Przemiany (Owidiusz)/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Owidiusz
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Przemiany
Życie i poezja Owidjusza
Data wydania 1933
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bruno Kiciński
Tytuł orygin. Metamorphoseon, Libri Quindecim
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXIII. Niobe.

Czynem rozbrzmiewa Licja, wieść, grody i sioła
Obiegając, zatacza coraz szersze koła.
Niobe przed swym ślubem żyjąca w Meonach,
W ojczystych się z Arachną zapoznała stronach.
Przykład ziomki daremną był dla niej przestrogą,
Że bóstwa znieść bezkarnie zuchwalstwa nie mogą.
Z wielu miar była pyszną; jednak ani z rodu,
Ani z władzy królewskiej, ani z męża grodu
Nie tak wzbiła się w dumę, ile z licznych dziatek;
I byłaby Niobe najszczęśliwszą z matek,
Lecz sama zbyt zuchwale swe szczęście rozgłasza.
Bo Manto prorokini, córka Tyrezjasza,
Boską mocą natchniona, tak po drogach woła:
»Śpieszcie, o Ismenidy, śpieszcie do kościoła,
Przysparzajcie Latonie z jej córką i synem
Ofiar, woni i włosy opnijcie wawrzynem.
Bóstwo przeze mnie mówi«. — Posłuszne Tebanki

Schodzą się, włosy wieńcząc laurowemi wianki,
Sypią wonie i święte ognie zapalają.
Wtem nadchodzi Niobe z liczną dworzan zgrają,
W złotolite ubrana tyryjskie bisiory,
I w gniewie jeszcze piękna, gdy z głową kędziory
Trzęsie, pokrywające kark nakształt zasłony.
Staje, dumny rzuciwszy wzrok na obie strony,
I zuchwale zawoła; »Ach, co za błąd srogi
Przekładać niewidome nad widome bogi!
Stawiać ołtarz Latonie, gdym ja bez czci żadnej,
Ja, której ojcem Tantal, gość bogów biesiadny,
Ja Plejad siostrzenica, ja wnuka Tytana[1]
Któremu oś niebieska do dźwigania dana;
Mnie jak teść wielki Jowisz i jak dziad zaszczyca,
Mnie czczą ludy frygijskie, mnie Kadma stolica,
Mnie gród[2], wzniesion cudnemi mego męża tony,
I lud w nim zamieszkały składają pokłony.
Wszędzie w moich pałacach błyszczy skarbów mnóstwo,
A kto piękność mą widzi, przyznaje mi bóstwo.
Siedem cór, siedem synów — o, jakież słodycze! —
Wkrótce tyleż synowych i zięciów naliczę.
I wy śmiecie o powód mojej dumy badać?
Jeszcze śmiecie Latonę nade mnie przekładać?
Córkę jakiegoś Ceja, której ziemia cała
Ani kąta na połóg dozwolić nie chciała!
Sławnej waszej bogini ani morskie kraje

Ani niebo żadnego schronienia nie daje,
Tułała się wygnanka po świata przestworzach.
»Ty błąkasz się po ziemi, ja błąkam po morzach«
Rzecze Delos i przyjmie w gór swoich zakątek;
Tam rodzi dwoje: siódmą część moich dzieciątek!
Szczęśliwym i na zawsze szczęśliwą zostanę,
Dostatek mię na wszelką ubezpieczył zmianę.
Wyższam nad pocisk losu, wyzywam go śmiało:
Choćby mi wydarł wiele, więcej by zostało.
Choć z tłumu dzieci moich weźmie które dziecię,
O dwojgu, jak Latona, nie zoslanę przecie.
Dwoje — cóż mi za liczba! — Tyle, co nic prawie!
Idźcie, rzuciwszy wieńce: już koniec zabawie«.
Rzekła; laury składają, wychodzą z świątyni,
Lecz jak mogą, cześć w sercu oddają bogini.
Ten gwałt w duszy Latony słuszną zemstę nieci,
I tak z wierzchołka Cyntu do swych rzecze dzieci:
»Oto ja, dumna, żem was nosiła w swem łonie,
I z bogiń jednej tylko nierówna Junonie,
Czym bogini, już wątpię. Bez waszej opieki
Stracę cześć i ofiary, składane przez wieki,
I niedość tego bolu: już córa Tantala
Siebie nade mnie, nad was swe dzieci przechwala;
Mnie nazywa bezdzietną — niech to na nią spadnie
Gdy tak ojca przykładem śmie bluźnić szkaradnie«.
Jeszcze chce prośbę dodać do tego, co rzekła,
»Przestań — Feb przerwie — skarga zemstęby odwlekła«.
Toż samo stwierdza Febe i w gęstym obłoku
Schodzą na zamek Kadma, niewidzialni oku.
Tuż pod murami miasta było równe błonie;
Twardemi je kopyty stratowały konie

I koła, wartko pędząc, pokrajały w brózdy.
Tam syny Amfjona, nałożywszy uzdy,
Ciężkie złotem, wskakują na bystre rumaki;
Na nich sokiem tyryjskim pojone czapraki.
Wtem jeden z braci, Ismen, pierwsze matki brzemię,
Gdy w koło koniem skręca na tętniącą ziemię,
A koń wspina się, pieni: »Ach! biada mi!« krzyknął,
Bo mu pocisk przez piersi na wylot przeniknął;
Z konającego dłoni wędzidła wypadły,
Leci na prawą stronę, martwy i pobladły.
Słysząc przez czcze powietrze świszczące pociski,
Sypilus puszcza wodze; tak, gdy obłok bliski,
Ciężarny piorunami, żeglarz ujrzy nagle,
Chcąc lada wietrzyk schwytać, rozpościera żagle.
Lecz i pierzchającego dosiągł cios mordeczy:
Strzała, przeszywszy czaszkę, w środku gardła sterczy;
Tak, jak biegł pochylony, po grzywie się stoczył,
Padł i w tem miejscu ziemię gorącą krwią zbroczył.
Gdy po zwykłych ćwiczeniach Fedym na ostatku
I Tantal, dziedziczący swe imię po dziadku,
Na młodzieńcze zapasy bieżeli z zapałem,
Gdy pierś z piersią się zwarła, ciało starto z ciałem,
Z wyprężonego łuku wypuszczona trzcina
Tak, jak byli spojeni, wraz obu przecina.
Razem jękli, polegli i tej samej chwili
Razem oczy ich zgasły i zmysły stracili.
Przerażony Alfenor, widząc zwłoki bratnie,
Chce je wziąć, chce im oddać usługi ostatnie;
Lecz gdy do tak pobożnej czynności się śpieszył,
Król Delu ostrym grotem śród piersi mu przeszył.

Wyrwał go, ale z ostrzem wychodzą i płuca
I z krwią upływającą duch ciało porzuca.
Ale tobie nie jedna zgon przynosi rana,
Damazychtonie młody; grot środek kolana
W samem zgięciu ci przebił i gdy ręką silną
Usiłujesz wydobyć strzałę nieomylną,
Druga tobie natychmiast przeszywa śród garła.
Ale ją krew ognista na ziemię wyparła;
Strzela z rany krew w górę, potem ziemię rosi.
Ostatni Ilionej ręce darmo wznosi
I tak błaga: »Przebaczcie, o bogowie nieba!«
Prosił wszystkich, a wszystkich nie było potrzeba.
Chciał Feb, lecz nie mógł cofnąć strzały wypuszczonej
I od najlżejszej rany poległ Ilionej.
Wieść okropna, żal ludu, najbliższych płacz rzewny
Dały wnet o nieszczęściu macierzy znak pewny.
Zadziwiona, że mogli, i gniewna, że śmieli
Uczynić, na co prawa bogowie nie mieli,
Usłyszała, że Amfjon przebił się żelazem
I tak smutku i życia pozbawił się razem.
O, jak teraz Niobe odmienna od owej,
Dumnie przez środek miasta kroczącej królowej,
Rozganiającej tłumy od ofiar Latony!
Litości stał się godnym jej los zazdroszczony.
Padła na zimne zwłoki i synów swych ciała
Bez porządku raz jeszcze ostatni ściskała.
Wreszcie tak rzekła, z dłonią ku niebu wzniesioną:
»Nakarm się mem nieszczęściem, okrutna Latono!
Nakarm się moim bólem, nasyć temi łupy!
Przez siedmiu mię wyniosą synów moich trupy!

Lecz mi więcej zostało, niż szczęśliwej tobie,
Jeszczem cię zwyciężyła, choć me syny w grobie!«
Rzekła; wtem po powietrzu strzała z łuku brzękła.
Wszyscy zbledli, Niobe sama się nie zlękła,
Nieszczęściem już zuchwała. Nad bratniemi stosy
Stały siostry w żałobie z spuszczonemi włosy.
Jedna z nich, gdy w rozpaczy nad bratem schylona,
Chce strzałę z ciała wyrwać, upada i kona.
Druga, gdy w żalu matkę pociesza stroskaną,
Już na wieki umilkła, tajną tknięta raną;
Ta, uciekając, padła, ta na siostrze legła,
Tę, kryjącą się, dusza, tę, drżącą, odbiegła.
Nad sześciu córek matka bolała już stratą,
Ostatnia pozostała. Tę ciałem i szatą
Otulając, zawoła: »Zostaw mi jedyną!
Za tą ostatnią proszę, najmłodszą dzieciną«!
Tak błaga; ta, za którą błaga, pada: ona,
Śród zwłok męża i dzieci, już osamotniona,
Stanęła słupem; z bladej twarzy krew uciecze,
Włosów wiatr nie rozwiewa, bo już nie człowiecze;
W martwem oku źrenica stoi bez wzruszenia,
Nie może władać ręką, ni podnieść ramienia,
Ani stopą posunąć, ani ruszyć szyją;
Niema życia w posągu, już żyły nie biją,
Już całe podniebienie z językiem zdrętwiało,
Już nakoniec i same wnętrzności są skałą.
Płacze jednak; wiatr silny porywa ją w chmury
I w pędzie stąd zanosi na ojczyste góry;
Tam jej łzy dzisiaj jeszcze ściekają po głazie.


Przypisy

  1. »Tytan« — Atlas.
  2. Teby. Pod wpływem czarodziejskich tonów, które Amfion wydobywał z lutni, układały się kamienie same w warowne mury Teb.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Owidiusz i tłumacza: Bruno Kiciński.