Rok 3000-ny/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paolo Mantegazza
Tytuł Rok 3000-ny
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Powieści i Romansów
Data wydania 1930
Druk Sz. Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Melania Łaganowska
Tytuł orygin. L'anno 3000
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VIII.

Paweł i Marja postanowili zwiedzić w Antropolisie i miasto umarłych.
Leży ono w rozkosznej dolinie, o 3 klm. od Antropolisu oddalonej, a prowadzi do niego szeroka aleja cyprysowa. Między prastaremi drzewami ścielą się kwietniki, zaś róże pną się dokoła cyprysów.
W roku 3000-ym dozwolony jest wszelki sposób zachowania lub niszczenia trupów ludzkich, byleby dla zdrowia nie były szkodliwe.
Każdy umierający oświadcza, czy chce być pochowanym, spalonym, rozpuszczonym, czy też zabalsamowanym; i na wielkim cmentarzu Antropolisu można widzieć najrozmaitsze rodzaje pomysłów ludzkich w tym kierunku.
Jeżeli śmierć jest nagła i nieprzewidziana, albo też umierający nie rozporządził swojem ciałem, w takim razie zajmują się tem najbliżsi krewni, a w braku ich, państwo.
Najbardziej używanym jest sposób rozpuszczania ciała w kwasie saletrzanym. Ciało ludzkie zamienia się w niewielkiej objętości roztwór saletrzany i może być zachowane przez najbliższych krewnych w kryształowych flaszeczkach. Te flaszki, jeśli krewni ich nie zabiorą, przechowują się w Antropolisie.
Niektórzy zastrzegają sobie testamentem, ażeby rozczyn ciała zmieszać z gliną i w tym stanie złożyć u stóp jakiegoś ulubionego drzewa, we własnym ogrodzie. Wielu woli być spalonymi.
Popioły tych, którzy tylko poprostu kazali się spalić, wkładane są w małe porcelanowe wazki, opatrzone nazwiskiem i datą śmierci, i umieszczone na cmentarzu.
Potem udali się nasi podróżni do laboratorjum Syderofilów.
Tak się nazywali owi szczególni ludzie, którzy wyznają myśl, powziętą przed kilku wiekami przez pewnego sławnego francuskiego chemika. Polega ona na tem, aby wszystko żelazo, jakie się w ciele znajduje, wydzielone było i utworzony z niego medal z wypisanem nazwiskiem i datą śmierci.
W ten sposób pozostali mogą mieć trwałą pamiątkę po ukochanych zmarłych i nosić ją przy bransoletce, lub dewizce od zegarka.
Jeden z chemików owego szczególnego laboratorjum objaśnił zwiedzającym sposób w jaki człowiek może się zamienić w małą monetę. Przyczem opowiedział im następującą anegdotę:
Znał on w Antroplisie pewną bardzo starą damę, mającą w długiem swojem życiu bardzo wielu kochanków, od których wymagała, aby należeli do „Syderofilów“. Przypadek chciał, że wielu z nich umarło w młodocianym wieku; w ten sposób posiadła ona ze dwadzieścia małych medali, z których kazała sobie zrobić szczególną bransoletkę. Małe medaliki połączone są ze sobą złotą obrączką i brylantem, i w ten sposób ma owa dama w tym klejnocie całą historję swego życia. Powiadają, że jak niegdyś chrześcijanie nad różańcem, tak ona dziś spędza całe godziny nad tym miłosnym różańcem, przyczem całuje jeden medalik po drugim i tak przypomina sobie tych ukochanych zmarłych.
Pożegnawszy inżyniera, Paweł i Marja udali się do oddziału balsamowania, gdzie preparowano ciała tych, którzy mieli po śmierci, oprzeć się wpływowi wszystko kruszącego czasu.
Wizyta tutaj trwała bardzo długo i przedstawiała wiele ciekawych rzeczy. Zainteresowani wyrażają w testamencie nietylko życzenie ochrony ciała od zagłady, ale i sposób, w jaki pragną być zabalsamowani. A sposoby te w roku 3000-ym są najrozmaitsze.
Po dokonanej procedurze mumję oddaje się rodzinie, lub pozostają na cmentarzu, stosownie do życzenia zmarłego lub bliskich.
Wśród pochodu swego przez obszerne muzeum, mogli podróżni nasi przypatrzeć się tym wszystkim, którzy byli tak próżni, że sami siebie przeżyć pragnęli.
Marja z drżeniem przypatrywała się tym mumjom i zwróciła się do Pawła:
— Mój drogi przyjacielu, jeśli umrę przed tobą, nie każ mnie ani rozpuścić w kwasie saletrzanym, ani spalić, ani zabalsamować. Każ mnie pogrzebać w miękkiej pachnącej ziemi, bez trumny, ażebym po śmierci spoczęła w uścisku naszej odwiecznej matki, z której łona wszyscy powstaliśmy. W niej chcę się roztworzyć i ciałem mojem zapładniać kwiaty, które na moim grobie zasadzisz. Przyrzekasz mi to, Pawle, nieprawdaż?
— Tak, moja ukochana — odparł Paweł wzruszony — ale ty to raczej ułożysz mnie w tej miękkiej pachnącej ziemi, bo jestem o kilka lat starszy od ciebie i przed tobą udam się w ową długą podróż, z której się nie powraca.
— Ale nie mówmy o takich smutnych rzeczach.
Podróżni nasi weszli znów do świątyni i przeszedłszy ją całą, wyszli przez małe drzwiczki do obszernego ogrodu, pełnego kwiatów i drzew, wiecznie zielonych.
W pośrodku stoi olbrzymia kolumna bronzowa, u której szczytu płonie nigdy nie gasnący ogień.
Cokół również nosi szczytny napis „Nadzieja“.
Od kolumny idzie sto małych ścieżynek, które się schodzą w środku cmentarza; po obu stronach ścieżek leżą groby.
Każdy grób to mały ogród, w środku stoi czarny marmurowy blok, noszący nazwisko i datę urodzenia i śmierci zmarłego.
— Patrz, Marjo, tu niema różnicy między biednym i bogatym, genjuszem i zwykłym człowiekiem. Kto ma na to, sam sobie blok stawia, a o biednych miasto pamięta.
Wszędzie widać biusty i posągi, oddające wiernie rysy wielkich nieboszczyków, również w ścianach widnieją w małych zamkniętych szafkach, portrety ich z rozmaitych epok życia.
Jak wszyscy zwiedzający Panteon, Paweł przy wejściu zdjął kapelusz i uginał kolana przed pomnikami. Głęboko wzruszeni, ale nie smutni wędrowali nasi przyjaciele po Panteonie Antropolisu, przypominając sobie wielkie dzieła i wielkie czyny zmarłych.
Marja zwróciła się do Pawła jeszcze z jednem pytaniem:
— Kochany Pawle, tutaj nie widzę tej równości, jaka panuje na cmentarzu. Pamiątkowe nagrobki są rozmaitych rozmiarów. Któż jest sędzią tej uderzającej nierówności?

— Wszyscy wielcy ludzie, drogie dziecko, są godni sławy; ale zachodzą między nimi różnice. Mamy genjuszów, którzy światłem swego ducha tworzą latarnię, oświetlającą całą planetę, których dzieła stanowią epokę w historji ludzkości. Ale mamy i takich, którzy talentem swoim i niezmordowaną pracą udoskonalają tylko ich odkrycia. Niesprawiedliwością byłoby więc, gdyby równa część sławy przypadła tym i tym w udziale. To jest wyrok większości głosów wielkiej Akademji Antropolisu, która stanowi o charakterze wznoszonych pomników. A wyrok ten zapada dopiero po długich i wyczerpujących obradach.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paolo Mantegazza i tłumacza: Melania Łaganowska.