Sawitri

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Sawitri
Pochodzenie Dzieła poetyckie Tom 5
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż i A. Turkuł)
Miejsce wyd. Lwów – Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tom 5
Pobierz jako: Pobierz Cały tom 5 jako ePub Pobierz Cały tom 5 jako PDF Pobierz Cały tom 5 jako MOBI
Indeks stron


IV
SAWITRI



Król Madras, Aśwapati,
nie miał-ci synów, ni córek,
więc co poranku klękał przed Sawitri
w południe także i wieczór,
i błagał wszechmożne bóstwo,
iżby nie dało mu skonać
bezdzietnie.

Długi tak klękał czas.

Lecz pewnej chwili wiosennej
pani z oczami głębin,
w których goreje niezgłębiona łaska
wieczności,
w ogniach stanęła ofiarnych
siwego starca
i, rękę na siwą położywszy skroń,
rzekła mu: »Idź!
Spełniona będzie twa prośba«.

I Aśwapati, król bajecznej ziemi,
(o której ponoć nie słyszała żadna
z czcigodnych naszych białogłów),
poszedł po czarę złocistą,
słodkiej się napił somy
i, uradowan świętem zwiastowaniem,
jął śpiewać sloki dziękczynne,

w cześć życiotwórczej mocy,
która wraz z życiem przynosi nam szczęście —
w cześć niebolicej Sawitri...

Tak mówi dawna legenda,
na zeschłej korze asoki
spisana ongi przez mędrca,
co, pragnąc duszę swą wydoskonalić,
iżby w ofiarny zmieniła się ogień,
grzeszny, śmiertelny swój zewłok
grzebie co kilka miesięcy
w grób.
Dzisiaj wam, łowcy mgieł,
powtarza ją wasz druh,
który z burzliwych odmętów mórz,
jedną ocalił chęć:
by na samotnej przyzbie swojej cichej
chaty rybackiej
mógł — tak, jak dzisiaj — wsłuchiwać się w szelest
zwarzonych, zczerniałych liści
dzikiego chmielu.

Lepki,
miodem zaprawny,
barwą bursztynu lśniący kłam
nie mieszka na uściech bóstw.
W błękitno-purpurowym kielichu lotosu,
w łodzi,
w której sam stwórca ziemi i bezkreśnych
tęsknot podniebnych
przeniósł swój byt ziarnosypny
ponad przepaścią śmierci,
płynęła po falach mórz
zadowolona Sawitri.
Złoty boskiego kwiecia pył
po złotej rozsiewał się toni.
W lasach nadbrzeżnych drżał liść vanaspati,
z której, w godzinach radości,

nabrzmiałej żądzą upojenia ludzi
szczęściem zamknięcia oczu
przed otchłaniami,
warzą bogowie nieśmiertelną somę.
Z odległych pustyń dolatywał ryk
panter i lwów,
w skłonu przejrzystą przędzę
kryło się śnieżne widmo Himawanu,
a w Madras, w bajecznem mieście,
spełniał się cud:
W rajskim ogrodzie króla
rodził się kwiat lotosu,
na który z wiarą mew,
krążących nad oceanem,
i z utęsknieniem przepiórek,
gdy się zrywają do cieplic,
czekali siwego władcy
poddani
dziewięć tysięcy lat.

Takie jest słowo tej dawnej legendy,
Którą na białym złomie alabastru
Z murów świątyni, zburzonej
przez złe, zawistne duchy,
wyrył był rylcem brązowym
riszi — pustelnik, mówiący:
»Za chwilę zagaśnie dzień!...«
A ja, co chodzę o zmierzchu
po martwem, wyschniętem polu
i, snując tę dziwną dumę o Sawitri,
patrzę, jak giną w mgłach
widne niedawno szczyty,
myślę, iż zapomnienie
to Orionu błysk,
który rozświetlił nam drogę
nocy wczorajszej
i który pozwoli nam przejść

przez mroczne, ślepe, niewiadome gęstwie
nocy, leżącej przed nami.
Tak było:

król Aśwapati, wdzięczny, iż przez serce
przeszły mu radła, kierowane ręką
świętej Dobroci,
że w miejscu perzów i ostów i wszelkich
chwastów żałoby i chyłkiem, nieśmiało
walczącej z sobą niechęci ku losom,
wyrosły nagle bujne, ciężkie zboża —
że niezliczone korce ziarn rozkaże
mleć po swych młynach na chleb dla człowieka
i że mu starczy bogatego ziarna,
aby garściami sypać je gołębiom
i w żłoby koni —
że jego własna dobroć, urodzona
z niespodziewanej uciechy,
jeńce z więziennych wypuściwszy lochów
i barwne flagi zatknąwszy na statkach,
przestała kary znać, natomiast wszędzie
poczęła głosić potrzebę nagrody —
że ku dalekim, krągłym nieboskłonom,
otulającym ziemię, wyciągnąwszy
szczodre ramiona, wiedziała o każdem
gnieździe, uwitem w niedostępnych gąszczach,
na drzew wierzchołkach i w jamach torfowisk,
o każdym zwierzu w cichem legowisku,
o każdym płaczu w kolebce,
o każdem śmierci ostatniem westchnieniu —
i że przez bezmiar swój i przez swą bezdeń
będzie przykładem dla przyszłych pokoleń —
król Aśwapati nazwał córkę swą,
przy dźwięku skrzypiec i fletni i surm,
mianem bogini Sawitri.

W lotosie,
w kwiecie, co w wnętrza swojego purpurze

zamyka wonną tajemnicę blasku
niewinnych oczu dziecięcych
i zwolna, nieznacznie,
od gajów i ogrodów,
od gladioli i brzozy i wiśni
zalatujących uświadomień wzrostu
sennych, dziewiczych dojrzewań,
płynęła po głębiach fal
Sawitri.
W rośne, jutrzniane poranki,
kiedy ostatni, ledwie dosłyszalny,
świtowy podmuch nocy
z złotopromienną przemagał się ciszą,
Stawała w środku przejrzystej,
złotawej powierzchni wód
i, chwiejąc się rytmicznie nad zwierciadłem stropu,
nie mogła stłumić szeptliwego: A!
Jej usta, zróżowione wilgotnym oddechem
twórczej zadumy nad źródłem błękitów
i nad ich ujściem,
rozwierał podziw dla cudu,
którego sama była najwspanialszą,
najcudowniejszą inkarnacyą.
Sawitri, głębia i przejrzystość wód
i pochylone nad niemi gałęzie
świętego drzewa wilwy
i smaragdowozłote oka
niebieskopierśnych pawi,
płynęła w łodzi lotosu
w żarne, słoneczne pragnienia.
W tym dziwnym płynęła kwiecie,
który w południe
zwija swój liść purpurowy,
albowiem wstydzi się powierzyć niebu
swych ogni wewnętrznych,
otulających dar nieba,

świętą i wielką tajnię
płodności...
Pani żywota,
w ofiarnym żądzy mieszkająca ogniu,
kieruje łódź swą ku brzegom
i na spalony zestąpiwszy ląd,
wzywa, by zjawił się ten,
któryby lica jej białość
skrasił czerwienią swych tchów.
Przyzywa głosem milczącym, zamkniętym
w znieruchomionym ócz lazurze,
a tak donośnym,
że wnika w ostępy puszcz.
I wówczas dzikie zrywają się słonie
i pędzą drogą walących się kłód,
strzaskanych dębów i jodeł,
głazów, roztartych na piarg,
i w dżdże przesianych potoków,
które przed chwilą, nim z brzegów spadzistych
runął w ich wiry rozszalały huf,
były jak złoto, lazur i seledyn.
A kiedy poszedł głos ten na doliny,
falami kładło się po krańcach ziemi
wrzące powietrze, rozpłonęły zboża,
kret wypełzywał z swoich komnat ciemnych —
w oślepłych oczach
tęsknotę uczuł do słońca.
Dziewanna, jaskier i rozchodnik
do miedz przylgnęły, trawiąc się w płomiennym
własnego wnętrza poszepcie.
A rozigrane źrenice pastuszków
ścięły się nagle w nieruchome szkliwo
nieznanych dotąd zadziwień
i głos, milczący a donośny,
słały ku strzechom, gdzie okna i drzwi
maiły młode dziewczęta

na przyjście oblubieńca,
którego Agni[1] prowadził i Manmat[2].
 
Ale do zamku króla Aśwapati
Nikt nie przychodził w dziewosłęby.
Wyhodowana ponad brzegiem wód,
po których w kwiecie lotosu
płynęła święta Sawitri
w żarne południe pragnień,
jedyna córka władcy Madras,
nosząca miano bogini —
Sawitri —
niebiańskiej była urody.
Kiedy w jutrznianej kąpiąc się głębinie,
stanęła chwilę drobnemi stopami
na złotym piasku dna
i, przeczekawszy, aż się uspokoją
pierścienie i kręgi —
ruch fal, wywołań dotknięciem jej ramion,
spojrzała w gładkie, błękitne zwierciadło,
nie mogła stłumić okrzyku
z podziwu dla własnych ócz.
W noce miesięczne,
wyszedłszy z lutnią w ręku
na okraj nieskłóconej poszumami ciszy
rozkosznych ogrodów Indry[3],
patrzy, jak lotos
rozchyla swój kwiat purpurowy
z taką potęgą,
o jakiej nie lśniły poranki
ani południa,
chociaż ich omże słoneczne
pijane są tęsknotą...
Źrenicą,

nie daną innym ludziom
w bajecznej ziemi Madras,
w krainie somy,
widziała wówczas ze drżeniem,
jak jej patronka,
wsiadłszy w błękitno-purpurową łódź
rozwiniętego lotosu,
płynęła tonią ściemniałą
w bezkresny, zdało się, mrok.
I wtedy
Do uszu córki króla Aśwapati
palcem pukało liliowym
powiewoskrzydlne echo
śpiewu bogini:
»Płynę w pałace Śmierci,
na bezgranicznem zbudowane morzu,
lecz przejdę bezkarnie pod sklepiskiem
malachitowych mauzoleów,
ominę łuki jej kaplic,
wsparte na słupach z labradoru,
i znów w bezmiernej przeglądnę się fali,
albowiem jestem Sawitri,
albowiem jestem Miłość...«

Wracała w dom swój zadumana
jedyna córka króla Aśwapati...
Zaszli jej drogę młodzieńcy,
którzy, zwabieni jej urokiem,
ciche, miesięczne czaili się noce
pod Indry rozkoszne ogrody,
i tak jej rzekli: »Sawitri!
Niema większego szczęścia,
jak posiąść ciebie na życie...
Ale w twych oczach, będących
oczami nie z tego świata,
zabójczy pali się ogień —
my w duszy mamy lęk Śmierci...«

I na to, przy nieśmiałym,
a przenikliwym dźwięku strun,
odpowie synom książąt i radżów,
słysząca przypływ i odpływ wieczności,
rozmiłowana w lotosie
Sawitri:
»Nie śmierć ja gotuję,
lecz wyzwolenie od śmierci, gdyż kresem
wszystkich walk naszych i tęsknot i żądz
jest nieznająca kresu nieśmiertelność...«

Ta-ci prastara jest pieśń
O liściach dzikiego chmielu,
oplatających przyzbę mojej chaty;
o zżółkłem dzisiaj, w tę porę jesienną,
ustronnem gronie modrzewiów;
o piasku, co się unosi z pod kół
ciężkiego wozu;
o zgasłych płomieniach gwiazd;
o głuchem echu siekiery,
twarde rąbiącej pnie;
o tych wesołych dziewczętach,
czerpiących wodę ze źródła...
Na zblakłych, jedwabnych strzępach
ofiarniczego ornatu,
wyjętych z grobu prawodawcy Manu[4],
spisał ją przed wiekami
Punyasloka,
mędrzec-królewicz,
który w odludnej pustyni
patrzał na wschody zórz.
A ja, com słaby jest cień
wielkiego Cienia —
cień,
którego nawet zachód przedłużyć nie zdołał — —

Tak, ja, com dziś o zmierzchu,
przypominając wam
tę dziwną dumę o Sawitri —
widział na zeschłych, przyleśnych murawach
ognie pastuszków
i kilka przy polnej drodze
z gruba ciosanych brył granitu,
z których ma powstać krzyż,
pragnę jedynie tego,
iżby me stopy śmiertelne
nie zostawiły śladu
na tych samotnych ścieżkach —,
iżby mój wieczór był, jak potok górski,
kamienie walący w przepaść...
Niechaj je wali z hukiem,
gdyż jestem duch, który cierpiał,
albo niech raczej, łamiąc swoje prawa,
każe im zsunąć się w ciszy...
 
A może jestem obłąkany!?...

Król Aśwapati, pan gasnących światów,
które mu zwolna zamierały w duszy,
pozostawiając żużle dawnych uciech,
wielce był zmartwion, że córka
nie ma na czyje ramiona
ślubnego zawiesić wieńca...
»Najlepsze konie« — mówił — »każę wybrać
z wszystkich mych stajen
i bogom setne spalę aswamedy,
jeżeli ujrzę obok twego boku
rycerza,
któryby światłem swych cnót
dorównał bogom jutrznianym, Aswinom.
Sawitri, córko moja« —
tak gędził do niej starzec siwowłosy,
»przy tobie zorza blednie,
tracą swój żar niebiosy!

Bogini, patronka twa,
w wieczne płynące dale,
swą kwietną łódź wstrzymuje,
cisza oprzędza fale
Z podziwu.
Oczy śmiertelnych ślepną,
czar twój odstrasza ludzi —
Sawitri, córko moja,
me serce w łzach się trudzi
nieopisanych.
Złocisty wóz gotowy,
złocista jest uprzęża:
siądź, przejedź kraj mój cały,
godnego wybierz męża,
coby na barki swe wziął troskę
o szczęście wyznawców Bramy.
Niechaj mych pleców starych
Nie gniecie wstydu brzemię,
że zginąć ma bezpotomnie
królewskie moje plemię,
na którem niema skaz...«
Sawitri jasnoczoła
ojcu do kolan pada:
»Nie chcę, by dusza twoja
była ze smutku blada« —
te powiedziała mu słowa.
»We wóz złocisty siędę,
przejadę kraj twój cały,
pożądam wybrać męża,
pełnego cnót i chwały,
iżby ją głosił ghandarwa,
wybrany śpiewak bóstw,
i wszelki inny, choć najlichszy człek,
w mgławe, jesienne wieczory
po ścieżkach błądzący samotnych,
nadsłuchujący, czy z walk,
które się toczą gdzieś

za granicami jego myśli chorej,
nie zmartwychwstanie radośniejszy wiek...«

Jedzie królewski rydwan
przez góry i doliny,
to w słońcu promienieje,
to w mgle się chowa sinej —
toczy się tak stulecia.
Przed każdym zamkiem staje,
w puszczy przed każdą celą,
ludzie się nim radują,
kwiaty się nim weselą,
a na bezmiernych głębiach świętej rzeki,
w kwiecie lotosu
płynie bogini Sawitri.
Poprzez pałace Śmierci,
pod sklepiskami
malachitowych mauzoleów,
mijając słupy z labradoru,
w wieczności płynie dal...
Zaś córka króla Madras,
z dalekiej wróciwszy podróży,
skłoni się przed rodzicem
i powie:
»Wybrałam męża...
Będzie nim Satyawan,
syn króla Dyumatsena,
który, oślepłszy, przez zdradzieckich wrogów
utracił schedę swą
i odtąd w puszczy żyje korzonkami,
a w mego oblubieńca
wpaja z czułością pelikana
umiłowanie prawdy.
Niezłomna jest ma wola,
chociaż swe barki
walkalą odziewa pustelną,
choć bose nogi rani o kamienie

i łatwo żmija ukąsić go może —
choć jest poświęcon Śmierci:
umrze, nim przejdzie rok...«

Posmutniał wielce starzec siwowłosy —
szerokopienny dąb
nad leśną zadumał się płonką,
zapłakał i rzekł:
»Ha!... błogosławię twe losy!
Idź, wierną mu bądź małżonką«.

Pielgrzymie,
co, oderwawszy się od tłumu wiernych,
na oślep mrocznym przebijasz się lasem
ku świętym, podziemnym przybytkom w Ellorze
— głuche cię o nich doszły wieści —
i nie wiesz, jak i kiedy dotrzesz do granicy
obłędnych kroków swych:
Oby twym drogom błogosławił
ktoś, kto cię kochał kiedykolwiek,
a dziś pochowan jest w grobie.

Sawitri poszła w pustynię
do męża Satyawana.

Czarne jagody,
zbierane w cieniu osiwiałych świerków,
na gęstych, granitem podścielonych kępach,
oblegających marzenne jeziora,
były jej karmą biesiadną.
Lecz przyszła chwila,
że i ten skromy owoc leśny
wydał się wargom jej
nazbyt zuchwałem przekroczeniem postu.
Wszelkie najsroższe wypełnia pokuty,
ażeby dla skazańca
wyżebrać odwłokę skonu...

Ciało biczuje prętami
wilgotnych łozin;
wychudłym palcem rozwiera powieki
i z kątów ich wygania leniwy, natrętny,
a dobroczynny zapach snu...
Gdy gardło wyschło z pragnienia,
tak, że się krok jej chwiał za każdym
choćby najmniejszym kamyczkiem,
pod każdą zwiędłą łodygą
goryczkowego ziela,
czy złotogłowiu,
nad zdrojów kryniczną stawała orzeźwą.
I osłabioną nie mogąc już wolą
zapobiedz zwycięstwu
pożądliwości,
dłoń zanurzywszy w wodzie,
kilku kroplami
wyswabadzała uwięziony język,
iżby choć szeptem zawołał: »Bogowie,
okażcie litość nad Satyawanem!«
Lubiła ongi chodzić na przełęcze
murawą pokrytych gór
i granatowe pieścić gencyany,
a teraz, patrząc, jak, nieświadom końca,
zbliża się k’niemu syn ślepca,
wzrok swój od cudnych odwraca już kwiatów.
Nie chce obudzać podejrzenia w duszach
żywotowładnych bóstw,
iż w trosce swej
szuka pociechy w odbiciu bajecznych,
poszukiwaczom rajskich fatamorgan
rzadko widzialnych nieb...
Nieraz, siadując o zmierzchu
pod konarami drzew,
zlewała całą swą istotę
z ich szumem,
czując w nim dawnych czasów przypomnienie,

gdy sama była jednym z nieuchwytnych,
nieodgadnionych współdźwięków Prabytu.
Teraz, gdy oddech zachodniego morza
począł poruszać liściwiem,
uszy drżącemi zatykała dłońmi,
mówiąc: »nie wolno pogrążać mi serca
w tej najwybrańszej rozkoszy,
albowiem celem mych dzisiejszych dni
jest umartwienie, by życiem
mógł się zbawiony rozkoszować mąż...«
Ale inaczej było napisano
w wyroczniach:
Wziął Satyawan siekierę
i szedł w głębinę puszczy
ciąć drzewo.
Za nim Sawitri z smutnemi oczyma. —
Ledwie ukroczyć wydoła: przeczucie
w ciężkie łańcuchy zakuło jej nogi.
Wlokła się za nim, serce niosąc krwawe
w zmęczonych dłoniach, jak urnę,
pełną objaty Śmierci — — —

Stary, pochyły rachmistrz
otworzył cicho drzwi mej izby,
wślizgnął się do niej, jak wąż,
i, za mojemi stanąwszy plecami,
szepce mi w uszy: »chcesz wiedzieć,
na ile godzin i minut i sekund
liczą się jeszcze twe dni?«
Wyciągnął czarną tablicę
i kredy kawałkiem
począł straszliwe kreślić runy.
»Nie!...« wykrzyknąłem. »Nie!...«
Liście dzikiego chmielu
szeleszczą w progu na prętach sosnowych,
po szybach szmer się zsuwa tajemniczy,
szary, ogromny pająk

na lśnistej spuszcza się przędzy
i kroczy wielkimi krokami
po świstkach zżółkłego papieru.
A tam! z tej mgławej, w pochmurnym księżycu
tonącej dali,
pełznie Sawitri śpiew:
»Płynę w pałace Śmierci —
w malachitowe mauzolea,
ku słupom kaplic z labradoru,
ku kopcom zbawców i męczenników,
ku cmentarzyskom, po których
zostały ścieżki dla mrówek« — —

Korę asoki, beztroskiego drzewa,
jął Satyawan rąbać i tej chwili
upadł na łono stroskanej, szepczący:
»Wzrok mi się zamglił, osłabłem«.

I wraz przed córką króla Aśwapati
stanął młodzieniec w płaszczu purpurowym
i zczerwieniałą zatopił źrenicę
w jej przerażeniu.
»Kto ty?« — jęknęła — »i poco w twym ręku
ten powróz?...«
»Imacz-ci jestem dusz« odrzecze, —
»Yama, bóg śmierci: przychodzę
zabrać ci miłość, a zostawić żal«.

Poczęła błagać, lecz nieubłagany
wydobył duszę z ciała jej małżonka
i, skrępowawszy powrozem,
wiódł ją ze sobą w swą włość.
Za nim Sawitri w łzach:
»Zgasł-ci mój żywot« — płacze — »zgasł!
Skończyło się moje szczęście!
O Yamo! Yamo!
Czerwonooki panie śmierci,
wróć-że mi skarb mój, wróć!«

Szła tak tysiące mil,
aże młodzieniec w płaszczu purpurowym,
ulitowawszy się jej trudu,
zawoła: »Sawitri!
Spal krwawe serce, które niesiesz w dłoni,
ofiarę uczyń bogom
i żądaj łaski odemnie:
Przez twoją wierność wszystko ci wypełnię,
nie oddam tylko duszy Satyawana«.
Tak ona powie: »Ojciec jego ślepy;
któż go prowadzić będzie, gdyś mu zabrał
syna, podporę jego lat?
Spraw, iżby przejrzał
i zasiadł znowu, wygnaniec,
na swym królewskim tronie w Salwie«.
»Stań się, jak rzekłaś« — odpowiedział Yama
i uszedł tysiące mil.

Za nim Sawitri w łzach:
»Nie strudzą się kroki me,
pójdę za mężem w twój ślad;
szlachetny był i dobry,
kres mój u jego kresu...«
»Wróć się, Sawitri« — rzekł Yama;
»twój kres daleki-ć jest; nim dojdziesz
do brzegu mych Oceanów,
sto gwiazd się spali w swych ogniach —
Jak zwiędły oset lub pomięty
stopami szarugi zimokwit,
schnie twoje ciało od nadmiernych pokut.
Ale mnie zmaga twa wierność
i twoja dobroć: Mówże, czego pragniesz;
ze środka ziemi skarby ci wykopię
i dam, dam wszystko, prócz życia
Satyawana«.
»Stracona jestem dla rodzica« —
powie Sawitri — »niechże-ć ojcu memu,

królowi ziemi, stu wyrośnie synów,
aby nie zginął ród«.
»Nie może zginąć plemię« — odrzekł Yama,
»jeśli z pnia jego wyrosła latorośl,
tak umiejąca cierpieć.
Król Aśwapati
stu synów będzie miał«.
I silniej jeszcze skrępował powrozem
duszę zmarłego
i biegł tysiące mil.

Za nim Sawitri w łzach.

Szli traktem wielkich kopców,
sypanych ręką wdzięczności
dla zbawców i męczenników.
Polami bitew szli, gdzie ongi
inkrustowane złotem zbroje
zdzierała chciwość z poległych.
Cmentarzyskami szli, po których
zostały ścieżki dla mrówek.
W łupinie orzechu
płynęli morzem, co tysiąc
śmiałych pożarło żeglarzy,
poszukiwaczy nowych lądów
i przewoźników kosztownych kamieni.
Wreszcie dotarli do bram
snać nieprzebytej puszczy.
»Wróć się, Sawitri«, tak ją błagał bóg,
co za pogrzebnym idąc wozem,
bierze pod rękę towarzyszkę, Żałość.
»Wróć się, nie przejdzie tą gęstwią
śmiertelna stopa twa«.
»Przeto pozostaw tu me ciało« — powie —,
»a duszę na arkan swój weź
i powiedź razem z duszą Satyawana,
albo mi oddaj żywe jego serce!«

»Niewiasto dobra i szlachetna,
kwitnąca kwiatem poświęcenia!
Nie mogę-ć tego uczynić,
lecz żądaj innej nagrody,
a usta ku tobie nachylę
i szepnę ci: masz ją!«
Tak rzecze ten dziwny młodzieniec,
okrajem jesiennych rozłogów
chodzący o zachodzie
w swym purpurowym płaszczu...

A ona: »Ostatnia ma prośba:
Jeślim jest dobra i szlachetna,
kwitnąca kwiatem poświęcenia,
dlaczego zginąć ma we mnie
to, co wyzwoli świat?
Spraw, iżbym miała stu synów,
ojców pokoleń stu,
które rozrosną się w ogród
cnót...«
»Stu synów będziesz mieć; wyruszą w bój
przeciwko Writrze, wrogowi
świętego pana stu ofiar,
Indry, co wrogiem
występku jest i grzechu...
Chciwość, władczyni pobojowisk,
nie zedrze z poległych
— albowiem żyć będą wiecznie —
inkrustowanych złotem zbroic«.
Tak-ci jej szumi Yama
szumem, płynącym od puszczy.
Wraz ona mu zawtórzy:
»Jakżeż ja mogę mieć stu synów,
nie popełniwszy występku i grzechu?
Uwolnij duszę Satyawana,
bo on-ci jedyny
posiada prawo być ojcem rycerzy...«


Zawstydził się Yama,
ale i rozradował,
iże go zmogła niewiasta.
Uwolnił duszę Satyawana
i wiódł ich gęstwiną,
która za każdym ich krokiem
w rozkoszny zmieniała się Raj...

W tym samym czasie
patronka tej, co zmartwychwstanie
dała synowi Dyumatseny,
panującego w żywookiej chwale
na tronie Salwy —
Pani, w ofiarnych mieszkająca ogniach,
którą czcił król Aśwapati,
ojciec stu mężnych synów, —
Sawitri —
płynęła w kwiecie lotosu
po niezmierzonych głębinach —
Wokrąg rozlegał się jej śpiew:
»Płynę w pałace Śmierci,
na bezgranicznem zbudowane morzu,
lecz przejdę bezkarnie pod sklepiskiem
malachitowych mauzoleów,
ominę łuki jej kaplic,
wsparte na słupach z labradoru,
i znów w błękitnej przeglądnę się fali,
albowiem jestem Sawitri,
albowiem jestem Miłość...«
 
Ta-ci odwieczna jest pieśń
o poczerniałych,
przedwczesnym zwarzonych mrozem
liściach dzikiego chmielu,
oplatających mą przyzbę.
Czcigodny dwidżah, Arya,
samotny, siwy odwiecznych ogrodów stróż

(rośnie w nich święta vanaspati,
z której bogowie warzą napój somy
i w wielkich chwilach radości
dają go ludziom, ażeby zaznali
rozkoszy zamknięcia ócz
przed otchłaniami),
ufnym ją śpiewał głosem,
gdy ciężką, żelazną motyką
jął okopywać korzenie
drżącej od zimna rośliny...
A ja, któremu się zdawało
(za dawnych, dawnych lat),
że zawrę w hymnie swym tęsknotę dusz,
jedną mam tylko żądzę:
ażeby w drodze
do świętych przybytków w Ellorze
mniej było łez i krwi...



Grafika na koniec utworu.jpg

Przypisy

  1. Bóg ognia.
  2. Indyjski Eros.
  3. Najwyższy Bóg u Indów.
  4. Adam indyjski, a pozatem prawodawca.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.