Sceny sejmowe. Grodno 1793/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Sceny sejmowe. Grodno 1793
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Data wyd. 1875
Druk Drukiem J. I. Kraszewskiego
(Dr. W. Łebiński)
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


W gabinecie Sieversa — w popołudniowéj godzinie nie było nikogo oprócz ambasadora. Ogromne biuro zarzucone papierami pełno kwiatów dokoła, zapuszczone firanki zielone, mrok miły i cisza. Pod domem tylko słychać było kroki przechadzającego się na warcie żołnierza. Na twarzy starego dyplomaty od czasu przybycia jego do Grodna znać było ślady natężenia umysłu, niepokoju i nieustannéj pracy. Zbladł i zestarzał się w téj walce, w ciągłém poskramianiu samego siebie, aby się w roli spokojnego i pewnego utrzymać.... Marszczki wystąpiły na czoło, bladość okryła twarz, oczy połyskiwały wysileniem, to mrużyły się, jakby do snu mimowolnego.
Pisał do córek i zdawał im sprawę z tego ciężkiego zadania, którego się podjął, aby — dogodzić ambicyi, wyjednać coś dla rodziny, zasłynąć na świecie jako prawodawca i dyktować prawa królowi. Próżność głuszyła sumienie. Raz wszedłszy na tę drogę, trzeba było o niém zapomnieć, spełniać rozkazy, choćby wzbudzały obrzydzenie, i walać się w tém błocie. W listach do córek wyborny aktor umiał tyle tylko powiedzieć, ile mu było potrzeba, aby w ich oczach wyrosnąć — lecz, spowiadając się przed sobą, czuł, że brnął głębiéj, niż się z razu spodziewał. Z piórem w ręku siedział nad listem, gdy zapukano. Oficer z przedpokoju oznajmił mu Boskampa.... Sievers kazał go wprowadzić. Factotum ambasadora przychodził z rachunkiem.
Persona gratissima, Boskamp, chociaż trzymany zawsze w progu, choć się do niego mówiło z góry — był ulubieńcem Sieversa.... Nikt lepiéj mu nie służył.
— Cóż mi pan przynosisz? zapytał Sievers.
— Ach! te nieszczęśliwe i nieskończone rachunki, zawołał Boskamp, dobywając plik papierów z bocznéj kieszeni fraka. — Pieniędzy już nie mam, a w. ekscelencya wie, że bez tego u nas nic...
— Jak to, ostatnie pięć tysięcy? spytał Sievers.
— Utonęły w kieszeniach naszych koadjutorów, rzekł Boskamp.
— Spodziewam się, żeś przynajmniéj wstrzymał się z wypłatą tysiąca dukatów marszałkowi konfederacyi litewskiéj, bo ten mi bróździ. Zamiast służyć mnie służy Kossakowskim, a ci spisek knują i przeszkadzają mi, w czém mogą.
— Marszałkowi wypłatę wstrzymałem — rzekł Boskamp.
— Ożarowski? spytał Sievers.
— Wypłacono, marszałkowi Bielińskiemu także... Ten waszą ekscelencyą sporo kosztuje, bo o ile wiem 2200 dukatów wziął przed rozpoczęciem sejmu, ja wydaję po 500 dukatów na kuchnią i utrzymanie domu, a do kieszeni mu nastarczyć nie można, tak się zgrywa.
— Ale, wszyscy się oni zgrywają, odparł Sievers — nie pojmuję gdzie się pieniądze podziewają i toną. Któż wygrany?
— Trochę Miączyński a resztę ci panowie, co wcale do sejmu nie należą i co tu na polowanie przybyli, a to im się znakomicie udaje. Ankwicz i Miączyński odebrali po półtora tysiąca, ale pierwszy z nich już nie ma nic. Wasza ekscelencya nie dostrzega w nim zmiany?
— Jakiéj?
— Jest tak zakochany w jakiéjś ubogiéj dziewczynie, że o wszystkiém zapomina i „negliżuje się“ strasznie. Warto, by mu dać napomnienie.
— A, te kobiety! te kobiety! — rzekł pocierając czoło Sievers, — one tu wprawdzie niewidoczną, ale tak straszną grają rolę... bez nich nicbyśmy podobno nie poradzili sobie. Ankwicz, stary bałamut, to mu przejdzie. Sądzicie, że się żenić myśli?
— Bardzo wątpię, odparł Boskamp — jakkolwiek ubogi jest bardzo dumnym, ma rodzinę... panna prosta szlachcianka i wcale nie z téj sfery towarzystwa. Skończy się to smutnie dla panny, bo Ankwicz jest najniebezpieczniejszym z seduktorów a panna zajęta i niebaczna... Jeden dzień, wiem, spędził z nią sam na sam do późnéj nocy... bo szambelana, w którego domu panna przebywa... liczyć nie można. To zero w peruce.
— Ale szambelanowa!
— A! tę pułkownik Kastaliński woził do jéj mająku, czy ona jego.. bo to rzecz nierozjaśniona.
Zaczęli się śmiać. Sieversa śmiech suchy był i ironiczny.
— Na mieszkania dla posłów, na najęcie dla nich czternastu powozów, na stół i stancye same poszło parę tysięcy. I Boskamp papier położył na stole, na którym Sievers oczy zatrzymał długo.
— Widzę tu na liście, rzekł, starego tego rozbójnika, księcia podskarbiego Adama... a on mi nieustannie dokucza o pieniądze. Wszak wziął swoje 500 dukatów?
— Tak, ale one nigdy dłużéj u niego nie trwaj nad dwadzieścia cztery godziny. Zaprasza gości... gra i nie uspokoi się, aż ostatni grosz przepije i puści w karty — rzekł Boskamp.
Spis posłów, na który zwrócił uwagę Sievers, był dosyć długi, przy każdym z nich stała cyfra od 100 do 200 dukatów wynosząca. Wyjątkowo czynniejsi brali po 500 i 600. To byli honoratiores zgromadzenia!! Sekretarze sejmu otrzymywali po 500, z otoczenia króla, oprócz Kickiego i Ryxa, mało kto nie był na regestrze.
Obok innych niestety — stał i król z pensyą trzech tysięcy czerwonych złotych. To imię na czele było niejako smutną wymówką dla tych, co po niém następowały...
Sievers oczyma badał spis i wzdychał.
— Ale mi waćpan nie mówisz, kogo nareszcie użyjesz do najważniejszéj sprawy... kto przedstawi traktat pruski?
Boskamp chustką otarł pot z czoła, było w istocie gorąco bardzo a i sprawa nie łatwa.
— Masz waćpan człowieka? zapytał Sievers.
— Nikt się podjąć nie chciał — cicho odparł Boskamp. Trzeba widzieć usposobienie. Jest taka ohyda przeciw traktatowi pruskiemu, że ani ja ani p. Buchholz dotąd nie mogliśmy znaleźć nikogo, coby się na to chciał ważyć. Każdy mówi, że życia może być nie pewien...
— Przecież się nic nie stało temu, co traktat pierwszy przedstawił? spytał Sievers.
— A w. ekscel. nie widziszże różnicy! W sejmie się odgrażają wprost, że temu, co traktat z Prusami poda do podpisu... łeb ukręcą.
— Odgróżki próżne! rzekł Sievers spokojnie. Mówiłeś wpan z Józefowiczem?
— Tak — i dawałem mu — 500 dukatów, ale uciekł odemnie.
— A Sztein?..
— On do tego nie zdatny.
— Dziewanowski!
— Nie chce...
Sievers jeszcze imion kilka wymienił, Boskamp ruszał ramionami lub zaręczał, że się nie podejmą.
Spis posłów płatnych leżący na biurku był wyczerpany... Ambasador się chmurzył.
— Ale przecież kogoś znaleźć potrzeba? musimy! Cóż Buchholz...
— Z Buchholzem nikt mówić nie chce. Ukamienowanoby tego, coby doń poszedł i z nim jawne zawiązał stósunki. Nawet ci, co z nim są dobrze, muszą udawać, że go nie znają... Buchholz ofiaruje pieniądze ale wyznaje, że sam nic zrobić nie potrafi...
Przeszedł się Sievers parę razy po pokoju, ręce pod frak założywszy, z głową spuszczoną.
— Mówiłeś waćpan z Podhorskim? — wtrącił nagle.
Boskamp, jakby złapany na uczynku, zarumienił się i żywo rzekł:
— A jakże! mówiłem z nim, i — chociaż odmówił, przyznaję się, że na jednym nim jeszcze pokładam nadzieję. Lecz trzeba, ażebyś w. ekscelen. sam z nim o tém mówił. Zgrał się wczoraj...
— Wszak się nie mylę. Podhorski to ten blady, słuszny, ze zgasłemi oczyma, jakby śpiący mężczyzna, który zdaje się nic nie czuć i nic nie widzieć a zaledwie się poruszać. Zdolności żadnych...
— Najmniejszych, — rzekł Boskamp — zaledwie to, co mu się powie, powtórzyć potrafi.
— Ale to właśnie takiego nam potrzeba... Proszę mi go wyszukać, a Buchholzowi powiedzieć, że opłacić musi sowicie niepopularność swoją, swojego króla i narodu.
— Buchholz powiada, że już za to około 15.000 czerwonych złotych zapłacił — odezwał się Boskamp śmiejąc.
— To jeszcze mało — dodał ambasador — ani się Polakom dziwuję, między nami mówiąc.
Ja dziś nie wyjadę z domu, bo z królem widzieć się nie chcę, jestem z niego nie kontent, zamiast mi pomagać, trzyma się neutralnie, a z tego stanowiska do opozycyi krok tylko... Chcę mu to dać uczuć.
Boskamp zmilczał a potém podszepnął.
— Przez Friezego to będzie najskuteczniejsze... Frieze śmiało mówi wszystko...
— Weź konie moje — zawołał ambasador — nie ma chwili do stracenia, jedź, szukaj Podhorskiego, gdzie chcesz, i przywieź do mnie. Znajdziesz go pewnie, gdzie gra lub hulanka... A proszę cię, pospiesz... bo na jutro krok stanowczy przypada!!
To mówiąc Sievers usiadł do pisania swego listu... gdy adjutant ukazał się we drzwiach i oznajmił Walewskiego, wojewodę sieradzkiego.
Walewski trzymał przeciwko konstytucyi 3 maja należał do Targowicy, był to republikanin obłąkany jak wielu innych... ale mylił się — bona fide; Cesarzowa sama z Petersburga chciała go mieć, marszałkiem sejmowym, lecz gdy się dowiedział o rozbiorze kraju — odmówił wręcz... Zagrożono mu konfiskatą dóbr.
— Bierzcie i dobra i życie... Kiedy ma kraj przepadać, niech wszystko djabli biorą!
Zmuszał go Sievers, prosił, obiecywał, nic nie pomogło. — Walewskiemu, uszanowawszy tę niezłomną jego choć zapóźną uczciwość, dozwolono wyjechać z Grodna. Oddalił się, był i usunął zupełnie. Teraz go sprawa familijna ściągnęła na Litwę a ciekawość do sejmu.
Przychodził zobaczyć Sieversa.
Cała powierzchowność jego oznajmywała Polonusa typu tego, jaki saska u nas wyrobiła epoka... Ogromny, ciężki, beczkowaty, z wąsem długim, w polskim stroju, z ręką za pasem u karabeli wtoczył się zwolna do gabinetu.
Sievers go zimno ale grzecznie powitał...
— Cóż tu pan wojewoda porabia? — spytał.
— Włóczę się — miejsca sobie znaleźć nie mogąc, odparł wzdychając Walewski.
Stali oba... Mimowoli oczy przybyłego padły na ten spis leżący na biurku, około którego stojące cyfry aż nadto były znaczące. Wojewoda się cofnął, czoło mu się zachmurzyło i westchnął...
Sievers dostrzegł i ruchu i jego przyczyny, nie miał powodu taić się zbytecznie, szyderski uśmiech przebiegł jego usta.
— Wiem, panie wojewodo, odezwał się, że na nas i przemoc naszą głośno się skarzycie... Ani Rzewuski, ani wy, ani nawet kanclerz Małachowski, coście byli przyjaciołmi Rosyi, nie szczędzicie nam dziś wyrzutów... Cierpiemy to... Imperatorowa pojmuje waszą boleść, jest wspaniałomyślną.
— Jużciż, odezwał się ponuro wojewoda, choć jęczeć niech nam będzie wolno!!
— Jęczcież na własną winę — dodał Sievers.... Wojewoda spojrzał nań zastygłym wzrokiem.
— A tak — rzekł — któż się do grzechu nie przyzna! Winniśmy!... aleście pracowali dobrze i długo, aby w nas grzech, zgniliznę, choroby, wszystko złe zaszczepić.... Czytaliśmy dzieła tego Fryderyka, którego świat wielkim nazywa... wiemy z nich, że spisek był od wieku na Polskę, aby ją słabą, nikczemną, pogardzoną uczynić.... Truto nas i otruto.
— Panie wojewodo! zawołał prostując się ambasador... to są wyrazy.
— Jesteśmy sami, panie ambasadorze, odpowiedział Walewski, oprócz Boga nikt nas nie słyszy.... Ja kłamać nie umiem i nie mogę, jestem za stary.... Bać się nie boję, to wasza ekscelencya wiesz.
Wyrzucacie nam zepsucie! Uderzcie się w piersi. Któż nas psuł, gorszył, rozpajał i rozłajdaczał, jeśli nie wy? To był system, spisek — zadanie. Poiliście nas, aż upoili....
Westchnął i łzy mu się potoczyły z oczów.
— Padamy ofiarą grzechów naszych! dodał, ale Bóg osądzi sam, czy one się naszemi nazwać mogą, a jeśli jest sprawiedliwość...
Tu mu głosu zabrakło. Zmięszany Sievers ręką dawał znak milczenia, doznał nadzwyczaj przykrego uczucia.
— Płacicie dziś zaprzedanym, ale od dzieciństwa wdrażaliście ich do rozpusty... marnotrawstwa... i przedajności....
Nastąpiło milczenie, niespokojny Sievers się przechadzał z chmurą na czole....
— Pan tu długo myślisz zabawić? zapytał.
— Nie sądzę — odparł Walewski.... Grodno w sobie nic pociągającego nie ma. Spocznę i ruszę daléj....
— Pan jesteś zirytowany, jak widzę — dodał Sievers starając się pohamować wzruszenie, w takim stanie ten widok naszych tergiwersacyi nieprzyjemnieby działał na pana wojewodę.... Jabym mu życzył po przyjacielsku... jak najrychléj ztąd się oddalić.
Wojewoda, który łzy ocierał — rozśmiał się szydersko.
— Radę waszéj ekscelencyi — doskonale rozumiem, rzekł, byćby nawet mogło, że z troskliwości o bezpieczeństwo moje — dodałbyś mi straż honorową aż na Wołyń!...
— Zdaje mi się, że tego nie będzie potrzeba — rzekł ambasador sucho....
— Tak — bo ja jutro wyjadę — odezwał się Walewski.
— A dzisiejszy wieczór gdzie spędzić myślicie? zapytał Sievers. Jabym go prosił do siebie.
— Dziękuję pięknie — rzekł wstając i kłaniając się wojewoda — jestem drogą zmęczony i prawdopodobnie zostanę w gospodzie.... I nie lękajcie się — bym tak gorzkiemi wyrazy przemawiał do ziomków moich. Mam litość nad nimi! Po cóż dolewać żółci do tego kielicha, któryście im zgotowali....
— A! wychyla się tu kielichów czystego wina... do których żółć się nie mięsza — bardzo wiele, odezwał się Sievers nie bez aluzyi złośliwéj, bo wiedział, że pan wojewoda pić lubił.
— Mylicie się — szepnął Walewski — nie ma teraz dla nas kielicha bez téj kropli nie widzialnéj... a ile w nie łez gorzkich pada — to Bóg policzy....
Lecz... po co o tém dłużéj mówić mamy — dodał, gdy ja o czém inném dziś nie umiem i nie mogę. Złożywszy mu moją rewrencyą... (tu się nizko pokłonił) — odchodzę....
Sievers podał mu rękę odprowadzając do drzwi.
— A więc jutro....
— Nieodzownie — powtórzył wojewoda — do domu powrócę... starym kościom odpocząć....
I wytoczył się wojewoda jeszcze wzruszony tą krótką rozmową, która go zburzyła. Sievers chciał siąść do pisania listu do córki — ale mu ręka drzała... i w głowie czuł dziwny zamęt. Tych kilka słów odważnych padło mu w duszę jak kamień w wody jeziora, od którego cała marszczyła się i drzała powierzchnia. Pierwszy raz od dawna uczucie ludzkie jakieś, niby litość jakaś i zgryzota sumienia odezwały się w zastygłym starcu.... Napróżno chciał przed sobą samym uczynić Walewskiego śmiesznym, jego mowę dziwaczną, jego rozumowania bezzasadnemi.... Nie uspokoił się wprzody, aż sobie przypomniał, że dwie było moralności na świecie, które między sobą nie były w żadnym związku — moralność prywatnych ludzi do domowego i powszedniego użycia dla maluczkich i prostaczków i owa druga moralność polityków i dyplomatów, któréj cnotą jedyną — było powodzenie i zwycięztwo, a drogi do tego celu wiodły, bodaj przez manowce i trzęsawice... z tego się nikomu nie zdawało rachunku.
Tém się jeszcze pocieszał Sievers, że opracowywał nową konstytucyą dla Polski i w sumieniu zdawało mu się, że nieszczęście milionów zapłaci swojéj fabryki instytucyami... za które go pokolenia błogosławić będą....
Myślał tak siedząc z swojém piórem nad papierem, gdy zaturkotało.... W chwilę potém wchodził Boskamp — wiodąc z sobą pana szambelana Adama Podhorskiego, posła wołyńskiego.... Przerażająca rzecz, ilu tam było w obu obozach szambelanów in partibus.
Sievers zaledwie się na przywitanie poruszył, wstał markotny, widać było, iż wolałby był sprawę tę — ten żar cudzemi zagrzebać rękami. Oczyma dał znać Boskampowi, aby ustąpił. Konsyliarz coś zamruczał i wysunął się drugiemi drzwiami.
Podhorski stał milczący. Ambasador wciągnął go aż we wgłębienie muru ku oknu.
— Panie szambelanie, rzekł — na pańskim rozumie polegam, że mi oddasz przysługę ostatnią, jakiéj wymagam, dla mnie ważną, bo raz koniec tych nieszczęsnych wrzasków przyspieszy. Wiem, że masz odwagę stoicką.
Podhorski potarł wąsa.
— O co idzie? spytał.
— Nie mówił panu Boskamp?
— Coś natrącił — ale, w rzeczy...
— Najprostsza w świecie czynność, należy traktat pruski przedstawić do podpisu.
Podhorski podniósł oczy.
— W izbie mnie na szablach rozniosą, rzekł — to niepodobieństwo.
— Przecieżbym w. pana nie naraził na to, odparł Sievers, — anibym dopuścił, ażeby obrady tak się tragicznie miały zakończyć. Będziesz waćpan miał wojsko moje w odwodzie.
— Około sali... ale w sali...
— Oficerowie zastąpią arbitrów, których żywéj duszy nie dopuszczę.
— To się na nic nie przyda, poprzysiężono śmierć temu co traktat poda!
— Cóż waćpanu do tego, że te wartogłowy krzywoprzysięzcami zostaną — z uśmiechem mówił Sievers — Między tém, co oni mówią a co ja powiadam, jest ta wielka różnica, iż oni na wiatr rzucają słowa a moje się sprawdzają.
— Ale srom — rzekł Podhorski.
— Srom ich czeka, bo my postawiemy na swojém.
Znowu umilknął Podhorski zdając się namyślać.
Sievers się przybliżył do niego i ujął za guzik sukni.
— Jest to usługa, która nie wchodzi w nasz rachunek, rzekł po cichu — to sprawa Buchholza. Słuszna jest, ażeby te nieprzyjemności, jakie pana szambelana spotkać mogą, opłacił sowicie... Zaręczam za ośmset dukatów[1].
Skłonił się w milczeniu Podhorski.
— Krzyki będą, to nieuchronna rzecz, wrzawa, opór — ale ruchawszych posłów, gdy zechcą bardzo dokazywać, aresztować i wywieźć każę... Bądź pan spokojny... Burzę potrzeba przetrwać umysłem stałym. Zasługa będzie wielka, wyzwolisz nas pan wszystkich z tego piekła sejmowego.
Stał szambelan jakby nie zdecydowany.
— Żadnych wymówek — począł poseł żywo — ja do wpana mam ufność, polegam na nim, proszę go o to... Nie możesz mi odmówić. Będę się starał w inny jeszcze sposób mu to wynagrodzić.
Szambelan się skłonił i zawahał.
— W. ekscelencya każesz napisać projekt wniosku, który mam podać do laski... bo ja...
— To się rozumie, weźmiesz go pan z kancelaryi. Postaramy się o to, aby Józefowicz i inni gorąco go poparli...
A zatém rzecz skończona.
Sievers odetchnął znacząco, z za drzwi wyszedł Boskamp z papierami.
— Pan konsyliarz zapłaci szambelanowi dług mój natychmiast.
— Jedziemy razem do mnie, dołożył Boskamp.
Sievers na palcach liczbę ośm mu pokazał. — Skłonili się i wyszli.
Alea jacta est! rzekł ambasador i po raz piąty siadł do listu.





Przypisy

  1. Cyfra, jak wszystkie i jak wszystko niestety! — historyczna!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.