Strona:Mark Twain - Pretendent z Ameryki.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

nych gniazdek, w których się porodzili, ale gardzicie wszechmocnym i głupim tłumem, który pozwala na istnienie tych gniazd.
— To właśnie, to właśnie. Potraficie skapować prostą rzecz, kiedy nad nią trochę popracujecie.
— Dzięki.
— Niema za co. Dam wam jedną radę: Kiedy wrócicie do siebie i przekonacie się, że naród wasz gotów jest zmyć tę zadawnioną hańbę, przyłóżcie do tego rękę. Ale jeżeli do tego nie dojdzie, a nawinie wam się sposobność zostania earlem, nie bądźcie głupi i przyjmijcie.
Tracy odpowiedział z powagą i zapałem:
— Zrobię to, jako żywo!
Barrow roześmiał się.
— Nigdy nie widziałem takiego człowieka. Zaczynam podejrzewać, że macie sporo wyobraźni. Przy was to najgłupsze widzimisię odrazu staje się rzeczą realną. Wyglądaliście przed chwilą, jak gdyby nie było w tem nic dziwnego, że otrzymacie earlostwo.
Tracy poczerwieniał.
Barrow dodał:
— Earlostwo! A tak, bierzcie, jeśli wam dadzą! Ale tymczasem będziemy skromni, a jeśli uda się wam dostać posadę nadzorcy napychacza kiełbas na sześć lub osiem dolarów tygodniowo, słusznie zamienicie niepewne earlostwo na zeszłoroczny kalendarz i zabierzecie się do napychania kiełbas.


ROZDZIAŁ XV.

Tracy udał się na spoczynek znowu szczęśliwy, znowu uspokojony. Ważył się na wielkie rzeczy — to przemawiało za nim, powtarzał sobie; walczył jak mógł, biorąc pod uwagę wszystkie przeciwności — to również przemawiało za nim; poniósł klęskę — oczywiście nie było w tem nic dyskredytującego go. Poniósłszy klęskę miał prawo wycofać się z honorami wojskowemi, wolny od przesądów co do wartości w świecie sfery, w której się urodził. Dlaczegóżby nie? nawet rozjuszony republikanin, Barrow, zrobiłby to samo. Tak, sumienie jego uspokoiło się znowu.
Zbudził się trzeźwy, szczęśliwy, pełen oczekiwania na telegram. Urodził się arystokratą, przez jakiś czas był demokratą, teraz nanowo przeistoczył się w arystokratę. Ze zdziwieniem uświadomił sobie, że ta ostatnia przemiana była nietylko intelektualną, ale obejmowała również jego odczucia. Dziwiło go również, iż te odczucia były o wiele mniej sztuczne od tych, którym się poddawał w ostatnich czasach. Gdyby się był nad tem zastanowił, zauważyłby również, że stał się nieco sztywniejszy i wyżej nosił głowę. Wszedłszy na parter, na progu jadalni, w rogu hallu, oświetlonym niepewnym światłem, spostrzegł starego Marsha, który kiwał na niego palcem, dając mu znak, żeby się zbliżył. Krew wystąpiła na policzki Tracy, i spytał tonem obrażonej godności, prawie książęcej:
— Czy to na mnie?
— Tak.
— Co pana do tego skłania?
— Chciałbym pomówić z panem prywatnie.
— To miejsce jest dla mnie aż nadto prywatne.
Marsh był zdumiony i niezbyt uradowany. Zbliżył się i powiedział:
— To będę mówił publicznie, jeśli pan woli. Chociaż nie leżało w moich intencjach...
Stołownicy z zainteresowaniem spojrzeli.
— Mów pan. O co panu chodzi?
— Hm... czy nie zapomniał pan czasem pewnej rzeczy?
— Ja? Chyba nie.
— Czyżby? To pomyśl pan chwilę.
— Nie chcę myśleć. To mnie nie obchodzi. Jeśli zaś obchodzi to pana, proszę powiedzieć.
— Dobrze więc — powiedział Marsh, podnosząc głos do zlekka gniewnego tonu — pan zapomniał onegdaj uiścić należności, jeśli pan chce usłyszeć to publicznie.
O tak, spadkobierca miljona dochodu rocznie, marzył i rozpaczał, zapomniawszy o tych nędznych trzech czy czterech dolarach. Za karę rzucono mu to w twarz w obecności tych — ludzi, na obliczu których świtał wyraz okrutnego zadowolenia z takiego obrotu sprawy.
— To wszystko? Bierz pan pieniądze i uspokój swoje obawy.
Ręka Tracy energicznym ruchem zanurzyła się w kieszeni. Zanurzyła, ale nie wynurzyła z powrotem. Na twarzy jego wystąpiły rumieńce. Otaczające go oblicza zdradzały zainteresowanie, a niektóre wyraźną radość. Nastąpiła przykra pauza, poczem Tracy z trudem wyrzucił z siebie słowa:
— Zostałem ograbiony!