Pretendent z Ameryki/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ XIV.

Wyziewy jadalni wydały mu się wstrętniejsze i bardziej przejmujące, niż dotychczas. Myślał z przyjemnością, że niedługo uwolni się od nich. Kiedy kolacja dobiegła końca, nie był w stanie powiedzieć, czy jadł cokolwiek, a z całą pewnością nie słyszał rozmowy. Serce tańczyło w nim przez cały czas, myśli odbiegały daleko, a w mózgu powstała wizja wspaniałego zamku ojca. Nie odsuwał jej. Nawet widok lokaji w aksamitach, — ów symbol hańbiący nierówności — miły był jego marzeniu. Po posiłku Barrow powiedział:
— Chodźcie ze mną. Zabawicie się.
— Doskonale. Dokąd?
— Do mego klubu.
— A jaki to klub?
— Dyskusyjny Klub Mechaników.
Tracy wstrząsnął się lekko. Nie powiedział, że był tam już kiedyś sam. Nie miał ochoty odnawiać tych wspomnień. Uczucia, które pierwszą jego wizytę w klubie przepełniały radością i zapałem, uległy stopniowej zmianie i spadły do tego poziomu, iż był w stanie myśleć o następnej wizycie tylko z uczuciem, bardzo mało przypominającem radość. Faktycznie, wstydził się trochę tam iść. Nie chciał, by wrażenie, wywarte przez tych ludzi na jego mózg nie uświadomiło mu wyraźnie różnicy, jaka w nim zaszła. Wolałby się trzymać zdaleka. Spodziewał się, że nie usłyszy nic, poza sentymentami, które będą rodzajem wyrzutu dla jego obecnego stanu ducha, a pragnął, by mu go wybaczono. Jednak nie chciał się do tego przyznać, nie chciał okazać, co czuje, z jaką niechęcią tam idzie. Zmusił się do pójścia z Barrow, obiecując sobie w duchu, że wyjdzie przy pierwszej sposobności.
Kiedy prelegent skończył swój odczyt, przewodniczący ogłosił obecnym, że otwiera dyskusję na temat poprzedniego zebrania p. t. „Amerykańska prasa“. Odszczepieniec zasmucił się, usłyszawszy to. Wiele wspomnień ożyło. Wolałby inny temat. Ale dyskusja się rozpoczęła, więc siedział i słuchał.
W toku dyskusji jeden z mówców, kowal, nazwiskiem Tompkins, zaczął oskarżać monarchów i lordów świata za to, iż z zimnym egoizmem bronią niezdobytych przez siebie godności. Mówił, że żaden monarcha, ani syn monarchy, żaden lord, ani syn lorda, nie powinien bez wstydu spoglądać w oblicze swego bliźniego. Powinien wstydzić się, iż zachowuje niezdobyte przez siebie tytuły, przywileje, majątki, z krzywdą innych ludzi. Wstydzić się, iż za wszelką cenę nieuczciwie włada tem wszystkiem, co ongiś krzywdą i rozbojem zostało wymuszone na ludzie każdego narodu. Powiedział:
— Gdyby znalazł się tu między nami lord, albo syn lorda, chętniebym z nim porozmawiał, starając się mu dowieść, jak brzydkiem i egoistycznem jest jego stanowisko. Starałbym się go namówić, żeby się go wyrzekł, spróbował żyć na równych prawach z innymi ludźmi, zarabiał na chleb, który je i nie dbał o szacunek, okazywany mu za jego sztuczne stanowisko, o poważanie, zaskarbione nie własnemi zasługami.
Tracy miał wrażenie, że słucha własnych wywodów, wypowiadanych w dyskusji ze swymi radykalnymi przyjaciółmi w Anglji. Było to, jakgdyby ukryty fonograf pochwycił jego słowa i przeniósł je do Ameryki, by go niemi pognębić w godzinę klęski i porażki. Każde słowo tego nieznajomego zdawało się wrzodem na sumieniu Tracy, a gdy nieznajomy ów zamilkł, Tracy czuł, iż cały stał się własnem swojem sumieniem z jednym wielkim wrzodem. Głębokie współczucie tego człowieka dla ujarzmionych i uciemiężonych miljonów Europy, które muszą znosić jarzmo garstki tych, którzy nad nimi panują — nie było niczem innem, jak tem, o co sam walczył. Współczucie i litość w głosie tego człowieka bliźniaczo przypominały mu litość i współczucie, goszczące w jego sercu i padające z jego warg ilekroć myślał o tych uciemiężonych.
Powrót do domu odbywał się w zupełnym milczeniu. Było to milczenie kojące dla uczuć Tracy. Za nic nie chciał go przerywać. Czuł się zawstydzony do szpiku kości. Powtarzał sobie:
— Jak bardzo jest to oczywiste! jak zupełnie niezbite! To nisko, podle, egoistycznie zatrzymać owe niezdobyte przez siebie zaszczyty — i — i — niech mię djabli!
— Co za idjotyzmy wyplatał ten Tompkins!
Wybuch ów pochodził od pana Barrow i był dla zdemoralizowanej duszy Tracy jak strumień orzeźwiającej wody. Były to najcenniejsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszał młody, wątpiący apostoł — gdyż wybieliły, jak śnieg, jego drażliwość, a to dobra usługa, jeżeli nie możesz się zdobyć na najlepszy z werdyktów — samoodpuszczenie.
— Chodźcie do mnie na fajkę, Tracy!
Tracy spodziewał się tego zaproszenia i przygotował z góry odmowę. Ale teraz przyjął je chętnie. Czy to podobna w sposób logiczny zbić rozpaczliwe słowa tego człowieka? Paliła go niecierpliwość usłyszeć, co powie Barrow. Wiedział, jak zacząć i zmusić go do mówienia: wystarczy zająć przeciwne stanowisko — to sposób niezawodny w stosunku do wszystkich ludzi.
— Co macie do zarzucenia Tompkinsowi, Barrow?
— O, przeoczenie jednego z czynników ludzkiej natury, chęć żeby inny zrobił to, czego się samemu nie chce robić...
— Czy uważacie...
— To, co uważam, bardzo jest proste. Tompkins jest kowalem; ma rodzinę; pracuje na akord; i ciężko pracuje; gadaniem nikt na chleb nie zarabia. Przypuśćmy, iż okaże się, że przez śmierć kogoś tam w Anglji Tompkins nagle staje się earlem. Pół miljona dochodu rocznie. Co wtedy?
— Hm... Zdaje mi się, że powinien się zrzec...
— Człowieku, on zagrabi to w jednej chwili!
— Naprawdę tak przypuszczacie?
— Przypuszczam? Nie, nie przypuszczam — wiem!
— Dlaczego?
— Dlaczego? bo nie jest warjat.
— Więc uważacie, że gdyby był szalony, to...
— Nie, tak nie myślę. Warjat czy nie warjat, Tompkis wyciągnąłby po to łapę. Każdy by to zrobił, każdy, kto żyw. A widziałem i umarłych, którzyby dlatego powstali z grobu. Ja pierwszy.
— To był balsam, ozdrowienie, spokój, pociecha, ukojenie! — Przypuszczałem, że jesteście przeciwnikami szlachectwa.
— Dziedzicznego, tak. Ale to drobnostka. Jestem wrogiem miljonerów, ale byłoby rzeczą niebezpieczną ofiarować mi takie stanowisko.
— Przyjęlibyście je?
— Opuściłbym pogrzeb największego wroga, by iść i przyjąć na siebie brzemię i odpowiedzialność miljonera.
Tracy zamyślił się chwilę, poczem powiedział:
— Nie wiem, czy dobrze zdaję sobie sprawę z waszego stanowiska. Mówicie, że jesteście przeciwni dziedzicznemu szlachectwu, ale gdyby przypadkiem...
— To przyjąłbym je? W jednej chwili. W całym tym klubie niema ani jednego mechanika, któryby zrobił inaczej. W całych Stanach Zjednoczonych nie znajdziecie adwokata, lekarza, wydawcy, blacharza, autora, tragarza, prezydenta kolei, świętego któryby nie skorzystał z takiej sposobności.
— Za wyjątkiem mnie! — miękko powiedział Tracy.
— Za wyjątkiem was! — Barrow z trudem wyrzucił te słowa. Dławiła go wzgarda. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Zerwał się i spojrzał na Tracy ze złością i niezadowoleniem i powtórzył: — Za wyjątkiem was! — Obchodził go wkoło, przyglądając mu się to z tego, to z owego punktu. Od czasu do czasu dla ulżenia sobie wybuchał następującą formułą: — Za wyjątkiem was! — Wkońcu rzucił się na krzesło z miną człowieka, który ustępuje i powiedział:
— Wywraca flaki i łamie serce nad zdobyciem zarobku, który porządny pies by odrzucił, a chce wmówić, że gdyby miał sposobność grypsnąć earlostwo, to nie zrobiłby tego. Nie naciągajcie mię, Tracy, nie jestem tak silny, jak dawniej.
— Nie miałem zamiaru was naciągać, Barrow. Chciałem wam tylko powiedzieć, że gdyby do rąk wpadło mi earlostwo, to...
— No, gdybym był wami, to nie bolałaby mię o to głowa. Zresztą powiem wam, co byście zrobili. Czy jesteście inny, niż ja?
— No nie...
— Lepszy?
— Nie, — z pewnością nie...
— Taki, jak ja? no?...
— Doprawdy, pytacie tak obcesowo...
— Obcesowo? A cóż w tem obcesowego? Czy to takie zawiłe pytanie, albo wątpliwe? Zmierzcie nas obu jednakową miarą — miarą zasługi — a przyznacie przecież że pomocnik fabrykanta krzeseł, który zarabia dwadzieścia dolarów tygodniowo, żyje w kulturalnym kontakcie z ludźmi, stara się, trudzi, traci i zdobywa, był na wozie i pod wozem, jest trochę więcej wart od młodzieńca, który nie umie robić nic sensownego, nie umie zarobić, żeby żyć spokojnie i przyzwoicie, nie ma najmniejszego pojęcia o życiu i jego powadze, nie posiada innej kultury nad kulturę książek, które zdobią, ale nie kształcą człowieka. — Słuchajcie! jeżeli ja nie pogniewałbym się o earlostwo, to dlaczego, do djabła wy mielibyście to zrobić?!...
Tracy stłumił w sobie radość, chociaż miał ochotę podziękować panu Barrow za tę ostatnią uwagę. Nagle jakaś myśl uderzyła go, bo powiedział gwałtownie:
— Słuchajcie! Naprawdę nie jestem w stanie uchwycić kierunku waszych myśli — waszych zasad, jeżeli to są zasady. Są one bardzo zmienne. Jesteście przeciwnikiem arystokracji, a przyjęlibyście earlostwo, gdybyście mogli. Czy mam przez to rozumieć, iż nie bierzecie za złe earlowi, że jest i zostaje earlem?
— Oczywiście, że nie biorę...
— I nie mielibyście za złe Tompkinsowi, ani sobie, ani mnie, ani nikomu przyjęcia earlostwa, gdyby mu je ofiarowano.
— Oczywiście!
— A więc kogo właściwie winicie?
— Cały naród — masę i tłum, który gdziekolwiek bądź, w jakimkolwiek bądź kraju znosi hańbę, infamję i wstyd istnienia dziedzicznej arystokracji, do której nie mogę wejść na warunkach powszechnej równości i wolności.
— Przecież nie zawracacie sobie głowy tytułami, które nie są wyróżnieniem?
— Oczywiście. Mam zupełnie jasny pogląd na te rzeczy. Gdybym mógł wykorzenić system arystokratyczny przez nieprzyjmowanie jego godności — byłbym nędznikiem, przyjmując je. A gdyby dostatecznie liczebne masy chciały się do mnie przyłączyć dla obalenia arystokracji, byłbym również nędznikiem, nie chcąc im dopomóc.
— Zdaje mi się, że rozumiem. Tak, pochwyciłem waszą myśl. Nie winicie tych nielicznych szczęśliwców, którzy dla zrozumiałych powodów nie chcą opuszczać wygodnych gniazdek, w których się porodzili, ale gardzicie wszechmocnym i głupim tłumem, który pozwala na istnienie tych gniazd.
— To właśnie, to właśnie. Potraficie skapować prostą rzecz, kiedy nad nią trochę popracujecie.
— Dzięki.
— Niema za co. Dam wam jedną radę: Kiedy wrócicie do siebie i przekonacie się, że naród wasz gotów jest zmyć tę zadawnioną hańbę, przyłóżcie do tego rękę. Ale jeżeli do tego nie dojdzie, a nawinie wam się sposobność zostania earlem, nie bądźcie głupi i przyjmijcie.
Tracy odpowiedział z powagą i zapałem:
— Zrobię to, jako żywo!
Barrow roześmiał się.
— Nigdy nie widziałem takiego człowieka. Zaczynam podejrzewać, że macie sporo wyobraźni. Przy was to najgłupsze widzimisię odrazu staje się rzeczą realną. Wyglądaliście przed chwilą, jak gdyby nie było w tem nic dziwnego, że otrzymacie earlostwo.
Tracy poczerwieniał.
Barrow dodał:
— Earlostwo! A tak, bierzcie, jeśli wam dadzą! Ale tymczasem będziemy skromni, a jeśli uda się wam dostać posadę nadzorcy napychacza kiełbas na sześć lub osiem dolarów tygodniowo, słusznie zamienicie niepewne earlostwo na zeszłoroczny kalendarz i zabierzecie się do napychania kiełbas.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.