Przynęta na Wilki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Maria Julia Zaleska
Tytuł Przynęta na Wilki
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 110
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wydania 1932
Drukarz Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA


M. Zalewska
PRZYNĘTA NA WILKI
ilustrowała
IRKA BRATKOWSKA
WYDAWNICTWO
KSIĘGARNI POPULARNEJ
W WARSZAWIE

Printed in Poland
Druk. Sikora, Warszawa






Pochmurny dzień zimowy miał się ku schyłkowi. Wielkie płatki śniegu niby miękki biały puch spadały z nieba, fruwały w powietrzu, unosząc się w górę i nadół, osiadały na gzymsach domów, na drzewach, parkanach, zaścielały ziemię lśniącym białym kobiercem.
Staś z Haneczką stali przy oknie, spoglądając znudzonemi oczętami na fruwające płateczki. Z jaką ochotą bawiliby się teraz na podwórku! Śnieg puszysty, wilgotny nadawał się znakomicie do ulepienia bałwana lub budowy wielkiej fortecy. Niestety, rodzice wyszli do miasta, a dzieci zostały same. Same? Nie. W wielkim fotelu przed kominkiem, na którym dopalał się już ogień, siedzi dziadzio i czyta. Dzieci wiedzą, że starszym nie wolno przeszkadzać, gdy są czemś zajęci, więc chociaż bardzo je nęci rozmowa z dziadkiem, czekają cierpliwie aż staruszek odłoży gazetę i przywoła wnuczków do siebie. O, bo dziadzio żył długo na świecie, widział wiele ciekawych rzeczy i prześlicznie umiał opowiadać. Ale staruszek zdawał się nie widzieć znudzonych twarzyczek dziecięcych. Wielką gazetę rozłożył na kolanach, nachylił głowę nieomal nad samą gazetą i... zatopił się w czytaniu. Cisza panowała w pokoju, przerywana tylko trzaskiem palącego się drzewa. Dziadzio wciąż czytał...
Wtem do uszu dzieci doleciał jakiś dziwny gardłowy głos:
Chrr... chraaa... chrr... chraa...
Potem dał się słyszeć jakiś świst, zgrzyt, jęk i sapanie.
Zdawało się, że nieznana dziwna kapela zaczęła swoją muzykę.
Dzieci drgnęły i spojrzały w stronę kominka. Dziadzio siedział na dawnem miejscu i czytał gazetę, tylko głowę pochylił jeszcze niżej.
A muzyka grała coraz głośniej i głośniej, wywodząc najrozmaitsze tony.
Dzieci nadsłuchiwały chwilkę.
— Zdaje się że dziadzio zasnął — szepnął Staś.
— Zapewne, — odparła Haneczka, — bo słyszałam wyraźnie, że jak tatuś śpi to mu z noska wychodzą również takie piękne dźwięki.
— Ależ to nie dźwięki, to cała muzyka, — rzekł Staś.
— No, bo dziadzio jest starszy, więc lepiej to robi od tatusia.
— Chodź, przekonamy się.
Tymczasem zmrok zapadł zupełny. Kontury przedmiotów zatarły się, rozlały, tylko przed kominkiem w świetle dogasającego ogniska widniała wyraźnie sylwetka dziadzia, pochylonego nad gazetą. Dzieci, starając się stąpać możliwie cicho, zbliżyły się do kominka. Kapela wciąż grała. Chrr... chrraaa... chrr... chrraa...
Wtem... Hryms!
To Haneczka w ciemnościach potrąciła krzesełko, które, padając, napełniło ciszę pokoju strasznym hałasem. Przerażone dzieci stanęły, jak wryte. Dziadzio poruszył się gwałtownie w fotelu, kapela umilkła.
— Ha, co tam? Wilki! Strzelaj, strzelaj do lewego! — wołał dziadzio, zerwawszy się z fotelu.
— Ależ, dziadziu, to nie wilki, to my. Haneczka wywróciła krzesełko, i narobiła hałasu, — mówił Staś.
— Ach, to wy. Co tu robicie? Tak, tak zdrzemnąłem się trochę, coś mi się śniło, — to mówiąc, staruszek przecierał dłonią czoło.
— Bardzo dziadzię przepraszam, — mówiła Haneczka, ale przy kominku grała kapela, chciałam się przekonać ale to krzesło stało na drodze...
— Kapela? Jaka kapela?
— A, bo proszę dziadzię — zdaje się że dziadzio trochę zasnął — odrzekł Staś.
— Spałem? A tak, tak, musiałem usnąć.
Tymczasem Haneczka wgramoliła się na kolana dziadka, który znowu usiadł w fotelu, i gładząc go pieszczotliwie rączką po twarzy, prosiła:
— Dziadziu kochany, proszę nam coś opowiedzieć.
— Tak, tak, — przyłączył się do prośby Staś.
— Hm, ale cóż wam opowiem?
— Cokolwiek, może bajkę, a może prawdę, — mówiła Haneczka.
— A więc dobrze. Opowiem wam prawdę. To mówiąc, dołożył drew do kominka. Ogień buchnął jasnym płomieniem. Dziadzio usadowił się wygodniej i zaczął opowiadanie.
Nieraz słyszeliście zapewne o wilku. Jest to zwierzę zupełnie podobne do psa. Żyje zarówno w lasach, jak i w stepach. Dawniej było ich mnóstwo, lecz z czasem wytępiono te szkodliwe i chytre zwierzęta prawie zupełnie. Z natury wilk jest tchórzliwy, jednak zimą, trawiony głodem staje się odważnym, nawet zuchwałym. Biada podróżnikowi, który późną nocą, zimową porą zapuści się sam bez broni w lasy. Głodne wilki włóczą się wtedy gromadnie, szukając żeru. Rozzuchwalone, całemi stadami nachodzą wsie, porywając co tylko się uda. Z psami żyją w wiecznej wojnie. Są prawdziwą plagą zajęcy, lisów i sarn. Latem, mniej są niebezpieczne i mają bowiem w lesie zwierzyny pod dostatkiem. Zaszywają się wówczas w gęstwinę borów i mało o nich słychać. Wilczyca z wielką troskliwością chowa swoje małe, które po urodzeniu są ślepe i żywią się mlekiem matki. Z czasem, gdy urosną stają się mięsożerne i również jak matka wychodzą na łowy — staje się to mniej więcej w grudniu. Ogromne szkody czynią wtedy ludziom: tu zagryzą owcę, tam krowę, tu znowu konia, lub wyniosą prosiaka z chlewu. Toteż ludzie bronią się przed nimi wszelkimi sposobami, urządzając na nie polowania i zasadzki. Często stają się też ofiarami tej walki.
Miałem i ja z nimi przygodę.
Lat temu czterdzieści, wypadło mi odwiedzić krewnych, mieszkających na Podolu. Był pochmurny, jak dzisiaj, dzień zimowy. Śnieg padał od rana, ścieląc wyśmienitą sannę. Kazałem zaprząc do sanek parę rączych koni, wymościć sanie futrem, wziąłem fuzję do ręki i otulony ciepło, ruszyłem w drogę. Sanna była dobra, konie wypoczęte biegły raźno, parskając ochoczo. Od wioski, gdzie mieszkali krewni dzieliło mnie sto czterdzieści kilometrów. Jechałem dzień cały. O czwartej po południu zaczął zapadać zmierzch. Przede mną o parę kilometrów roztaczał się wielki bór. Za chwilę miałem doń wjechać. Rozejrzałem się wokoło — ani żywej duszy, ani śladu ludzkiego mieszkania. Byłem sam jeden w polu; panowała zupełna cisza, tylko odgłos dzwoneczków na uprzęży rozlegał się daleko dźwięcznem echem. Konie wpadły do lasu. Ogarnęła mnie zupełna ciemność. Nie widziałem drogi przed sobą — konie wyczuwały ją same pod kopytami. Puściłem lejce wolno. Wysilałem wzrok, starając się coś ujrzeć w mroku nocy. Las szumiał cichym szelestem nagich gałęzi, wtórowały mu dzwoneczki dźwięcznem, donośnem dziń, dziń, dziń... Pozatem żadnego głosu ani ludzi ani zwierząt. Las spał długim snem zimowym, spały zwierzęta, spala cała natura, a gęste białe płatki śnieżne spływały powoli na uśpiony świat, otulając go niby kołderką, pulchnym, białym, ciepłym kobiercem.
Dziwne uczucie jakiegoś lęku i osamotnienia powoli zaczynało wpełzać do duszy. Scisnąłem strzelbę mocniej w ręku.
Wtem konie czemś spłoszone szarpnęły w bok. Ledwie zdążyłem złapać za poręcz, żeby nie wypaść. Sanki pędziły z góry. Gdzieś, na dole, widniało nikłe światełko. Karczma, pomyślałem. W tej chwili sanki z wielką siłą uderzyły o coś twardego, dał się słyszeć trzask i nim się zdążyłem opamiętać — leżałem już w śniegu. W pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy z tego co się stało. Dopiero po paru minutach, kiedy wygramoliłem się z okrywających mnie futer, spostrzegłem, że sanki, pędząc szybko z góry uderzyły z wielką siłą o ogromny kamień niewidoczny z pod śniegu. Impet był tak wielki, że wypadłem z sanek. Obejrzałem się wkoło — o kilkadziesiąt kroków przede mną widniała sylwetka koni, dalej błyszczało mglistem światełkiem okienko karczmy i dolatywało zajadłe ujadanie psów. Podszedłem do sanek, płozy były strzaskane, o dalszej podróży nie mogło być mowy. — Skierowałem się ku karczmie i wszedłem za ogrodzenie. Dwa brytany ze wściekłem ujadaniem rzuciły się ku mnie. We drzwiach pokazała się jakaś postać z latarką w ręku.
— Hej, kto tam się włóczy po nocy?
— Podróżny. Odpędźcie psy.
— Wicher, Kusy! — do nogi!
— Psy umilkły i tylko warczały zcicha.
Postać zbliżyła się ku mnie. Był to olbrzymi mężczyzna z wielką czarną brodą, ubrany w kożuch barani i długie ciepłe buty z wojłoku, zwane tutaj „walonkami“. Podniósł latarkę i spojrzał na mnie badawczo.
— Sanie złamałem i jechać dalej nie mogę! Przenocujcie mnie, proszę.
— Też pomysł! Sam w chacie ledwie się mieszczę. Dzieciaków kupa. Obejrzę sanie, może się coś poradzi. To mówiąc, skierował się ku koniom. Poszedłem za nim.
Sanie stały przechylone na bok. Strzaskane płozy leżały obok.
— Hm, tak, — jechać nie można, mruczał brodacz. Trudno, proszę do chaty. A dokąd Pan jedzie?
Wymieniłem nazwisko krewnych i wioskę.
— Znam, znam, a jakże — dobrzy panowie. Głos mu nieco złagodniał.
Weszliśmy do chaty. Zaduch panował tu straszny. Usiadłem na ławie i rozejrzałem się po chacie!
W kącie na łóżku spała kobieta. Na podłodze pod piecem leżało pokotem czworo dzieci. Najstarszy chłopak, lat ośmiu, przy naszem wejściu podniósł głowę i wpatrywał się we mnie badawczo.
— Widzi pan jaka ciasnota?
— Tak, — odparłem, — a nie macie czasem sanek?
— Mam, ale proste grędżoły.[1]
— Możebyście mi dali — jutro odeszlę.
— Hm, dobrze, — chłopak z panem pojedzie. Walek, wstawaj, pojedziesz z panem, a ja przeprzęgnę konie. — To mówiąc, wyszedł z chaty.
Chłopiec wstał, ubrał się powoli i za chwilę wyszedł za ojcem.
Po upływie godziny siedziałem w prostych chłopskich sankach. Na przedzie siedział Walek.
Tymczasem wypogodziło się zupełnie, śnieg przestał padać i na niebo wypłynął księżyc. Zrobiło się jaśniej. Mróz się wzmagał. Do najbliższej wioski było jeszcze z dziesięć kilometrów. Pocieszałem się myślą, że za godzinę będę w wygodnem łóżku. Jechaliśmy wciąż lasem. Chłopak pogwizdywał wesoło, dzwoneczki brzęczały raźno, dziń, dziń, dziń. Wypoczęte konie mknęły ochoczo.
Zjeżdżaliśmy z pagórka. Z prawej strony widniały krzaki, okryte śniegiem, w dole niewielka łączka, i na przeciwległym pagórku znowu widniał las.
Wtem od strony krzaków przemknął cień jeden, drugi, trzeci... konie szarpnęły. Panie, wilki! — szepnął Walek. Istotnie, za krzakami widniały dwa wilki, trzeci siedział między drzewami. Konie mknęły jak wicher, ale wilki już nas zoczyły i rozpoczęły pościg.
Do wioski pozostawało jeszcze kilka kilometrów, a wilki były coraz bliżej. Na przedzie pędziło olbrzymie wilczysko, błyskało kłami, ślepia mu gorzały. Zaledwie kilka stajań dzieliło go od sanek. Ująłem krócicę, wymierzyłem w samą paszczę, pociągnąłem za cyngiel i wypaliłem. Wilk wywinął koziołka i upadł. Cała zgraja zatrzymała się na chwilę, rozległo się straszne wycie i rozjuszone zwierzęta z jeszcze większą zajadłością rozpoczęły pościg.
— Panie, ma pan jedzenie? — szeptem zwrócił się do mnie Walek.
— Mam szynkę, ale to nic nie pomoże.
— Niech pan mi da szynkę i weźmie lejce.
Zrobiłem jak chciał, nie zdając sobie sprawy, co chłopiec zamierza czynić.
— Niech pan pędzi wprost do wsi i zaraz wraca z ludźmi, krzyknął Walek.
Nim zdążyłem coś odrzec, chłopak skoczył z sanek i, trzymając worek z mięsiwem, potoczył się po śniegu nieomal pod nogi rozjuszonym wilkom. Zrozumiałem jego zamiar, włosy jednak z przerażenia powstały mi na głowie. Bałem obejrzeć się za siebie. Konie pędziły co tchu. Kiedy obejrzałem się po chwili — nie widać było ani chłopca, ani wilków. Po upływie kilku minut wpadłem do wioski. Nie upłynęło pół godziny a już kilkoro sanek z uzbrojonymi mężczyznami mknęło do lasu. Straszny niepokój ściskał mi serce. Czy zdążymy na czas, aby uratować Walka? Czy udało się chłopcu w porę wdrapać na drzewo?
Już na parę kilometrów przed łączką zaczęliśmy strzelać, ażeby chłopcu dodać otuchy, że jedziemy na pomoc.
Lecz oto łączka. Na sosnie, przywiązany pasem do gałęzi siedzi Walek. Pod drzewem stado wilków czeka rychło li ofiara spadnie wprost w głodne paszcze. Na nasz widok jeden za drugim zaczęły cofać się za krzaki. Daliśmy jedną salwę, drugą, trzecią, i wilków ani śladu.
Zdjąłem z drzewa skostniałego z chłodu Walka i ucałowałem serdecznie. — Dziękuję ci chłopcze! Spojrzał na mnie zdumionym wzrokiem.
— Za co?
Przyjechaliśmy do wsi, ułożyłem Walka w ciepłem łóżku, napoiłem herbatą i sam już zabierałem się do snu. Wtem słyszę wołanie:
— Panie, panie!
Zbliżyłem się do łóżka i nachyliłem nad chłopcem.
— Panie, nie gniewa się pan na mnie?
— Cóż znowu? Uratowałeś mi życie.
— Ja całą pańską szynkę oddałem na przynętę wilkom, żeby utrzymać ich pod drzewem.
Uściskałem chłopca serdecznie.
Nazajutrz przyjechał ojciec Walka i zabrał chłopca. Przy pożegnaniu wyjąłem złoty pieniądz i podając Walkowi rzekłem:
— Weź to, chłopcze, nie zapomnę nigdy, że winien ci jestem życie.
Walek pieniędzy nie przyjął. Pożegnaliśmy się serdecznie.



Przypisy

  1. Proste sanki na szerokich płozach.

Zobacz też


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Julia Zaleska.