Sieroca dola/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Sieroca dola
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom IV Pierwsze opowiadania
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IX. FIGIEL POCZCIWEGO JĘDRUSIA.

Po owej awanturze z majstrem, Panewka jeszcze bardziej zbliżył się do Jasia, coraz częściej składał mu wizyty lub zapraszał do siebie. Na jednej z takich wizyt zapytał sieroty:
— Skąd ty wiesz, że Ameryka jest za morzem?
— A z książek — odparł Jaś.
— Książki! — mruknął czeladnik, skrobiąc się w głowę.— Djablo to droga rzecz...
— Niebardzo. Za kilka złotych można mieć wcale porządną...
Panewka zamyślił się, a potem rzekł nagle:
— Żebym ja tak nie pijał piwa, to wiele możnaby mieć książek na rok?
— Eh! — zawołał Jaś — chyba ze sto!
Ignacy złapał się za głowę; następnie zaś, z wielkiem zakłopotaniem, począł mówić:
— Bo to widzisz, jabym tak chciał wiedzieć jedno i drugie, alem... trochę słaby w czytaniu, i w pisaniu nietęgi. Żebym miał przy kim przypomnieć sobie...
Jasiowi zamigotały oczy.
— Ja pana nauczę... wszystkiego nauczę! — krzyknął, chwytając czeladnika za rękę.
I stanął układ. Panewka zarzucił piwo, wyrzekł się teatru, a natomiast począł kupować książki, które dawał Jasiowi. Jaś zato uczył go czytać, pisać, trochę rachunków, a nadewszystko opowiadał mu mnóstwo ciekawych rzeczy.
Odtąd, każdy świąteczny dzień, od rana do nocy, spędzali razem. Lekcje trwały krótko, lecz zato — prawie końca nie było czytaniu. Jaś pełnił obowiązki lektora, a czeladnik słuchał i pożerał wzrokiem chłopca.
Czy Jaś rozumiał swój wpływ na czeladnika i jego niezmierne przywiązanie?... o tem godzi się wątpić. Chłopiec lubił go, lecz bardziej jeszcze książki, których mu dostarczał Ignacy. Czuł on, że między nimi istnieje niezapełniona przepaść, jaka istnieć może między dwoma umysłami: czynnym i biernym, tudzież między dwiema osobami, z których jedna jest tępą, flegmatyczną i szorstką, druga zdolną, ognistą, wrażliwą i dobrze wychowaną. W tym więc czasie, gdy Panewka nie mógł prawie żyć bez Jasia, Jaś obywał się bez niego doskonale, a nawet niekiedy nudził się nim. Istotnie, owe wiekuiste a niezawsze rozsądne pytania, owe wpatrywanie się w oczy, ślepa wiara we wszystko, co wychodziło z ust chłopczyny, mogły zaciężyć nawet wytrawnemu człowiekowi. Bezmierne przywiązanie zawsze nakłada pewien rodzaj pęt na osobę ukochaną, i dlatego łatwo może się sprzykrzyć.
Z rodziną pana Karola stosunki Jasia zerwały się zupełnie. Będąc już w terminie, sierota odwiedził ich kilka razy. Za pierwszym razem pani pogadała z nim w przedpokoju i kazała nakarmić w kuchni. Za drugim razem pan Karol palnął mu długą mówkę, w której radził kochać, szanować i słuchać majstra, i — zarabiać na przychylność kolegów. Za trzecim razem — zamknięto chłopcu drzwi przed nosem. Odtąd ani razu nie poszedł tam i począł uczuwać w sercu niechęć do znakomitego filantropa, którego rady, w oczach Jasia, nie miały sensu. „Słuchać majstra“ — a więc pić piwo i wódkę, pochlebiać i niekiedy kłamać! „Zarabiać na przychylność kolegów?“ — a więc kraść i znowu kłamać!... Rozmyślając nad tem kazaniem, Jaś wzruszył ramionami, choć miał dopiero lat jedenaście.
Wśród takich wypadków minęło lato, jesień, a nawet i Boże Narodzenie. Jaś na kolędę dostał od majstra nową kamizelkę, a od pana Karola następujący liścik, zaadresowany na imię Durskiego:

„Jasia nie proszę na święta, ponieważ prawdopodobnie sam nie będę w domu. Z pieniędzy pozostałych po nieboszczce, a ulokowanych przeze mnie w kasie oszczędności, posyłam rs. 10 na zakupienie rzeczy dla Jasia potrzebnych. Przypominam mu też, aby był dobrym i westchnął niekiedy za duszę matki. Uniżony sługa Karol.“

Pan Kalasanty list ten odczytał głośno, wobec wszystkich terminatorów i czeladników, szczególny kładąc nacisk na wyrazy: „Wielmożny pan Durski“ i „uniżony sługa,“ — a potem dodał od siebie:
— O widzisz!... Masz być dobrym i wzdychać czasem za duszę matki... „Uniżony sługa...“ To jakiś porządny, panie, człowiek z tego Karola!...
Jaś, wysłuchawszy, ścisnął pięści. Czuł on, że pan Anzelm nigdy nie napisałby podobnego listu.
Przez całe święta państwo Durscy hulali jak para aniołów. Po świętach, na Jana Ewangelisty, zamknęli sklep z okazji imienin swego synka, a na Młodzianków otworzyli sklep, lecz, zostawiwszy w nim Jasia i Jędrusia, sami wyszli do miasta. Przypomniała sobie pani Durska, że najprzód, dziś wypadają urodziny stryjecznej siostry jej ciotki po ojcu, a powtóre, że jutro będą musieli oboje siedzieć w domu, ponieważ Panewka chce wyjść za interesami.
Z dwu chłopców, pilnujących sklepu, Jasia już znamy, warto więc poznać i Jędrusia. Jędruś było to poczciwe dziecko, jak mówili państwo majstrowie. Robić wprawdzie nie lubił, ale zato mógł cały dzień — siedzieć i drzemać. Był też niesłychanie przywiązany: za byle co całował majstrowę w rękę, a majstra nigdy z żadnego sekretu nie wydał. Doskonały ten chłopiec posiadał przecież dwie wady: miał tępą głowę do rachunków i nie miał szczęścia do świata.
Jeżeli był posłany z rublem do miasta, a zrobił sprawunek za sześć złotych, wówczas przynosił szesnaście lub osiemnaście groszy reszty. Gdy go pytano: gdzie cztery grosze? — dziwił się, płakał, całował po rękach, twierdząc jednak uparcie, choć łagodnie: że przyniósł reszty rychtyg tyle, ile było trzeba.
— Oto ci dopiero zakuty łeb! — krzyczał wtedy majster, zlekka targając go za uszy.
Niekiedy bywało gorzej, i trafiało się, że jakiś łotr na ulicy wydzierał poczciwemu Jędrusiowi po kilka złotych z ręki, a nawet raz wyrwał mu ktoś nowe spodnie, które odnosił. Wówczas pan majster chciał mu koniecznie „przyfastrygować kilka rzemieni pod sprzączkę,“ lecz broniła go majstrowa.
— Daj spokój! — mówiła tłusta dama — czyż się godzi bić za nieszczęście? To bywają tacy ludzie! Jednemu szydła golą, a drugiemu i brzytwy nie chcą.
Wyznać jednak należy, że poczciwemu Jędrusiowi — szydła goliły zbyt często.
Otóż w dzień Młodzianków, gdy majstrów już od paru godzin nie było w domu, a z gości nikt nie przychodził, poczciwy Jędruś odezwał się do Jasia:
— Przyniósłbyś tam jaką książkę do czytania, bo się okropnie nudzi.
Usłyszawszy to żądanie z ust zawołanego próżniaka, Jaś zdziwił się, lecz mimo to pobiegł na stryszek. Zabawił z dziesięć minut, a wróciwszy, dostrzegł, że poczciwy Jędruś jest ogromnie zmieszany, i że mu drżą ręce. Nie zastanawiając się jednak nad tem głębiej, otworzył książkę i za chwilę utonął w czytaniu.
Tego samego wieczora, pani Durska, odsunąwszy sklepowy kantorek, zapytała męża:
— Czyś ty brał pieniądze, niedołęgo?...
— Nie... albo co?
— To, że nam brakuje kilkanaście rubli, ty pijaku!... — zawołała oburzona dama,
— Jezus! Marja!... — krzyknął zupełnie już trzeźwy pan Durski. — Pewnie nas kto okradł!
— Jużci że okradł, a ja nie wiem nawet, czy dziś czy wczoraj!...
Za szafami rozległ się szelest, na który jednak małżonkowie nie zwrócili uwagi. Po chwili namysłu majster rzekł:
— Nie gadajże nic nikomu... Jak jutro chłopcy będą w warsztacie, zrewiduję ich kuferki. Czy pamiętasz, jakie były pieniądze?
— Był jeden papier dziesięciorublowy... był znowu trzyrublowy sklejony, i tenbym poznała. Także srebrna pięciozłotówka i dwuzłotówka...
— Znajdzie się to! — mówił majster — tylko siedź cicho. Dzięki Bogu jeszcze, że się do grubych pieniędzy nie dobrał!...
W tej chwili uchyliły się pocichuteczku drzwi od strony podwórza, i z poza szaf sklepowych wyśliznął się ostrożnie jakiś cień, skurczony i drżący. Ale majstrowie i tego nie zauważyli.
Około północy, na strychu, podczas gdy wszyscy chłopcy pogrążeni byli w głębokim śnie, ten sam cień przypełzał do pościeli Jasia, począł przysłuchiwać się jego spokojnemu oddechowi, a wreszcie wyszeptał głosem, przypominającym syk węża:
— Jasiu!... Jasiu!...
Szept ten nie rozbudził sieroty, lecz podsunął mu marzenie. I otóż śniło się Jasiowi, że jest w nieznanym sobie ciemnym pokoju, z którego ktoś ukryty w sąsiedniej izbie usiłuje go wywabić, szepcząc:
— Jasiu!... Jasiu!...
Chłopiec znał skądciś ten głos, lecz go się lękał. Zdawało mu się, że osoba, ukryta za drzwiami, musi być przebrana w stare i zleżałe kobiece suknie i że jest straszna. W niepojęty sposób odgadywał wysoki wzrost widziadła, szkaradne rysy i fałszywy uśmiech, i czuł, że mu włosy powstają na głowie; Począł się lękać nietylko tej osoby tajemniczej i złowrogiej, ale tych pustych pokoi i mroku, który je zapełnia... Chciał uciekać, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa... Chciał krzyknąć, lecz głos mu zamarł... A tymczasem drzwi wpół otwarte skrzypnęły zlekka i przez szczelinę, między niemi a futryną, zobaczył wyraźniej stare i zleżałe suknie, fałszywy uśmiech i martwe oczy widma...
Zerwał się z jękiem, i zdawało mu się, że dostrzegł ludzką postać, która zamknęła szybko jego kuferek i ukradkiem, przy ziemi, poczołgała się ku pościeli Jędrka. Widzenie to jednak Jaś policzył na karb snu i znowu padł na twardą poduszkę.
Z rana, gdy chłopcy zasiedli do roboty, poczciwy Jędruś zeszedł do sklepu, a Jaś udał się za sprawunkami do miasta, pan Kalasanty, w towarzystwie jednego z czeladników, zrewidował kuferki na strychu, celem wykrycia wczorajszej kradzieży. Poszukiwania te trwały z godzinę, dobry jednak skutek musiał je uwieńczyć — pan majster bowiem, wydając okrzyki podziwu i klnąc na czem świat stoi, szybko zbiegł do sklepu, aby złożyć raport żonie.
Tu zastał Jasia, który w tej chwili wrócił z miasta. Zobaczywszy go, prawie szalony z gniewu, Durski schwycił chłopca za rękę i wrzasnął:
— A tuś mi, złodzieju!... Zato, żem cię na naukę przyjął, żem cię jak własnego syna pielęgnował, tyś mnie na podziękowanie okradł?... Poczekaj!...
Jaś osłupiał, a zdumiona majstrowa zawołała gniewnie na męża:
— Czyś oszalał, stary?... Co ty wygadujesz?
Majster ochłonął nieco i rzekł:
— Gadam to, że on nas okradł. Ot — patrzaj, co w jego kuferku znalazłem!...
I pokazał żonie sklejony trzyrublowy papierek, tudzież pięcio- i dwuzłotówkę srebrną.
Pani Durska aż usiadła na krześle.
— Chryste elejson! — mruknęła — jaki to teraz świat przewrotny!...
Majster znowu zwrócił się do Jasia i podniesionym głosem zawołał:
— Gadaj!... kiedyś ukradł!... gdzie jeszcze dziesięć rubli?...
Jaś schwycił majstra za rękę i patrząc na niego z wyrazem rozpaczy, zalany łzami, drżący, mówił wśród łkań, któreby zmiękczyły najtwardsze serce:
— Panie!... panie!... co też pan mówi?... Jabym panu wziął pieniądze?... Ja?!...
— Gdzie dziesięć rubli?... — wrzeszczał nieubłagany majster, uderzając go w twarz. — Gadaj!... bo oddam cię na policją!...
Jaś zaniósł się od płaczu i rozdzierającym głosem zawołał:
— Panie!... ja nie wziąłem... jak matkę kocham!...
I załamał ręce.
Na tłustem obliczu pani Durskiej znać było powątpiewanie i litość, ale zaciekły jej małżonek nie miał zwyczaju ulegać podobnym słabościom, a widząc, że nie skutkują ani jego wrzaski, ani bicie, zniżył nagle głos o całą oktawę i już niby spokojnie rzekł:
— Jędrek!... zawołaj stójkowego.
Uczciwy chłopak powoli wyszedł, a Jaś oprzytomniał. Teraz dopiero zrozumiał swoje położenie: posądzono go o kradzież!... W tej chwili stanęły mu w myśli nauki matki, własny jego wstręt do podobnego występku, a wreszcie — widziany przed kilkoma laty obraz grupy ludzi, okutych w łańcuchy i otoczonych przez wojsko. Byli to zbrodniarze, do których obecnie zaliczono jego!...
Coś zamigotało mu w oczach, zaszumiało w głowie... Usłyszał brzęk kajdan i krzyki ulicznych tłumów .. Rzucił się ku drzwiom i wybiegł na ulicę.
— Łapaj!... — zawołano.
Jaś wpadł do przechodniego domu, z niego na drugą ulicę i znikł wśród tłumu przechodzących.
Około południa do sklepu majstra Durskiego zeszło się mnóstwo osób. Byli tam terminatorzy, czeladnicy, sąsiedzi, którym pan Kalasanty, po raz dwudziesty z rzędu, opowiadał o tem, jak go Jaś okradł, jak dziesięciu rubli nie oddał i jak wreszcie uciekł z domu, niewiadomo gdzie.
W tej chwili wszedł nieobecny dotychczas Panewka, stęskniwszy się widać za robotą, a może i za Jasiem.
— Aha!... Jak się masz, panie Ignacy?... Dobrze się popisał twój metr!... — zawołał majster, i znowu ze wszelkiemi szczegółami opowiedział mu o kradzieży, rewizji, o braku dziesięciu rubli i o ucieczce sieroty.
Panewka słuchał go skamieniały. Nagle, potoczywszy wzrokiem po obecnych, pochylił się naprzód. Oczy jego przybrały zielonawo-żółty kolor, a z poza bladych warg ukazały się rzadkie i krzywe zęby.
Zdziwiony majster przerwał opowiadanie, między obecnymi rozległ się szmer, a w tej chwili czeladnik — rzucił się na poczciwego Jędrusia i schwycił go za gardło.
Dobry chłopiec zsiniał, przykląkł i stłumionym głosem (choć go nie pytano) wybełkotał:
— Ja!... ja!...
Zaległa cisza, wśród której słychać było rozmowę na dwa szepty:
— Kiedyś podłożył pieniądze Jasiowi?... — pytał czeladnik.
— Dziś w nocy!... — odpowiedział dobry Jędruś.
— Jakim sposobem ukradłeś?...
— Otworzyłem wytrychem...
— Gdzie reszta?...
— W mojej kamizelce...
Nigdy jeszcze nie widziano tak spokojnego badania i tak szybkiego wyznania. Czeladnik po ostatnich wyrazach Jędrusia poszarpał na nim kamizelkę i z za podszewki wydobył zmiętoszony dziesięciorublowy papierek.
— Czy to ten?... — spytał majstra, rzucając bankocetel na kantorek.
— Jużci, że ten! — odparł nie żartem przelękniony Durski.
— Niechże was Bóg skarze... za to posądzenie... was i dzieci wasze!... — krzyknął Panewka.
Potem, nie patrzeć na nikogo, wyszedł ze sklepu, a za nim chyłkiem powysuwali się obecni, przejęci zgrozą.
W sklepie zostały trzy osoby: państwo Durscy i poczciwy Jędruś. Majster, który nigdy nie odznaczał się zbytkiem rozumu, teraz zgłupiał zupełnie. Przeszedł się parę razy po sklepie, marszcząc brwi i stukając w palce, a wreszcie, stanąwszy przed swoją większą połową, zawołał:
— Wiem, co zrobię!
Pani majstrowej źle jakoś z oczu patrzyło w tej chwili, lecz niezrażony majsterek mówił dalej:
— Oto pójdę ich poszukać i obu sprowadzę do domu: Panewkę i Jaśka... Franiu! daj złotóweczkę...
Panią Durską, gdy usłyszała to, według jej własnego zapewnienia, jakby paraliż tknął. Jak się tedy nie zerwie, jak nie hopnie majsterka — raz z lewej strony, jak nie poprawi drugi raz z prawej — aż się zatoczył niebożę!... Potem nie czekając na złotówkę, ani na dalszy ciąg poprzedzającego, schwycił Jędrusiową czapczynę, która mu zasłaniała tylko wierzch głowy, wypadł do sieni z wielkim impetem, i nie oparł się aż w bawarji, jeneralnej pocieszycielce strapionych. A pani Durska tymczasem biadała:
— Ach, nieszczęśliwa ja sierota!... Ach, pocóżem ja wyszła za tego birbanta!... Ach, nie lepiejże mi było wyjść za urzędnika poczciwego?... Miałabym już do tej pory ze dwanaścioro dzieci, a tak dwoje, i to lichych, krawieckich!... Ach, matko moja, pocóżeś ty mnie niebogę na ten świat wydała?... Jędruś!
— Słucham pani majstrowej — mruknął podły chłopiec, wyłażąc jak wilk z poza szafy.
— A skocz-no mi po kufelek pi...
W tej chwili spojrzenie jej padło na nikczemnego intryganta. Przypomniała sobie jego zbrodnię, straszną klątwę Panewki i, pochwyciwszy z wściekłością nożyczki, rzuciła niemi w przewrotnego wyrostka. Ale chłopiec zręcznie się uchylił, a narzędzie śmierci albo kalectwa, z brzękiem odbiwszy się od ściany, utkwiło ostrzem w podłodze. Majstrowa zaś oparła na kantorku tłuste ręce, na nich głowę i poczęła znowu lamentować:
— Ach, skrzywdziłam sierotę!... Ach, skarze Bóg mnie i moje dzieci!... Czy zwarjował Panewka, żeby tak strasznie przeklinać?...
A tymczasem Jaś biegł, sam nie wiedząc gdzie. Zdawało mu się, że ulice, sanki, ludzie, nawet niebo uciekają przed nim. Dotknięty zarzutem kradzieży, czuł swoją niewinność, a mimo to wstydził się, lękał i rozpaczał. Któż mu uwierzy, choćby przysiągł?... On sam zresztą nie rozumiał, jakim sposobem w jego kufrze znalazły się pieniądze... Gdy nadejdzie noc, gdzie głowę przytuli, czem zaspokoi głód, który go już zaczął trapić?... Do jednej tylko istoty poszedłby on śmiało, nawet takim obarczony zarzutem... Gdyby jej upadł do nóg i powiedział: „Mamo! ja jestem niewinny!...“ — uwierzyłaby mu, a może i ocaliła od kajdan, których złowrogi brzęk nieustannie rozlegał się w jego duszy... Ale matkę przyciska w tej chwili grób; a choć pasuje się z nim, choć radaby biec na ratunek sierocie, nie puszczają jej napół zgniłe deski trumny i ścięty mrozem kopiec ziemi. Bezsilna wówczas, gdy jej syna w imieniu prawa ścigać ma całe społeczeństwo!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.