzejszem.
To nie jest nawet nauka, lecz dogmat, o którym traktuje nauka.
To jest sam Bóg.
Drzewa pijąc z takich oceanów jedynej mądrości, muszą tem samem przenikać duchem swój byt i byt całego świata. Są pełne majestatu niesłychanego, pełne — powagi.
Że zaś posiadają wiedzę bezwzględną, zatem są dobre.
Bo rozum — to dobroć, ale ta dobroć wyższa, nieziemska.
Drzewa są dobre, łagodne, są wyrozumiałe. Nigdy niczemu się nie dziwią.
Nil admirari.
Bo świat składa się z zapytań, które zadaje natura, i z odpowiedzi, które wyławiają z niej wynalazki ludzkie.
Składa się z prawdy, którą ludzie, najczęściej nie rozumiejąc, obracają w fałsz. Składa się z napaści i obrony, z tworzenia i zaników, ze zbrodni, które często poprzedza cnota i z cnót wyrosłych nieraz na podkładzie zbrodni.
Ludzie się łapią na takie abstrakcje, męczą się, gniewają z sobą i dziwią się.
Drzewa poważnie szumią, bez gorączki, bez grzechów zabójczych dla ducha, ponieważ wiedzą wszystko.
Ich spokój bezdenny koi, ich ogrom otuchą napawa, trzeba tylko pojmować duszę drzew, wsłuchać się i rozumieć ich mowę. Niema smutku, aby nie zmalał wśród ciszy i uroku leśnego, nie ostoi się w nim apatja, nie rozwielmożni gorycz, żal najgłębszy pierzchnie wśród ciszy boru. Spokój bezmierny jest hasłem pustoszy leśnych, tajemniczość wieje z ich głębin, nieledwie mistycyzm. Drzewa cicho szemrzące są jak mędrcy, skupieni na wiecu; roztrząsają najistotniejsze cele świata, jego przejawy.
W świątyni, przebywa się zawsze w uroczystym nastroju, bo jest przybytkiem wyobrażenia Boga; w lesie powinno się być w takim samym, nawet w szczerszym, bo to przybytek, świątynia natury, nad nią zaś Bóg.
Świątynie z cegły i kamienia budują ręce ludzkie, obrazy święte także są ich ręką malowane. Ale bór, tę świątynię Natury, tworzy Sam Wszechmocny, to dzieło Jego ducha, Jego gienjuszu.
Las przeczuwa szczęśliwości i tragizmy jakie przeżywa ludzkość. I własne losy drzewa umieją sobie przepowiedzieć.
Oto bór stoi cichy i milczący, śni ogrzany gorącą źrenicą lipcowego słońca. Ale sny zaczynają niepokoić drzewa. Są jakieś niewesołe, drażniące. Czuby dębów, klonów, grabów muskularnych drżą niemile, konary kurczą się w dziwnym bezwładzie. Westchnienie spływa z wierzchołków, korony przebiega złowrogi zew i spada w dół, gdzie mnóstwo młodzieży trwoży się. Młode pokolenie nic jeszcze nie rozumie, więc obawia się, bo czuje niepokój swych ojców i praojców. Jedni z mocarzów boru zarażają drugich niepojętym lękiem! Jesiony rozpostarły swe liście, niby długie palce rąk i trzęsą niemi i szemrzą.
— Co się dzieje s..s.skąd ten s.strrrach.
— Jakieś nieszszszczęście na nas idzie — mruczą sosny.
— Pachną łzzzy, będzie — jakaś rzzzeź — szept przebiega klony.
Długowłose brzozy zaczynają szlochać, rozplatając warkocze jako symbol smutku.
— Szszkoda łez, szszkoda! cicho! szszsza! — huczą dęby.
Ale i same są jak zwarzone, tłoczy je przeczucie.
Usposobienie władców lasu odbija się na jego poddanych i trwoga wewnątrz rośnie.
Noc wonna, księżycowa, odurzająca zapachami lip, nie przynosi ulgi. Drzewa mają sny chorobliwe, nerwy ich i członki nie mają zwykłej rzeźwości. Cudny, różowy świt nie cieszy lasu jak zwykle. Parność rozlewa się w powietrzu, coś tak ociężałego i melancholijnego, jakby niezliczone mnóstwo opjum rozlało się dokoła i wsiąkło w ciała drzew.
— Pół — sen, — pół — rzeczywistość gnębi, nie upaja, umęczenie dziwne pływa wśród boru. Starcy leśni już wiedzą, co to jest, jaki to objaw — odgadują.
Oto: — idzie śmierć.
Idzie straszna, nieubłagana, by mordować drzewa, by zniszczenie siać.
Szum w lesie wzmaga się, rozbrzmiewają modlitewne szepty, niby testamentalne pogwary. Kłonią się z dreszczem przerażenia wichry mocarzów leśnych i gałęźmi gładzą głowy swych dzieci niżej rosnących.
Nie bójcie się młodzi, woła Boża i Jego miłosierdzie.
On nas stworzył i On nad nami panuje.
Ciche łkania przebiegają z brzegu w brzeg boru, który wstrząsa się, jakby podrzucany jakąś niewidzialną potęgą.
Lecz i nadzieja błąka się wśród młodych.
Patrzą z ufnością na wielkość swych patronów, na ich siłę i wyniosłość.
„Nie może być, oni oprą się śmierci, zatracenie nie dla nich, oni zwalczą każdą siłę wrogą, będą stali jak stoją potężni, mocarmi.“
Nadeszło południe.
Słońce paliło niebywałym ogniem, huta gorąca waliła z nieba na ziemię, rozpalała drzewa płomieniem, dusiła ich oddech.
Parność.
Piekielny żar i duch.
Niebo z błękitnego stało się mętne, pył kipiątka słonecznego zasnuł czystość lazuru. Niepokój podwajał swą nieokreśloną grozę, kurczył liście drzew, targał niemi zapamiętale.
Huk odległy, ponury, niby z grobu roztoczył się w przestworzu raz, drugi i trzeci.
Huk głuchy a straszny — niby zwiastun nieszczęścia.
„Zdrowaś Maryja, łaskiś pełna“ — szepnęły drzewa.
Ale inne krzyki zagłuszyły modlitwę.
— Ptaki uciekają! Ptaki nas opuszczają! Klęska nadchodzi! Módlmy się bracia, dzieci i wnuki.
Istotnie całe stada ptaków z wrzaskiem unoszą się ponad świetne korony dębów, ponad ciemnowłose sosny i jasne brzozy, ponad klony bogate w liście, ponad jesiony ulistwione w strusie piórą.
Więc i ptaki, niby obłędem strachu gnane, uchodzą ze swych gniazd, gdzie się lęgły, wychowywały i umierały. Więc i one czują niebezpieczeństwo, grożące ich życiu, przeczuwają śmierć.
Tłumy ptaków, całe roje i gromady wyfruwają z pomiędzy liści i krążąc nieprzytomnie nad drzewami, lecą w poszukiwaniu nowych siedzib.
A huk odległy wzmaga się, zbliża, przeraża.
Już widać na krańcach horyzontu czarną masę chmury, sunie się potwór jej cielska, by zagładę nieść. Tworzą ją cztery słupy, niby tytaniczne kominy. Idzie ciężko, poprzedzona pomrukiem za wziętej wściekłości.
Wysyła naprzód swój oddech.
I oto nagle oderwała się chmurka z jednego komina i rwie naprzód pędem niesłychanym.
Zmąciło się niebo, powietrze, świat cały. Wir szalony runął jak lawina, złapał zda się niebo i ziemię, i szarpał niemi, bódł jedno o drugie.
Trąba powietrzna z rykiem szatanów rzuciła się na bór. Nadeszła śmierć.
Okrutna, bezwzględna.
Las zatrząsł się, zawył z bólu, jęknął żalem żegnając życie i marł posłusznie, bezsilny pod ciosami trąby.
Ona zaś grzmiała, niosąc ruinę.
Padały olbrzymy dębów, kładły się pokotem na braciach swych, waliły się buki stuletnie, szły w niwecz piękne brzozy, konały jesiony, klony, sosny legły jedne na drugich. Gwizd okropny, wrzawa straszliwa, ryk tysiąca istnień mordowanych.
Ginął bór wiekowy, rzeź rozpanoszyła — się.
Orkan miotał się, wyrywał drzewa z korzeniami lub je łamał w połowie jak igły. Szły istnienia leśnych władców i poddanych na ofiarę przemocy.
Szły pod obuchem wichru w grób swego bytu.
Wojna niemiłosierna, to już nie walka, to mord rozpętanej siły, to zbrodnia.
Trąba wpadła huraganem, spełniła nad borem gwałt niebywały, grozą skuwający, przeleciała z trzaskiem, łomotem, z hukiem piorunowym i równie szybko popędziła dalej.
Ucichło. Tylko wiatr pozostał na pobojowisku i rozpłakał się rzewliwie.
Kośba śmierci tu przeszła, tragiczne cmentarzysko.
Dęby mocarne! gdzie wasza stuletnia chwała?
Drzewa, drzewa przemożne! gdzie wasz cudny potężny świat życia?
Leżycie oto martwe, powalone z ciał, ale duch wasz jeszcze kołacze, boleść wasza tragedji pełna.
Stosy gałęzi, pogruchotane konary, wielkie gmachy korzeni wraz z ziemią wyrwanych, sterczą do góry jakby w rozpaczy wołały.
— Boże! za coś nas ukarał!
Wy skarżycie się konając, lecz na dużej przestrzeni położonego pokotem lasu stoi samotny, ocalony, lecz osierocony jesion. Dokoła niego jedna mogiła, pole klęski, szlak śmierci. On został, cudem jakimś nie upadł za braćmi. Ogromny pień jego nie naruszony, korona trochę poszarpana, zdartych moc liści, ale jednak stoi i patrzy z bezkreśną trwogą; spazm goryczy w strząsa jego mięśniami, skarga płynie z serca drzewa.
— Czemu ja żyję, gdy oni już — trupy!
Płaczę nad ich grobem, ja samotnik! bracia moi, na toż ocalałem, by widzieć wasz zgon?
Jesion w żałobie spuścił w dół gałęzie swe, liście chwieją się napół martwe, zmęczone, jakby ostatnie pożegnanie słały poległym.
Duch jesiona słabnie, serce mu drętwieje z żalu, z niewysłowionej rozpaczy nad śmiercią boru, nad swem sieroctwem.
I płacze jesion i jęczy.
— O! nędzna potęgo, o władyki nasze! Siło, siło nasza, coś zawiodła!
O wszechmocna wolo, która tworzysz, by w niwecz obracać swoje twory. Naturo wielka, takaś bezmierna i taka niezgłębiona.
Niedocieczone posiadasz zagadki, jesteś szczera w swych przejawach i czynach. Ale nie zdradzasz myśli ideowych, któremi się kierujesz, tajemniczość jest twoją dewizą rzeczywistą, spowitą w abstrakcji. Pozornie nic nie ukrywasz.
Jednakże, powiedz, dlaczego spełniłaś ten mord? Poco ten bór potężny zmiotłaś z ziemi. Zmagały się moce obie z łona twego poczęte.
Więc jaki cel? gdzie idea?
Naturo, tyś okrutna!
Jesion łkał, ale wszystko milczało, bo konał bór.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.