Przemiany (Prus)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXVI
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom V
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

Rzecz dzieje się w miesiącu lipcu, roku 1880-go, na wsi. Przede dworem folwarku Kamień stoi powozik i bryczka; w powoziku siedzi rządca tej majętności, pan Wodnicki, wraz z małżonką, oboje w płóciennych kitlach; na bryczce kręci się ich dziesięcioletnia córeczka, Jadzia, którą panna Wanda, nauczycielka, stara się uspokoić. Około powozika wyskakuje dwu chłopaków: jedynastoletni Staś, który ogląda i poprawia uprząż na koniach, i trzynastoletni Kazio z małą fuzyjką w rękach.
— Siadajcież nareszcie! — woła ojciec.
— Kaziu, proszę cię, zostaw fuzję! — błaga matka.
— Ale ja będę powoził! — odpowiada Staś.
— A jak nas w drodze napadną? — zwraca się do matki Kazio.
— Siadać! — krzyknął już zirytowany ojciec. — Ty zostawisz fuzyjkę, a ty nie będziesz powoził.
Chłopcy zmiarkowali, że opór do niczego nie doprowadzi; więc chmurny Kazio postawił fuzyjkę na ganku, a Staś, wciąż oglądając się na konie, powoli usiadł na przedniej ławeczce powozu.
— Więc nie dasz się namówić, Józiu? — zapytała pani Wodnicka młodzieńca, stojącego na ganku. — Wolisz zostać sam, aniżeli poznać miłe sąsiedztwo?
— Jeżeli wujostwo pozwolą, zostanę — odpowiedział młody chłopak z ukłonem.
— U nas, na bryczce, jest dosyć miejsca! — odezwała się Jadziulka.
— Nie krępujcie go! Niech robi, jak mu wygodniej! — odezwał się pan Wodnicki. — Bądź zdrów, Józiu!...
— A jak pójdziesz na spacer, nie zabłądź!... — upomniała pani.
— Nie zabłądzę. Szczęśliwej drogi! — odpowiedział, śmiejąc się, młody człowiek.
— Ruszaj! — zawołał pan Wodnicki.
Pierwszy furman trącił konie lejcami, drugi machnął batem i oba ekwipaże potoczyły się.
— Dowidzenia! dowidzenia! — wołali chłopcy, wywijając uczniowskiemi czapkami.
— Niegrzeczny Józio... nie będziemy kochać Józia! — dodała Jadziulka z bryczki.
Panna Wanda kiwnęła głową, owijając się szalem.
Po chwili powozik i bryczka, minąwszy bramę, zniknęły za drzewami. Dwa psy, jeden biały szpic, drugi bury kundel, pobiegły, szczekając, za końmi; niebawem wróciły. Kundel usiadł przy bramie i flegmatycznie drapał się z miną, wyrażającą nieufność, ażeby się to na co zdało; zaś biały szpic przybiegł do młodego człowieka i machając ogonem, patrzył mu prosto w oczy.
Młodzieniec miał dziewiętnaście lat, nazywał się Józef Trawiński i świeżo ukończył ósmą klasę gimnazjum, ażeby po wakacjach wstąpić na uniwersytet. Ubrany był w granatową kurtkę austrjacką i czarny, miękki kapelusz. Gdy kłaniał się odjeżdżającym krewnym, można było widzieć, że ma wysokie czoło, wyraźne oczy szare, prosty nos i wydatną brodę. Był średniego wzrostu, dobrze zbudowany, ale mizerny, skutkiem przebytych egzaminów na patent.
Trawiński zaniósł fuzję do przedpokoju i zawiesił ją na kołku; potem wziął laskę, pogłaskał psa łaszącego się i zwolna wyszedł na dziedziniec. Jeszcze onegdaj był w Warszawie u matki, a gdy znalazł się tu wczoraj, w obcem miejscu i wśród ludzi prawie nieznanych, poczuł coś, jakby ziemia usunęła mu się z pod nóg. W tej chwili doznał podobnego uczucia, z którem jeszcze połączyła się straszna tęsknota za matką, jakgdyby go od niej dzieliła nieprzebyta otchłań, nie zaś kilkanaście godzin jazdy. Przypomniawszy zaś sobie, że niekiedy tej matce odpowiadał z roztargnieniem, a nawet z niecierpliwością, schwycił się za głowę i szepnął:
— Co ja robiłem?... co ja robiłem nieszczęśliwy?... Czy ty mi będziesz mogła przebaczyć?
Przebaczyć?... Alboż ona kiedy okazała mu choćby cień niezadowolenia? Lecz właśnie to było najboleśniejsze!
Otrząsnął się i ażeby wyjść z atmosfery gorzkich marzeń, popieścił szpica i zaczął patrzeć dokoła siebie. Matka zawsze zalecała mu niepoddawanie się smutnym myślom. „Miej myśl pogodną!“ — mawiała. Dziedziniec był otoczony starym płotkiem i krzakami bzu, który już przekwitnął. Na środku trawnika rosnął także klomb bzu, a na obwodzie — krzaki róż, jałowcu i innych krzewów.
— Jakie tu wszystko stare! — szepnął. I ażeby nie wybuchnąć płaczem, uporczywie wpatrywał się w dom, jakby miał zamiar bardzo dokładnie opisać go w najpierwszym liście do matki.
„Ten domek jest ładny — myślał. — Zdaje się, że bardzo stary, ale ładny. Dlaczego ładny? Czy, że ganek jest porośnięty dzikiem winem?... Albo, że dach jest mansardowy czyli dwupiętrowy z dachówek?... Zabawna rzecz, ale ten dom przypomina motyla z rozpostartemi skrzydłami!... Neruś, nie skacz, nie walaj mnie. Zaraz pójdziemy... Uważa mamusia? Prawem i lewem skrzydłem motyla są ściany; każda ma po dwa okna z okienicami i to stanowi parter. Nad parterem wznoszą się mansardy, w których znowu z każdej strony znajduje się po jednem oknie; jeszcze wyżej dach. W prawem oknie ja sam mieszkam i nie będę cię, mamo, widział ze dwa miesiące. A teraz ów motyl — niech mamusia uważa... Motyla tworzy budynek środkowy, nieco wysunięty naprzód. Na dole jest ganek zarosły winem, niby brzuszek robaka; wyżej — pierwsze pięterko, mające trzy okna, i to jest gorsetem owadu; zaś tam, gdzie powinna być głowa, wznosi się trójkątny fronton, otoczony linją falistą. Nareszcie z poza frontonu wyglądają dwa kominy, niby dwa rożki czy macki u motyla... Ach, jak ciężko myśleć o tych głupstwach!
„Ściany domku są szare ze starości, w niektórych miejscach poplamione wilgocią; dach powinien być czerwony, a jest także szarawy z plamami zielonemi. Z kominów opada tynk; okienice wydają się tak zmurszałe, że dziecko mogłoby je poodrywać. Ale tu nikt nie będzie ich odrywał, a zamykają się tylko przed światłem porannem. W pokoju wuja, który musi wstawać wcześniej, wcale nie zamyka się okienic.“
Wielki szary motyl z głową czerwono-zielonawej barwy! Józefowi gorąca łza spłynęła z oczu.
Idąc drogą, chłopak wyminął czworniaki, przed któremi bawiły się jasnowłose dzieci parobków, wesołe, krzykliwe, tudzież kobiety w różnokolorowych spódnicach i gorsetach. Grały tam wszystkie barwy pól: zielone, czerwone, niebieskie, białe. Od ubogich mieszkań płynęły śmiechy, a nawet piosenki, była to bowiem niedziela, odpoczynek po forsownej pracy letniej.
Wyminąwszy zabudowania, Józef znalazł się na otwartem polu, dokąd już nie zalatywały głosy ludzkie; szemrał tylko wiatr między badylami, a śpiewały wgórze skowronki. Okolica pełna wzniesień i spadków, jak rozkołysane morze kolorów. Oto żółty łan zboża, przetykany ponsowemi makami i szafirowym chabrem. Oto ugór aż biały od gwiaździstych rumianków. Na prawo niewielka zielona dąbrowa, której drzewa przypominają ludzi, idących gromadą na odpust. Niektórzy obładowani, inni pochyleni, inni oderwali się od gromady i suną w pojedynkę.
A oto szczególna grupa: kilka dębów, rosnących obok siebie, tworzą wizerunek starego dziada, który maszeruje tęgim krokiem, z rozwianemi połami sukmany i podpiera się grubym kijem.
A tymczasem biały Neruś, z wywieszonym językiem, pędem wyprzedza Trawińskiego, to znowu zostaje wtyle, odbiega na boki, skacze za niewidocznemi owadami, albo odkopuje gniazda myszy polnych, otaczając się obłoczkiem szarego pyłu.
Po kilkunastu minutach młody chłopak zeszedł z drogi i dostał się na wyniosłość, skąd było można ogarnąć widok bardzo rozległy. Przed nim o półtora tysiąca kroków dumał las ciemno-zielony z niebieskawemi lub granatowemi zagłębieniami. Gdy zaś Józef odwrócił się w stronę, skąd przyszedł, zobaczył ogromną, falistą równinę, barwy naprzemian złotej, srebrnej, szmaragdowej, ozdobioną kępami drzew lub gromadkami chałup, ponad których czarne dachy i białe kominy gdzie niegdzie unosił się dym błękitnawy.
— I pomyśleć, że to wszystko należy do jednej familji — szepnął.
O parę tysięcy kroków od niego, w stronie folwarku, ciągnęła się od wschodu na zachód droga, wysadzona drzewami, a prowadząca do kolei. Wszystka ziemia na północ od tej drogi należała do pana Zygmunta Turzyńskiego, który mieszkał za lasem, w majątku Klejnot. Zaś wszystkie terytorja na południe ode drogi były własnością jego rodzonego brata, Władysława, który miał pałac w Turzycach, a większą część życia przepędził w Warszawie lub zagranicą, gdzie niedawno umarł, zostawiając bardzo powikłane interesy.
— Razem ze sto wiorst kwadratowych będzie miał teraz pan Zygmunt i jego jedynak... A, przepraszam, i jedynaczka — myślał Trawiński. — Sto wiorst...
I nagle wśród tych ogromnych obszarów wyobraził sobie dwa czyste, lecz malutkie pokoiki, na trzeciem piętrze, w Warszawie, w których zamieszkiwał z matką.
— Sto wiorst!... I pomyśleć, że moja mamusia miałaby prawo choć do cząstki tych olbrzymich majątków... No, co tam prawo!... W każdym razie byłaby spokojniejsza o przyszłość.
Dreszcz go przebiegł. On wiedział, że od kilku lat matka prowadziła dom już nie z procentów, lecz z kapitału, niewielkiego kapitału, jaki zostawił zmarły jej mąż, lekarz. Pieniędzy tych wystarczy na cztery, pięć lat, przy wielkiej oszczędności na sześć, a co potem?...
Potem? Przecież za pięć lat on sam zostanie lekarzem i potrafi utrzymać matkę. Lecz... jeżeli i on umrze, jak jego ojciec, zaraziwszy się od pacjenta, wtedy co?... Do kogo pójdzie matka, która przecie miałaby jeżeli nie prawo, to choćby cień prawa do jakiejś cząsteczki tych oto obszarów?...
Matka jest z domu Turzyńska i wprawdzie dalsza, ale zawsze krewna panów Zygmunta i Władysława. Nieboszczyk Władysław za życia ojca odwiedzał ich niejednokrotnie, zawsze nazywał matkę kuzynką, a u ojca leczył się darmo. Porachowawszy, zebrałoby się ze sto wizyt, za które ś. p. kuzyn, zamiast zwykłego honorarjum, ofiarował ojcu dziesięciofuntowy ser na sposób holenderski, z własnej serowni, i tuzin gruszek, zerwanych we własnym ogrodzie, własną ręką.
Ojciec śmiał się, opowiadając tę historję, i dodawał:
— Najgorszymi pacjentami są bogaci kuzyni.
Pan Władysław o kilka lat przeżył doktora Trawińskiego, lecz po jego śmierci już ani razu nie odwiedził wdowy. Oczywiście przestał ją uważać za kuzynkę.
A teraz w jaki dziwny sposób on, Józef, znalazł się w majątku pana Zygmunta Turzyńskiego, jako wakacyjny nauczyciel synów jego rządcy. Oto wuj Wodnicki, ożeniony z cioteczną siostrą ojca, wuj, który prawie nigdy nie odwiedzał ich w Warszawie, niewiadomo z jakiego powodu, przed dziesięcioma dniami złożył im wizytę, rozmawiał bardzo życzliwie i dowiedziawszy się, że Józef ukończył gimnazjum, zaproponował mu, ażeby przyjechał do niego na wakacje, uczyć dwu synów, swoich braci ciotecznych, jak mówił nowo poznany wuj. Prosił z naciskiem, ażeby tylko parę godzin na dzień zajmować się chłopcami, i ofiarował Józefowi za wakacje czterdzieści rubli. I Józef i matka z zapałem przyjęli propozycję, szczególniej matka, która bardzo pragnęła, ażeby zmęczony chłopak odpoczął parę miesięcy na wsi.
— Gdybym był przesądny — mówił do siebie Józef — myślałbym, że to duch ojca zaczyna się mną opiekować. Gdyby nie ojciec a raczej jego powinowactwo z Wodnickim, nie dostałbym tej kondycji...
Ale stała się rzecz bez porównania ważniejsza. Dyrektor gimnazjum, wręczając mu papiery, oświadczył, że rada pedagogiczna, ze względu na nieprawomyślność matki, chciała Trawińskiemu zatrzymać patent, choć egzamin zdał dobrze. Lecz dążnościom tym stanowczo sprzeciwił się dyrektor, przez pamięć, że kiedyś ojciec Józefa leczył mu córkę chorą na szkarlatynę i wyprowadził z bardzo ciężkiego stanu.
— Tym sposobem duch ojca wyrobił mi patent. No, ale to przesądy, bajki!... Bo i gdzie on może być, duch?...
Wtem, o kilkadziesiąt kroków oddalony, Neruś gwałtownie zaszczekał i pędem pobiegł w stronę lasu, za zającem. Trawiński ocknął się i poszedł za ścigającą się parą, pewny, że zającowi nawet włos nie spadnie. Do tej pory widywał lasy zdaleka, przeważnie z okien wagonu; dziś, korzystając ze sposobności, postanowił choćby tylko zajrzeć do tajemniczego królestwa sosen, dębów, tudzież wszelkiej zwierzyny biegającej, pełzającej i latającej.
Przed właściwym lasem, który ciągnął się ku północy, ogromny jak morze, wznosiła się niby leśna wysepka, złożona z kilkudziesięciu sosen o czerwonych pniach i zielonych głowach. Chłopca coś zastanowiło w tej gromadce. Wpatrzył się bliżej i dostrzegł, że pnie wyglądają jak bardzo liczne nogi, a korony drzew spływają w jedną masę, tworząc olbrzymiego, potwornych kształtów robaka. Oto wielka głowa, oparta na dziesięciu nóżkach, a zakończona dziobem. Oto zaklęśnięta szyja, potem grzbiet wznoszący się i spadający, nareszcie — olbrzymi ogon, a wszystko oparte na mnóstwie nóg... Czytając książki z ojcowskiej bibljoteki, Józef wiedział, że kiedyś zaludniały ziemię straszne i strasznej wielkości gady; żaden z nich jednak nie był ani tak wielki, ani tak groźny, jak ta oto gromada drzew.
Chłopak uśmiechnął się.
— To jest — rzekł do siebie — ów bajeczny smok, który pilnuje czarnoksięskiego zamku. Tchórz nie wejdzie tam, a przynajmniej nic nie zobaczy; ale ja pójdę... choć parę kroków...
Za olbrzymim robakiem, tuż pod lasem, zauważył Józef inną grupę z kilku drzew. Były tam dwie sosny wyprostowane, aż wtył wygięte, niby bardzo dumna para małżonków; obok nich biegły dwie małe sosenki, oczywiście córeczki, z rozpuszczonemi włosami; zaś o kilkanaście kroków przed niemi szedł krygujący się chłopak, przed którym znowu biegły dwa niziutkie krzaczki, niby pieski.
— Oto wesoła rodzina! — rzekł do siebie Trawiński. — Las nie jest tak straszny, jak zapowiada smok.
Las był mieszany: składał się z sosen i drzew liściastych. Sosny przeważnie młode, rzadko rozsypane, niby na publicznym balu goście, którzy sami nie tańcząc, przypatrują się tańcującym. Oto grupa lip. Jedna stoi wyprostowana, druga rzuca się jej na szyję, trzecia — gwałtem odciąga zbyt sentymentalną. Sosny przypatrują się widowisku z uwagą: niektóre pochyliły się, a jedna to nawet zbiega z pagórka, jakgdyby rada przyjąć udział w uściskach. Ponad wszystkiem — z błękitnego nieba wychyla się biały obłok, a między drzewami płynie woń żywicy, miodu i macierzanki.
— Ach, mamusiu, dlaczego ciebie tu niema!... A kiedy ja patrzę na takie cuda, ty, biedna, skwarzysz się w warszawskich murach!...
Nad głową usłyszał delikatne, pośpieszne gryzienie, a tuż obok zaczęły spadać odrobiny szyszki sosnowej. Oczywiście gdzieś na wierzchołku drzewa pracuje wiewiórka, ale tak ukryta wśród gałęzi, że trudno jej dopatrzeć. Zdaleka usłyszał pukanie. Cóżto znowu?... Pobiegł kilkanaście kroków. — Ach, już wiem, to dzięcioł! — Machinalnie spojrzał pod nogi i zobaczył całe gniazdo czerwonych, dorodnych poziomek. Aż wybuchnął głośnym śmiechem, pierwszy raz bowiem spotkał poziomki w naturze i mógł je zbierać własną ręką.
— Tyle poziomek... tyle poziomek!... Ach, i dlaczegóż nie mogę posłać ich tobie, złota mamusiu?
W tej chwili Neruś zaszczekał wysokim dyszkantem i pobiegł w stronę młodych sosenek, które rosły gromadą, tworząc niby fantastyczny budynek. Głos psa był tak niezwykły, że Trawiński, już nasyciwszy się jagodami, poszedł za szpicem, który ciągle szczekając, stawał na tylnych łapach. Józef wpatrzył się w jedną z sosenek i dostrzegł, wśród gałęzi, naprzód parę czarnych, błyszczących ocząt, a następnie rudą wiewiórkę, która odpowiadała zirytowanemu napastnikowi głosem podobnym do cichego naszczekiwania.
Wkrótce wiewiórka, zmiarkowawszy, że nieprzyjaciel nie jest niebezpieczny, spokojnie usiadła na gałązce, nastawiła puszysty ogonek i wzięła się do pogryzania szyszek. Niebawem znalazła się obok niej druga wiewiórka, potem trzecia. Zaczęły się miauczenia, naszczekiwania, gonitwy, skoki, w których przyjęło udział najmniej ze sześć wiewiórek. Chłopcu nigdyby nie przyszło na myśl, że w jednem miejscu może zebrać się aż tyle tych zgrabnych zwierzątek, które oczywiście urządziły sobie tutaj zabawę, pomimo wrzaskliwego protestu Nerusia.
Ucieszywszy się widokiem napowietrznych gonitw, Trawiński poczuł ochotę posunąć się jeszcze w głąb lasu.
— Przecież nie zabłądzę. O setkę kroków na prawo biegnie droga, z której zeszedłem. Gdy mi się uprzykrzy, skręcę na nią i wrócę do domu.
Rozgrzała go ciekawość, co chwilę odsłaniały się przed nim nowe widoki. Oto gromada sosen prostych jak włócznie; oczywiście zatknęli je tu rycerze-wielkoludy, którzy na teraz odeszli, lecz zapewne wrócą. A wówczas kto im się oprze? Oto wielki salon. Zamiast podłogi — łączka, zamiast foteli, stołów i kanap — krzaki i pnie drzew, a na środku sosna, podobna do olbrzymiego świecznika.
Na niebie zagęściły się śnieżyste obłoki, to zasłaniając, to odkrywając słońce. Gdy światło przygasło, las stawał się szary i niemiły; gdy znowu błysnęło, natura zdawała się uśmiechać, a pewne rzeczy, niewidzialne przed chwilą, ukazywały się, niby aktorzy, występujący na przód sceny. Oto krzak jałowcu... oto sosenka ciemno-zielona z czerwoną kitą na wierzchu... oto kępa paproci...
Cicho sunący po niebie obłok znowu zakrył słońce, krajobrazy zatarły się, las zmalał. Dmuchnął wiatr chłodniejszy, trochę wilgotny, drzewa zaczęły nabierać form niedobrych. Jedno wyciągnęło gałąź, niby suchą rękę, grożąc Trawińskiemu; inne przypatrywało mu się z gniewem. Neruś najeżył sierść i z kwikiem pobiegł w stronę starych sosen, między któremi przesunął się cień duży, rudej barwy...
Pies zaczął gwałtownie szczekać, ale głos jego oddalał się i stopniowo cichnął w głębi lasu.
„Gdzie ja jestem? — pomyślał Józef. — No, przecież nie zabłądziłem. Tam na prawo jest droga.
„Gdzie na prawo?... Tu wszędzie jest na prawo!“
Żółty promień słońca przedarł się na chwilę między obłokami, jakby chciał pokazać Trawińskiemu nowe, nieznane dziwy lasu. Jedno drzewo uschnięte, z powyginanym pniem, z dwoma konarami, podniesionemi do góry, wyglądało jak człowiek przerażony, który podniósł ręce do nieba i z krzykiem upada nawznak. Zaś nieco dalej stała gromadka świerków pokracznych, z których najpierwszy był podobny do średniowiecznego pokutnika. Oto śpiczasty kaptur... oto maska, wśród której błyszczy złe oko.
— Neruś!... Neruś!... — zawołał Trawiński, nie poznając własnego głosu. — Gdzież tu droga?... Mniejsza o nią... Szedłem z południa na północ, więc teraz będę wracał z północy ku południowi. Ale gdzie północ?... Chyba zabłądziłem!
Ledwie sformułował sobie to pytanie, uczuł ściśnięcie gardła, a serce bić w nim przestało. I nagle opanował go strach... strach, podobny do szaleństwa... Zaczął pędzić bez kierunku, zawadzając o krzaki...
Wtem, z pomiędzy paproci, zerwał się jakiś duży ptak i z łopotem wzbił się ponad drzewa. To oprzytomniło Józefa. Jak żywa stanęła przed nim matka i zdawało się, że słyszy jej głos spokojny:
„— Tylko nie poddawaj się strachowi, mój chłopcze. Zwróć uwagę na cośkolwiek, ażeby bodaj przez chwilę nie myśleć o tem, co cię trwoży.“
Istotnie strach paniczny zmniejszył się; natomiast zbudziła się w nim desperacja.
— Jak można iść naoślep do nieznajomego lasu! I jak ja się stąd wydostanę? Neruś!... Neruś!... Gdzieś pobiegł, może i on zabłądził?... Cóżto za niepokój będzie w domu wuja!... Spisałem się, niema co mówić, na drugi dzień po przyjeździe!... A jak tu noc przepędzić, w lekkiem ubraniu, bez ognia?
Z poza obłoków wychyliło się znowu słońce, a Trawiński przypomniał sobie wycieczki do Łazienek, Czerniakowa, Wilanowa, podczas których matka, niegdyś uczona przez męża, sama następnie zaznajamiała syna z botaniką, jeografją i kosmografją. Dzięki ukochanej mistrzyni, Józef nauczył się poznawać strony świata i teraz właśnie chciał skorzystać ze zdobytych wówczas wiadomości.
„Jest blisko czwarta po południu — myślał — słońce już zeszło z południka ku zachodowi. Jeżeli więc zwrócę się prawą ręką do słońca, gdzieś przed sobą będę miał stronę południową... A jeżeli pójdę w tym kierunku, muszę wyjść na pole, należące do Kamienia.“
Zaczął iść. Lecz gdy przeszedł kilkaset kroków, nagle usłyszał, gdzieś daleko poza sobą, przytłumiony huk wystrzału.
— To nie z fuzji wystrzał — rzekł Trawiński, przystając.
Upłynęła minuta i rozległ się drugi huk, równie daleki, w tym samym kierunku.
— Tak, jakgdyby z rewolweru... A może to halucynacja?...
Stał, słuchał, lecz cisza znowu zapanowała w lesie. Józefa znowu zaczął ogarniać niepokój; zdawało mu się, że coś przeszło za nim.
— Jednakże las jest straszny!
Teraz już nie widział form określonych i zaciekawiających, tylko drzewa, drzewa i drzewa, które jakby chciały kryć się przed nim, jedne za drugiemi. Chłopak znowu uczuł szaloną chęć uciekania niewiadomo dokąd; lecz znowu usłyszał daleki huk i... oprzytomniał.
— Jeżeli nie zwarjowałem, to na pewno gdzieś strzelają z rewolweru. A w takim razie musi tu być siedziba ludzka. Tylko leży ona nie na południu, ale na północy.
Wiatr powiał od północy i Trawińskiemu zdawało się, że słychać niby szczekanie psów i głosy ludzkie, ale bardzo niewyraźne.
„To nawet niedaleko — myślał — więc gdzie teraz iść: na południe, czy na północ? Wahanie jest najgorszą rzeczą.“
Począł prędko iść, ale ku północy; zadyszał się i uległ nowemu atakowi obawy. Tym razem nie trwożył go las, lecz brak wiary w siebie. Co będzie, jeżeli on, pod wpływem rzeczywistych głosów, czy może halucynacyj, zacznie biegać raz w jednym kierunku, drugi raz w przeciwnym?
Znowu rozległ się strzał, tym razem wyraźniejszy, i wiatr wyraźniej przyniósł szmery, podobne do głosów ludzkich. Trawiński postanowił już nie wahać się: zacisnął pięści, zęby i wyciągniętym krokiem począł iść ku północy, uważając, aby słońce wciąż było z lewej strony. Tak maszerując, usłyszał jeszcze kilka wystrzałów coraz wyraźniejszych; nie można też było wątpić o głosach: tam naprawdę ktoś rozmawiał, śmiał się, wykrzykiwał!...
— Byłoby zabawne, gdybym trafił na ciotkę, wuja i tych sąsiadów, do których pojechali z wizytą!... A może, czy ja wiem, może to są owe złudzenia leśne, które dały początek bajkom o nimfach, satyrach, rusałkach?...
Jeszcze kilkadziesiąt kroków i Józef o mało nie wykrzyknął z radości: przed nim ciągnęła się droga, niezbyt szeroka i wygodna, lecz wyjeżdżona.
— No, teraz już nie zginę!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.