Rodzina kamieniarza/Gość oczekiwany

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anonimowy
Tytuł Rodzina kamieniarza
Pochodzenie Zajmujące czytanki nr 17
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1913
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antonina Smišková
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Gość oczekiwany.

Po południu pierwszej lipcowej niedzieli rodzina kamieniarza zebrała się przed chatą. Wszyscy byli i obuci i w świątecznym odzieniu. Wacek trzymał w ręku książkę i palcami przebierał kartki.
— Czy mogę zacząć? — spytał ojca.
— Sądzę, że niedużo przeczytałbyś przed przybyciem pana profesora; odłóżmy więc to czytanie na przyszłą niedzielę.
— Omało nie zapomniałam, że oczekuję takiego rzadkiego gościa. Skoczę wstawić wody na kawę, której umyślnie na jego przyjęcie kupiłam.
— Pośpiesz się, moja droga, żeby długo na podwieczorek nie czekał. Taki wykształcony pan profesor z Warszawy, którego wszyscy otaczają szacunkiem, a nie wstydzi się prostemu kamieniarzowi, jak ja, podać rękę na powitanie. Żebyś ty wiedziała, jak się ludzie przed kościołem patrzyli ze zdziwieniem, gdy po sumie profesor podszedł do mnie i przywitał mię, jak jakiego kolegę. Potym zwrócił się do dzieci, spytał o ciebie, a skoro dowiedział się, że mamy dla niego nazbierane różne skamieniałości, obiecał, że nas dziś odwiedzi. Niech mu Bóg wynagrodzi, że ubogiemi nie gardzi.
— I ja się dziwiłem, że pan profesor dla nas jest taki łaskawy, ale on mi wytłumaczył, mówiąc: że prostaczkowie mało umieją, nie ich wina, bo się uczyć nie mieli za co, a uczeni obowiązani są swym postępowaniem szerzyć wiedzę wokoło siebie i dawać dobry przykład do naśladowania, bo komu Bóg dał więcej darów, od tego będzie wymagał większego rachunku, jak i na co je zużył, mówił Wacek.
— Patrzcie-no, jak on gada, jakby czytał z książki — rzekła z dumą matka.
— Prawda to wszystko, co ci powiedział pan Michalski, my to sami dobrze rozumiemy, że tak być powinno, ale podziwiamy takich ludzi, bo się ich spotyka na świecie bardzo mało — rzekł ojciec.
— A, bo to, proszę ojca, i oświaty prawdziwej jeszcze bardzo mało.
— To tymbardziej niech Bóg nagrodzi temu profesorowi, że tę oświatę tak ślicznie szerzyć potrafi, — powiedziała matka i weszła do chaty nakryć do stołu.
Wtym dały się słyszeć kroki w pobliżu i na zakręcie drogi ujrzano pana Michalskiego. Przez ramię miał przewieszoną torbę skórzaną, a w ręku trzymał laskę.
— Pan profesor! pan profesor! — zawołały dzieci, śpiesząc naprzeciw niemu.
— Witam was, moi mili — odrzekł przybyły.
Przywitawszy się ze wszystkiemi po przyjacielsku, pan Michalski siadł na ławce obok gospodarza. Gospodyni zapraszała do chaty, ale on wolał zostać na świeżym powietrzu. Aby tedy gościowi dogodzić, wyniesiono nakryty białym płóciennym obrusem stół z izby i podano podwieczorek na dworze. Dla profesora i rodziców była kawa, a dla dzieci mleko.
— O, nie, to niesprawiedliwie, albo wszyscy kawę, albo wszyscy mleko. Moją porcję zaraz dostanie Antolka, a ja wezmę jej mleko — rzekł profesor, biorąc na kolana swoją faworytkę.
Biedna gospodyni była w kłopocie, bo kawy przygotowała niewiele, ale na żądanie pana Stanisława dolała każdemu z dzieci po trochu, dla niej zostały już same fusy; szczęście, ze nie pila w szklance, tylko w garnuszku, więc tego widać nie było.
Po skończonym podwieczorku zaczęła się przyjemna pogawędka.
— Cóż u was nowego? — spytał gość.
— Ot, stara bieda się kołacze — odrzekł gospodarz.
— A jak tam Dąbek?
— Chwała Bogu, zdrów zupełnie, po dawnemu chodzi na robotę.
— Pan profesor zabawi u nas do września?
— Właśnie, że nie. Mam napisać ważną rozprawę o spotykanych u nas skamieniałościach i w tym celu muszę zwiedzić jeszcze skały pod Ojcowem.
— Jaka szkoda, że nie będziemy z panem razem — rzeki Franio.
— Jakiś ty chciwy — przerwał mu Wacio — i tam pod Ojcowem są chłopcy, którzy z radością będą panu towarzyszyć i uczyć się od niego.
— To prawda, że i tam są żądni nauki, ale jeśli mam prawdę powiedzieć, to będzie mi do was tęskno.
— Mój Boże, a cóż dopiero nam! — zawołała Pokorowa.
— No, no, nie martwcie się, pobędę tu ze trzy tygodnie, potym dopiero pojadę. Zima prędko przeleci i znów się zobaczymy. A co myślicie robić z Wackiem, bo Franio jeszcze może chodzić do tutejszej szkoły?
— Właśnie chcieliśmy się o to pana poradzić. Wacek szkołę już skończył, chciałby się uczyć dalej, ale ma już lat 14, musi więc sobie wybrać jakie zajęcie.
— A czymże chciałbyś zostać?
— Myślałem, że kamieniarzem obrabiającym nagrobki.
— To niebardzo dobre rzemiosło, pył kamienny osiada na płucach i bardzo szkodzi zdrowiu. Ty dobrze rysujesz i masz ochotę do ładnej roboty, to może już lepiej rzeźbić z drzewa.
— Tak, ale tu w okolicy niema nigdzie rzeźbiarza, aż w Lublinie, a tam drogie utrzymanie, a na swoje majster do terminu nie przyjmuje.
— A garbarstwo, które jest tak w Kaźmierzu rozgałęzione i popłatne?
— Och, nie, nie, panie profesorze. Już wolałbym jak ojciec, pracować na świeżym powietrzu, choćby mniej zarabiać.
— Ja mu nieraz tłumaczyłam, jak się tu na garbarstwie dorabiają, ale on słuchać nie chce — rzekła matka.
— Nie trzeba go zmuszać, skoro mu się to nie podoba. Znam jednego rzeźbiarza w Warszawie, możeby się co dało zrobić. Napiszę do niego. A teraz chciałbym zobaczyć przyrzeczone mi kamienie.
Chłopcy skoczyli do izby i przynieśli drewnianą skrzynkę pełną kamieni.
— Śliczne egzemplarze, znakomicie zachowane. Ach, niektóre nawet rzadziej spotykane. Serdecznie wam za nie dziękuję, zrobiliście mi prawdziwą przyjemność — cieszył się profesor.
Przejrzawszy dobrze kamienie, wybrał pan Michalski rzadsze okazy i poukładał w dwa kosze, które chłopcy odnieśli mu do domu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: anonimowy i tłumacza: Antonina Smišková.