Sieroca dola/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Sieroca dola
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom IV Pierwsze opowiadania
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VIII. NOWY PRZYJACIEL.

Pan Kalasanty Durski, majster krawieckiego kunsztu, mieszkał w okolicach Starego Miasta, gdzie w pewnej kamienicy na dole posiadał sklep z żoną, a na drugiem piętrze warsztat z odpowiednią liczbą chłopców i czeladników. Był to człek starej daty; nosił na grzbiecie surdut z długim stanem, a pod czerwonym nosem wąsy, które skutkiem podgolenia przypominały wycior do cybuchów. Grywał przytem niekiedy na basetli i miłował swoją rodzinę, tudzież krajowe trunki.
Z takim opiekunem szedł Jaś na nowe mieszkanie, a choć droga była niewielka, zjadła im jednak dużo czasu. Na każdej ulicy pan Durski zostawiał Jasia na flizach, a sam „wstępował za interesem.“ Chłopiec dostrzegł, że interesa te zawsze przypadały w cukierni lub bawarji i że musiały iść dobrze, ponieważ pan Kalasanty stawał się coraz rzeźwiejszym.
Nareszcie opiekun i wychowaniec dosięgli „magazynu ubiorów męskich,“ w którym znaleźli chudego i zaspanego chłopca, imieniem Jędruś, i bardzo otyłą damę — samą panią Durską. Wobec damy tej Jaś złożył ukłon, a pan Kalasanty, stanąwszy na rozkraczonych nogach, zawołał:
— A co! szanują nas ludzie!... Oto jest — mówił, wskazując na Jasia — ten chłopak, co nam go dali w opiekę. Tamci go, panie, wzięli, ale że był niewdzięcznik, uparty i kawalerów trochę w zęby poszturgiwał, więc go, panie, oddali do mnie, do Durskiego!... U mnie, panie, czysty dom poprawy... Wszystkich łajdaków mi oddają z całego świata! Cóż ty na to, Franiu?...
Otyła dama bacznie przypatrywała się Jasiowi. Widząc to, pan Kalasanty zadarł mu głowę dogóry, uszczypnął w policzek i mówił dalej podniesionym głosem:
— Powiadam ci, Franiu, że to chłopak z edukacją, tylko trochę łajdak, i dlatego do mnie go oddali... do Durskiego! Ale jak ja mu, panie, przyfastryguję kilka rzemieni pod sprzączkę, to wyrośnie z niego anioł... jak Jędruś!... Daj-no, Franiu, złotówkę, muszę iść do miasta.
— Przecieżeś dopiero wrócił z miasta... — odparła dama niechętnie. — Poszedłbyś lepiej na górę, bo tam stają na łbach...
— A ja poco na górę?... — oburzył się majster. — A od czego ja trzymam Panewkę?... A kto będzie za interesami chodził?... Daj, Franiu, złotówkę!...
Pyzata i jakby nalana twarz damy ożywiła się.
— Patrzcie go śmirusa, on mi tu będzie interesami zawracał!... — krzyknęła dama. — Nie dam nic... siedź w domu!... Nie bój się, nie zbankretują bawarje, jak dziś nie pójdziesz.
— Jakie znów bawarje?... Muszę przejść po dłużnikach, bo mi pieniądze przepadną. Dajże choć dwadzieścia groszy.
Dama, znudzona, wydobyła z kantorka dużą dziesiątkę i doręczyła ją mężowi, który wyszedł ze sklepu, mrucząc:
— Każdy umie brać na kredyt, a za pieniędzmi sam lataj!...
— Jędruś!... — rzekła majstrowa do chudego chłopca — a wyjrzyj-no oknem, gdzie pan poszedł?...
Chłopak stanął przy szybie i, popatrzywszy jakiś czas, parsknął śmiechem.
— Co tam znowu!... — zapytała dama.
— A bo, proszę pani majstrowej, pan majster pokazuje, że mi da kopsa! — odparł chłopak, zatykając rękami usta.
— A gdzie poszedł?
— Jużci, że do dziurki!... Tam teraz przywieźli świeże piwo.
— Śmirus!.. wałkoń!... — lamentowała dama. — Żeby on tak często chodził do kościoła, jak na bawarje, toby go żywcem do nieba wzięli...
Skończywszy te sentencje, ziewnęła, zamyśliła się, a potem zawołała na chłopca:
— Jędrek!...
— Słucham pani majstrowej!...
— A skocz-no po kufelek piwa i rachuj który, bo oni nas zawsze okpiwają.
Gdy chłopiec przyniósł piwo, pani majstrowa wypiła je duszkiem, i zamknąwszy oczy, przesiedziała tak z pół godziny. Potem zaś, zwróciwszy się do Jasia, mówiła zwolna:
— Tak! tak! mój kawalerze... choć masz edukacją, oddali cię do rzemiosła. Ze mną było to samo: mogłam wyjść za urzędnika, a wyszłam za krawca... Siedzę też teraz za kontuarem i świecę ludziom oczami... Tak to, tak!... Jędruś!...
— Słucham pani majstrowej!... — odparł drzemiący chłopak.
— Skocz-no po kufelek piwa!... A który to idzie?...
— Dziewiąty, proszę pani majstrowej.
— Jak to dziewiąty?... liczyłam przecież po szybach, i jeszcze mi jedna została.
— Ale dziewiąty, proszę pani majstrowej!... — twierdził zuchwale chłopak, choć w tej chwili miał bardzo czerwone uszy i ponure wejrzenie.
Do takiego to majstra wszedł Jaś „na poprawę.“ Z początku trzymano go w sklepie, później jeden dzień siedział w sklepie, drugi na górze w warsztacie. Głownem zajęciem jego było chodzenie za. sprawunkami i odnoszenie posyłek. Niekiedy kazano mu przyszywać metalowe guziki do tej części ubrania, którą brzydzili się sankiuloci; niekiedy polecano bawić dzieci, których państwo Durscy mieli dwoje. Że zaś jedno z nich nazywało się Jasiem, naszego więc małego przyjaciela dla odróżnienia nazwano Jaśkiem.
Sierota prędko zniechęcił do siebie całe otoczenie. Według zwyczaju, pan majster, zamiast śniadania, dawał chłopcom po sześć groszy. Chłopcy pieniądze te składali razem i kupowali wódkę i bułki, a ponieważ Jaś nie chciał pić wódki, terminatorzy znienawidzili go „za ambitność.“
Znacznie gorsze było to, że nie lubiła go majstrowa. Wszyscy chłopcy, za obiady i kolacje, całowali ją w rękę; chudy Jędruś robił to częściej nawet niż inni, Jaś — tylko się kłaniał.
— Jaki mi... z pańskiej psiarni!... — mawiała też często majstrowa. — Dlatego, że niby to uczył się po francusku, to mnie już nie może pocałować w rękę... Fąfel!...
Potem zaś, wysapawszy się, wołała:
— Jędrek!
— Słucham pani majstrowej! — odpowiadał chłopak, przecierając oczy.
— Skocz-no po kufelek piwa... A tylko dobrze rachuj, bo oni strasznie oszukują.
U majstra Jaś także nie miał łaski.
— Co on sobie myśli, ten błazen?... — oburzał się nieraz pan Durski. — U niego czelanik pan, ja — pan i wszyscy panowie... Jakby był udzielnym księciem, a nie przybłędą!
I często gromił Jasia, a jak obecnie — Jaśka, któremu znów tytuły: „pan majster“ i „pani majstrowa“ — z trudnością przechodziły przez gardło.
Pan Kalasanty nietylko nie lubił, ale nawet z pewnego rodzaju wzgardą spoglądał na sierotę. Majster miewał ciągłe interesa do miasta, skutkiem czego ciągle trzeba go było szukać. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, wszystkie sprawy, mające na celu podniesienie krajowego przemysłu, koncentrowały się w pobliskiej bawarji, gdzie chłopcy z całą łatwością odnajdywali swego przewodnika i chlebodawcę, zawsze przy tym samym stole i kuflu.
Pewnego dnia, Jaś został wydelegowany do sprowadzenia z bawarji pana Durskiego. Chłopiec poszedł tam i znalazł opiekuna w wesołem towarzystwie ludzi statecznych.
— Oho, patrzcie! — zawołał majster, ujrzawszy go. — To ci, panie, chłopiec!... On ci, panie, nawet po francusku gada, kiedy chce a przecież do mnie oddali go na edukacją!
— Fiu!... fiu!... — zagwizdał jeden z obecnych, który miał minę senatora, a wyglądał na rzeźnika.
— Nie wierzycie?... — spytał majster, usiłując utrzymać się na krzesełku z godnością. — Powiedz zaraz, chłopak, jak się mówi po francusku: piwo, wódka, albo... surdut?...
Gdy zawstydzony Jaś wyrazy te przetłomaczył, majster zapytał zkolei:
— Pocóżeś tu przyszedł?
— Pani prosi pana do sklepu.
— Nie głupim!... — odparł skwaszony nieco pan Kalasanty. — Powiedz, że ja odejść nie mogę, że mam tu interesa... że tu jest jeden kupiec z Petersburga, co robi u mnie obstalunki!...
Obecni buchnęli śmiechem, pan majster zaś rzekł, podając Jasiowi kufel:
— No! masz... napij się, a gadaj, jak ci powiedziałem.
Jaś podziękował za piwo, a pan majster aż skoczył ze zdziwienia.
— Nie pijesz piwa?... — krzyknął. — Hej!... Zośka!... daj-no temu małemu kieliszeczek anyżówki!... Dopiero pozna co to smak...
Jas i za anyżówkę podziękował i prędko wrócił do sklepu, gdzie pani majstrowa z łatwością wybadała go, że jej małżonek pije piwo i że zasłania się jakimś petersburskim kupcem.
Pan Durski, dowiedziawszy się o tem, plunął z gniewu.
— Nic z niego nie będzie! — mruczał. — Nie zna się na piwie i roznosi plotki!...
Wśród zgrai niechętnych, Jaś znalazł przyjaciela, w osobie czeladnika Panewki. Pan Ignacy Panewka był to człeczyna młody, przysadzisty, niezgrabny, z wielką głową, ozdobioną włosami prostemi jak druty, pałkowatym nosem i wypukłemi oczyma. Pracował okrutnie, i on to utrzymywał warsztat Durskiego, a że krajał jak nikt w Warszawie, śpiewali więc o nim chłopcy:

Pan Panewka,
Psia podszewka,
Kraje jak Szabu,
A głupi jak but.

Ponieważ rodziny nie miał (przed dwudziestu kilkoma laty spadł z deszczem około szpitala Dzieciątka Jezus), przywiązał się więc do swego majstra i, pomimo częstych kłótni, siedział u niego od kilku lat. Dzień, w którymby Ignacy na dobre rozdzielił się z Durskim, byłby ostatnim dla warsztatu, sklepu i reputacji znakomitego krawca.
Ten Panewka był osobliwym człowiekiem. Nie miał ani rozumu, ani ukształcenia, lecz jakiś dziwny instynkt, który go popychał do sympatyzowania i naśladowania tych, których uważał za doskonalszych od siebie. Na nieszczęście, ideały owe były mniej niż skromne. Jeden z nich nosił włosy rozpołowione na przodzie i rękawiczki wątrobiastego koloru, i otóż pan Ignacy nie używał odtąd innych rękawiczek i nie czesał inaczej głowy. Ktoś drugi imponował mu siłą i awanturniczym duchem; wnet zatem Panewka zapragnął mu dorównać: porwał się na jakiegoś drągala, został przez niego sromotnie pobity i w dodatku — poszedł do kozy na parę dni.
Ponieważ Durski miał przysłowie „panie“ i mógł wypić odrazu kilkanaście kufli, więc i Panewka mówił „panie“ i przepijał cały zarobek. Usłyszawszy raz, że ktoś tam zjadł dwanaście jaj na twardo, idealista postanowił spróbować tej samej sztuki i dostał zapalenia kiszek, z którego ledwie wylizał się po paru miesiącach.
Na tej nierozwiniętej a gwałtownie wydzierającej się ku lepszemu duszy, sierota zrobił ogromne wrażenie. Panewka znowu zapragnął go naśladować. Ponieważ Jaś był ładny, pan Ignacy zatem całe godziny spędzał przed lustrem, badając, o ile jego pałkowaty nos, szerokie usta i kanciaste policzki czynią go podobnym do miłego chłopczyny?... Jaś nosił włosy krótkie, i wnet Panewka ostrzygł głowę przy samej skórze, uwydatniając tym sposobem wielkie i odstające uszy. Jaś — Durskiego tytułował tylko „panem“ i otóż Ignacy począł mówić „panie“ i „pani“, zamiast jak dotychczas „panie majstrze“ i „pani majstrowo.“ Że jednak reformy te szły mu niezgrabnie, wyśmieli go więc wszyscy, nieboraka, a Jaś od pana Kalasantego dostał za uszy.
„Szukajcie królestwa Bożego,“ — mówi Pan; Ignacy szukał go, lecz nie umiał znaleźć. Czuł on, że jaja na twardo nie zrobiły go doskonalszym, ani ostrzyżenie włosów podobnym do Jasia. Co gorsze, nie wiedział nawet, jakie przymioty chłopca czyniły go tak sympatycznym?
Pewnego razu, gdy byli sami, zapytał sieroty:
— Widziałeś ty kiedy człowieka uczciwego na świecie?... Ale takiego, że nu!...
— Oj! oj! — odparł Jaś potakująco.
— Kto on taki?
— A pan Anzelm i... moja mama... — dodał ciszej.
— Cóż oni takiego zrobili?...
— Oni wszystko dobrze robili!... — odpowiedział chłopiec.
„Wszystko dobrze robili!...“ W tem to i sęk. Panewka też dobrze robił — krawieczyznę; ale o reszcie dobrych czynów nie wiedział. W pierwszej chwili chciał nawet zapytać Jasia: co to znaczy robić dobrze? Ale przyszło mu na myśl, że jest przecie czeladnikiem, a Jaś terminatorem, dał więc spokój. Odtąd jednak coś go trapiło we wnętrzu, i czy się ubierał, czy krajał, czy pił, zawsze myślał: co to znaczy robić dobrze, ale tak dobrze, że to nu!... Był on ziemią, która oczekiwała niebieskiej rosy.
Innym razem słyszał Panewka, jak Jędruś mówił do chłopców:
— Ten podły Jasiek psuje nam interesa! Nie chce nic brać od kundmanów za odnoszenie, a jak co wytarguje na mięsie, to oddaje majstrowej... Lizus!...
Błyskawica oświetliła ciemny umysł Panewki; przeczuł on, że oddawanie pieniędzy majstrowej należeć musi do czynów dobrych.
Ponieważ na drugi dzień przypadała niedziela, więc pan Ignacy (który nie mieszkał u Durskiego), wybrał się z wizytą do Jasia. Zastał go na strychu, gdzie wszyscy terminatorzy sypiali.
Po krótkiej pogadance, która się ciągle urywała, czeladnik nagle zapytał chłopca:
— Dlaczego ty sobie nie bierzesz koszykowego, głupi?... Miałbyś przecie trochę własnych pieniędzy...
— Ja nie chcę kraść! — odparł z oburzeniem sierota.
— Głupi! głupi! — mruczał zmieszany Panewka, usiłując nadrobić miną. — Przecież co utargujesz w jatce, to twoje.
— Co to, to chyba nie! — odpowiedział Jaś. — Jeżeli się potrzeba z czem kryć, to już jest źle.
Ignacy oparł wielką głowę na rękach i po długiem milczeniu zapytał:
— No, a jeśliby kto brał tak guziki, igły, nici, albo kawałek aksamitu — to także źle?...
— Rozumie się! przecież to złodziejstwo.
Czeladnik wyprostował się jak sprężyna; przeszedł się parę razy po strychu i począł mówić:
— Głupstwo!... Jak będziesz brał choćby igły i nici z warsztatu, to ci fuszerka taniej wypadnie, i możesz pójść czasem na Pragę, a czasem do teatru. A jak nie będziesz brał, to i nic nie zarobisz, i jeszcze cię inna czeladź nazwie durniem. Co ci z tego przyjdzie, że majstrowi jakiś tam kawałek podszewczyny, albo kortu zostanie?...
— Będę wiedział o tem, że robię dobrze... Inni niech gadają, co chcą! — odpowiedział Jaś krótko.
Nowa błyskawica olśniła Ignacego. Do tej pory sądził on, że tylko to jest dobre, co ludzie chwalą; teraz poznał, że nad opinję ludzką istnieje wyższy probierz: przekonanie o dobrem. Nie można powiedzieć, aby o probierzu tym nie słyszał nigdy; dziś jednak, pod wpływem przywiązania do sieroty, poczuł i zrozumiał jego wartość.
Odtąd, był to już inny człowiek, a w ciągu następnych paru tygodni pan Durski przekonał się, że mu w warsztacie wychodzi mniej materjału.
Innej niedzieli, pan Kalasanty znowu wyszedł za „interesem,“ a pani Kalasantowa znowu wysłała Jasia, aby poszukał jej męża. Chłopiec udał się do bawarji i przy zwykłym stole zobaczył Panewkę i Durskiego, który zawzięcie dysputował z jakimś nieznanym jegomością.
— Stawiam w zakład dziesięć kufli piwa, że prawda!... — wołał zaperzony majster.
— Trzymam! — odparł z uśmiechem jegomość.
W tej chwili pałające spojrzenie Durskiego padło na Jasia, więc krzyknął:
— On nam powie!... to chłopak z edukacją!... No, powiedz mi zaraz, tylko nie zełżyj, czy do Ameryki można dojechać końmi?...
— Ale gdzież tam! — śmiało odparł Jaś. — Przecież Ameryka leży za oceanem A...
Nie dokończył, bo majster schwycił go za kołnierz i wyrzucił za drzwi, mrucząc:
— On mi tu jeszcze będzie gadał!... Przecież nieraz czytałem o herbacie lądowej; a gdyby Ameryka...
Ale i on nie dokończył, przerwał mu bowiem kipiący z gniewu Panewka:
— Co pan majster będziesz chłopaka wyrzucał za drzwi jak psa?... Co to! czy on pański syn?
I pogroził mu pięścią.
Podchmielony nieco majster otrzeźwiał.
— A ty mi jakiem prawem będziesz wygrażał?... — krzyknął. — A tyś co za jeden?... Skórka na buty!... hę?...
Niewiele już brakowało, żeby się chwycili za krawaty. Szczęściem, rozbrojono ich i odprowadzono nabok rozjuszonego czeladnika, który wciąż wołał:
— Już ja u ciebie, śmirusie, robić dłużej nie będę!... A jak mi chłopca skrzywdzisz kiedy, to cię tak wystębnuję, że z ciebie nawet kotletów nie wykroją!...
Był to dzień fatalny, pan Durski bowiem nietylko przegrał dziesięć kufli piwa, ale jeszcze — miał stracić czeladnika, swoją prawą rękę w warsztacie i handlu! Myśl ta otrzeźwiła go zupełnie, wrócił więc do domu smutny i położył się spać.
W poniedziałek Ignacy od rana nie przyszedł do roboty, majster więc musiał go zastępować na górze, upomniawszy żonę, aby dała mu znać natychmiast, skoro się zjawi Panewka. Nareszcie, tak niecierpliwie oczekiwany czeladnik przybył koło dziesiątej, żądając ukończenia rachunków i dziękując uroczyście za miejsce.
W tej chwili Jędrek poleciał do warsztatu, a pani Durska odezwała się płaczliwym głosem:
— Co też to znowu panu Ignacemu do łba strzeliło?... Rzucać nas, takich przyjaciół, takich... co to żebyś pan z latarnią szukał, nie znajdziesz na całym świecie!
Panewka milczał.
— No, panie Ignac, szoruj pan na górę!... stary kazał na przeprosiny kupić pół kwarty anyżówki, no!...
Ponieważ w tej chwili usłyszano jakiś krzyk w podwórzu, więc majstrowa i czeladnik wyszli do sieni. To Durski wołał z ganku drugiego piętra:
— Ignaś!... Ignaś, psia wiaro!... Kim na górę!... Palniemy sobie po kieliszku...
— Nie chcę!... — odpowiedział tym samym głosem czeladnik, otrząsając się gniewnie.
— Aaa!... Jakiż z ciebie Ignac, mój ty Ignaś! — wołał znowu majster. — No, chodźże do mnie!... Ja już zeszedłem na pierwsze piętro, chociażem majster i mógłbym być twoim ojcem... Chłopcy! a weźcie się do niego...
Po tych słowach, zbiegli ze schodów z wielkim łoskotem dwaj najsilniejsi terminatorzy, a jednocześnie z ganków i okien poczęli wyglądać lokatorowie. Lecz choć chłopcy wzięli go pod oba ramiona, a otyła Durska poczęła z całych sił rękami i głową podpierać mu plecy, uparty Panewka ani drgnął. Dopiero gdy Jaś przybiegł do niego i szepnął słówko, czeladnik zmiękł odrazu i milcząc poszedł do roboty.
Teraz już poznali wszyscy, jak wielką władzę ma nad Ignacym sierota, i — znienawidzili Jasia jeszcze bardziej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.