Strona:Helena Mniszek - Zaszumiały pióra.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nych, tajemniczość wieje z ich głębin, nieledwie mistycyzm. Drzewa cicho szemrzące są jak mędrcy, skupieni na wiecu; roztrząsają najistotniejsze cele świata, jego przejawy.
W świątyni, przebywa się zawsze w uroczystym nastroju, bo jest przybytkiem wyobrażenia Boga; w lesie powinno się być w takim samym, nawet w szczerszym, bo to przybytek, świątynia natury, nad nią zaś Bóg.
Świątynie z cegły i kamienia budują ręce ludzkie, obrazy święte także są ich ręką malowane. Ale bór, tę świątynię Natury, tworzy Sam Wszechmocny, to dzieło Jego ducha, Jego gienjuszu.
Las przeczuwa szczęśliwości i tragizmy jakie przeżywa ludzkość. I własne losy drzewa umieją sobie przepowiedzieć.
Oto bór stoi cichy i milczący, śni ogrzany gorącą źrenicą lipcowego słońca. Ale sny zaczynają niepokoić drzewa. Są jakieś niewesołe, drażniące. Czuby dębów, klonów, grabów muskularnych drżą niemile, konary kurczą się w dziwnym bezwładzie. Westchnienie spływa z wierzchołków, korony przebiega złowrogi zew i spada w dół, gdzie mnóstwo młodzieży trworzy się. Młode pokolenie nic jeszcze nie rozumie, więc obawia się, bo czuje niepokój swych ojców i praojców. Jedni z mocarzów boru zarażają drugich niepojętym lękiem! Jesiony rozpostarły swe liście, niby długie palce rąk i trzęsą niemi i szemrzą.
— Co się dzieje s..s.skąd ten s.strrrach.
— Jakieś nieszszszczęście na nas idzie — mruczą sosny.
— Pachną łzzzy, będzie — jakaś rzzzeź — szept przebiega klony.
Długowłose brzozy zaczynają szlochać, rozplatając warkocze jako symbol smutku.
— Szszkoda łez, szszkoda! cicho! szszsza! — huczą dęby.
Ale i same są jak zwarzone, tłoczy je przeczucie.
Usposobienie władców lasu odbija się na jego poddanych i trwoga wewnątrz rośnie.
Noc wonna, księżycowa, odurzająca zapachami lip, nie przynosi ulgi. Drzewa mają sny chorobliwe, nerwy ich i członki nie mają zwykłej rzeźwości. Cudny, różowy świt nie cieszy lasu jak zwykle. Parność rozlewa się w powietrzu, coś tak ociężałego i melancholijnego, jakby niezliczone mnóstwo opjum rozlało się dokoła i wsiąkło w ciała drzew.