Pretendent z Ameryki/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ XIII

Dni pędziły naprzód, stając się coraz posępniejsze, gdyż usiłowania Barrow znalezienia pracy dla Tracy nie wydały rezultatu. Pierwsze pytanie brzmiało wszędzie: „Do jakiego związku należycie?”
Tracy musiał odpowiedzieć, że nie należy do żadnego związku zawodowego.
— W takim razie nie możemy wam dać zajęcia. Moi ludzie nie trzymaliby się mnie gdybym popierał frajera, szczura, czy jak was tam nazywają.
Wreszcie Tracy wpadł na szczęśliwy pomysł.
— Jedynym wyjściem dla mnie jest zapisanie się do związku zawodowego.
— Tak, — powiedział Barrow. — To byłoby dla was ważne, jeżeli się wam uda.
— Jeżeli się uda? Czy to takie trudne?
— Tak, czasami bywa bardzo trudne — odrzekł Barrow. — Prawdę mówiąc, bardzo trudne. Ale możecie spróbować. Oczywiście, najlepiej spróbować.
A więc Tracy spróbował. Ale mu się to nie udało. Odmówiono mu przyjęcia nadal energicznie i radzono wracać, skąd przyszedł, a nie wydzierać ludziom chleba z gęby. Tracy zaczął uświadamiać sobie, że położenie jego jest rozpaczliwe i na tę myśl dreszcz przejmował go do szpiku kości. Mówił sobie: „A więc i tu istnieje arystokracja stanowiska, arystokracja powodzenia, arystokracja „w”, jako przeciwieństwo do „poza”. Ja należę do poza. Z dnia na dzień rosną tu kasty. Jes tu mnóstwo kast i jedna, do której ja należę — pozakastowców”. Ale nie był nawet w stanie uśmiechnąć się z tego dowcipu, chociaż oceniał go należycie. W ostatnich czasach czuł się tak nieszczęśliwy i przybity, iż nie mógł już słuchać z pobłażaniem rubasznych żartów współtowarzyszów po nocach. Z początku z przyjemnością patrzył na ich swobodę i odpoczynek tak dobrze zarobiony po pracowitym dniu, ale teraz miał wrażenie, że obraża to jego uczucia i samopoważanie. Stracił cieprliwość. Kiedy im było wesoło, chłopcy wrzeszczeli, krzyczeli, śpiewali, gonili się, jak kociaki i kończyli zwykle walką na poduszki, starając się trafić jeden drugiego w głowę. Poduszki latały tu i tam i Tracy sam nieraz dostawał. Zawsze zapraszali go do zabawy. Nazywali „Johnny Bull” i traktowali z niezwykłą poufałością. Z początku znosił to z humorem, a potem zaczął okazywać, że jest mu to wyraźnie wstrętne, i wkrótce zauważył zmianę w postępowaniu młodzieńców. Mopsowali go, jak mawiali w swoim języku. Nie był nigdy co się nazywa popularny. To nie było odpowiednie wyrażenie dla niego. Dawniej lubiano go prawie, ale teraz wzrastała niechęć. Nie wpływał na to fakt, że nie miał szczęścia, nie dostał roboty, nie należał do związku i nie mógł być do niego przyjęty. Nie szczędzono mu drobnych trudnych do określenia zaczepek, których niepodobna wytknąć palcem; jasnem było, że tylko jedno broni go przed zniewagą: jego mięśnie. Młodzieńcy widzieli, jak ćwiczył się rankami (po oblewaniu ciałą zimną wodą) i zauważyli po ruchach i budowie ciała, że jest to atleta, zaprawiony w boksie. Czuł się nagi, uświadomiwszy sobie, iż szanują go tylko dla jego pięści. Kiedy pewnej nocy wszedł do pokoju, zastał tam około dwudziestu chłopców, którzy zabawiali się ożywioną pogawędką, przerywaną końskim śmiechem. Rozmowa umilkła natychmiast, ustępując obraźliwej martwej ciszy. Powiedział: „Dobry wieczór, dżentelmeni!” i usiadł.
Nie odpowiedziano mu. Poczerwieniał po białka, ale zmusił się do zachowania spokoju. Siedział przez chwilę śród tej niemiłej ciszy, poczem wstał i wyszedł.
W tej samej chwili usłyszał głośny wybuch śmiechu. Zrozumiał, że celem było obrażenie go. Wszedł na płaski dach, myśląc, że tam ochłonie i odzyska spokój. Zastał tam młodego blacharza. Był sam, więc zawiązał z nim rozmowę. Łączyło ich nieszczęście, niepopularność, nędza — nie spodziewali się też, iż na tym gruncie może któregoś z nich spotkać pociecha lub korzyść. Ale ruchy Tracy śledzono — po chwili dręczyciele jeden po drugim hałaśliwie wdarli się na dach, biegając wokoło — wyraźnie bez celu. Potem nagle zaczęli przerzucać się uwagami, widocznie do Tracy i trochę do blacharza.
Prowodyrem tej małej bandy był krótkowłosy tęgi amator-bokser nazwiskiem Allen, który przywykł do rozkazywania na górnych piętrach i kilkakrotnie okazywał chęć zaczepienia Tracy. Zaczęło się więc miauczenie, gwizdanie, gonitwa, ostatecznie zabawa przeszła w zadawanie pytań.
— Jak się robi para?
— No, zwykle dwoje tworzy jedną parę, ale czasami nie stanowią oni dostatecznego materjału na jedną całą parę!
Ogólny śmiech.
— Co powiedziałeś przedtem o anglikach? — O nic... anglicy są bardzo poczciwi, ale...
— Ale coś o nich powiedział?
— O, tylko tyle, że mają dobry spust.
— Lepszy od innych?
— O, tak, anglicy łykają o wiele lepiej, niż inni...
— A co takiego tak łykają?
— Obelgi.
Nowy wybuch śmiechu.
— Trudno zmusić ich do walki...
— Nie, to nie trudno...
— Nie? naprawdę?
— Nie, nie trudno. Niemożliwie.
Znowu śmiech.
— To zależy od poglądów.
— W tym wypadku nie mogłoby być inaczej.
— Dlaczego?
— Znacie tajemnicę jego urodzenia?
— Co? on ma tajemnicę urodzenia?
— Załóż się!
— Jakaś to tajemnica?
— Jego ojciec był figowcem.
Allen podszedł tam, gdzie siedziała owa para. Zatrzymał się i powiedział do blacharza:
— Jakżeż tam, przyjaciele?
— Nieźle.
— Radzicie sobie?
— Owszem.
— Czasami przyjaciel tyle jest wart, co protektor, jak wiecie. Jak myślicie, co by się stało, gdybym tak zerwał panu czapkę i dał nią panu w gębę?
— Zostaw mię pan w spokoju, panie Allen. Przecież nic panu nie zrobiłem.
— Pan mi odpowiadasz? myśli pan, że co teraz będzie?!
— Nie wiem...
Tracy powiedział spokojnie:
— Nie dręcz pan tego młodzieńca. Ja panu powiem, co teraz będzie!
— O pan, pan? Chłopcy, Johnny Bull powie nam, co będzie, jeżeli zerwę temu tu czapkę i dam mu nią w gębę! Patrzcie!
Schwycił czapkę i uderzył nią młodzieńca w twarz. I zanim zdążył spytać, co teraz będzie, to coś już się stało, a on rozgrzał pokrycie dachu swoim karkiem.
Natychmiast powstało zamieszanie i dały się słyszeć krzyki: „Kółko! kółko! róbcie kółko! Johnny jest gotów! Dać mu pole!”
Szybko nakreślono na dachu koło kredą, a Tracy poczuł taki zapał do walki, jak gdyby jego przeciwnikiem był książę, a nie mechanik. W głębi duszy był tem nieco zdumiony, albowiem chociaż jego teorje życiowe prowadziły go w tym kierunku, to jednak nie spodziewał się, że ochotnie stanie do walki z takim brutalem, jak ten łotr. W tej chwili wszystkie sąsiednie okna zapełniły się tłumem. Chłopcy stanęli w czworobok i walka się zaczęła. Ale Allen nie miał szansy w walce z młodym anglikiem. Nie był mu równy, ani mięśniami, ani doświadczeniem. Kilkakrotnie zmierzył dach swoją długością. Rzeczywiście, podnosił się tak prędko, jak tylko mógł, a całe sąsiedztwo aplodowało z zapałem. Ostatecznie musiano pomódz Allenowi. Poczem Tracy odmówił sobie przyjemności ukarania go i walka się zakończyła. Allena wynieśli jego przyjaciele w stanie pożałowania godnym. Twarz miał bladą, siną i pokrwawioną. Tracy natychmiast został otoczony przez młodzieńców, którzy winszowali mu, mówiąc, że wyświadczył przysługę całemu domowi.
Tracy stał się teraz bohaterem i zyskał niezwykłą popularność. Prawdopodobnie nikt nigdy nie był tak popularny na górnych piętrach. Ale jeżeli niechęć do młodzieńców trudna była do zniesienia, to ich hojne pochwały zachęty i bałwochwalczość stały się niemożliwe. Czuł się zdegradowany, ale nie pozwolił sobie zbyt szczegółowo analizować powodów. Zadowolnił się wmówieniem w siebie, że uważa się za zdegradowanego dlatego, że zrobił z siebie publiczne widowisko, walcząc na dachu, ku zadowoleniu wszystkich naokoło. Ale to tłumaczenie nie uspokoiło go. Raz poszedł zadaleko i napisał w dzienniku, że los jego jest gorszy od losu syna marnotrawnego. Mówił, że syn marnotrawny musiał jedynie pasać wieprze ale, nie potrzebował z niemi mieszkać. Zwalczył tę myśl, mówiąc: „Wszyscy ludzie są równi. Nie zdradzę swoich zasad. Ci ludzie nie są gorsi odemnie”.
Tracy stał się popularny na niższych piętrach. Wszyscy byli mu wdzięczni za osadzenie Allena, za to, iż zamiast napadać, musiał on się teraz zadawalniać tylko pogróżkami. Młode dziewczyny, których w domu było około pół tuzina, okazywały Tracy wiele względów, zwłaszcza ulubienica wszystkich Hattie. Powiedziała do niego bardzo słodko:
— Pan wydaje mi się bardzo miły. A kiedy odpowiedział:
— Bardzo jestem rad, że pani tak myśli panno Hattie.
Dodała jeszcze słodziej:
— Proszę nie nazywać mię panną Hattie, a Kizią...
To był awans! Osiągnął szczyt! W tym domu nie było wyższych wierzchołków, na które mógłby się wdrapać. Popularność jego była bezgraniczna.
W obecności ludzi Tracy ukazywał spokojną postać, ale serce jego przegryzła rozpacz i zniechęcenie.
Wkrótce zostanie bez pieniędzy, a co będzie wtedy! Żałował teraz, iż nie pożyczył nieco więcej z zapasu nieznajomego. Nie mógł sypiać. Jedna jedyna straszna, męcząca myśl krążyła mu po głowie, żłobiąc głębokie brózdy w mózgu. Co zrobić? Co z nim będzie? A jednocześnie z tem zaczęło się wślizgiwać coś podobnego do życzenia, iżby nigdy nie wstępował w szranki szlachetnych i wielkich męczenników, ale pozostał w domu, jako earl, i tylko earl, który nie może czynić na świecie nic pożyteczniejszego nad to, co czynić earl może. Ale starał się, jak mógł, zatrzeć tę myśl; usiłował nawet ją odrzucić, i to z pewnym skutkiem, ale nie mógł się obronić, by nie nadchodziła go raptownie, gryząc, ssąc, paląc. Poznawał tę myśl po niezwykłych męczarniach, jakie mu sprawiała. I inne nie były mu miłe, ale ta zadręczała go ostatecznie. Noc w noc do 3-ej leżał wsłuchany w muzykę potężnego chrapania ludzi uczciwie zarabiających na chleb, poczem wstawał, szukając ucieczki na dachu, gdzie czasami nachodziła go drzemka, czasami zupełne otrzeźwienie. Apetyt go opuścił, wraz z nim rozkosz życia. W końcu, pewnego dnia, stając prawie u szczytu zupełnego rozczarowania, Tracy powiedział do siebie — zaczerwieniwszy się, gdy mówił: „Gdyby ojciec wiedział, jak się nazywał w Ameryce — to — hm, — obowiązek mój względem ojca wymaga, żebym go o tem zawiadomił. Nie mam prawa unieszczęśliwiać go we dnie i w nocy. Wystarczy, że ja wezmę brzemię nieszczęścia całej rodziny. Naprawdę powinien wiedzieć, jak się nazywam w Ameryce.” Przez chwilę zastanawiał się nad tem, potem w myśli ułożył następujący kablogram:
„Moje amerykańskie nazwisko jest Howard Tracy”.
To będzie dość wymowne. Ojciec powinien zrozumieć te słowa tak, jak on chciał, by były zrozumiane — że jest pełnem miłości życzeniem syna uszczęśliwić starego ojca choć na chwilę.
Śledząc bieg swoich myśli, Tracy powiedział sobie: „O, ale jeżeli odpowie mi, żebym wracał, to ja — ja nie będę mógł — nie powinienem tego robić. Zacząłem spełniać misję, i nie mam prawa tchórzliwie zawracać z drogi. Nie, nie, nie powinienem wracać do domu, ja — ja nie chcę wracać”.
Po pauzie:
— Hm, przypuśćmy jednak, że pewne okoliczności zmuszają mię do powrotu. Ojciec mój jest stary i może zażądać odemnie, aby pomógł mu wejść na wzgórek, pochylony ze wschodu ku zachodowi jego życia. Hm. Pomyślę nad tem. No tak, oczywiście, nie powinienem tu zostawać! Hm, mógłbym mu wskazać drogę — i towarzyszyć mu kawałek, i uspokoić go w ten sposób...
Poczem druga pauza.
— A jednak, gdyby zażądał mego powrotu — o Boże! dom! jak to brzmi dla mnie! trzeba wybaczyć człowiekowi, że od czasu do czasu ma ochotę ujrzeć dom!
Wszedł do jednego z urzędów pocztowych na tej ulicy i zetknął się poraz pierwszy z tem, co Barrow nazywał „zwykłą waszyngtońską uprzejmością”, gdzie „człowieka traktują, jak włóczęgę, dopóki się nie dowiedzą, iż jest członkiem kongresu. Wtedy skaczą przed tobą”. W biurze siedział siedemnastoletni smarkacz, zajęty sznurowaniem trzewika. Nogę oparł na krześle, a plecami był zwrócony do okienka. Spojrzał przez ramię, podał blankiet Tracy i wrócił do trzewika. Tracy skończył pisać, czekał, czekał, czekał, aż skończy, ale on zdawał się nigdy nie skończyć. Wreszcie Tracy spytał:
— Może pan przyjąć mój telegram?
Młodzieniec spojrzał przez ramię i powiedział gestem, nie słowami:
— Czy nie przypuszcza pan, że przy odrobinie dobrej woli mógłby pan chwilę poczekać?
Jednak ostatecznie zasznurował trzewik, podszedł, wziął telegram i zdumiony spojrzał na Tracy. Zdawało się Tracy, iż w spojrzeniu jego było coś graniczącego z szacunkiem, nawet z uniżonością, ale od tak dawna nie spotykał się z niczem podobnem, iż nie był tego pewien. Młokos przeczytał głośno telegram z zadowoleniem w głosie i w twarzy.
— Earl of Rossmore! Byczo! zna go pan?
— Tak.
— Aha! a on pana?
— No, oczywiście.
— Hm! powiadam!... A odpowie panu?
— Przypuszczam.
— Czy aby?... dokąd mam nadesłać odpowiedź?
— O, nigdzie... Przyjdę i odbiorę. Kiedy mogę się zgłosić?
— Nie wiem... Odeślę panu... Gdzie mam odesłać? Niech mi pan zostawi adres. Odeślę panu natychmiast po odebraniu.
Ale Tracy nie godził się. Zdobył pełen uniżenia szacunek i podziw „chłopców” i nie miał zamiaru pozbywać się tego cennego nabytku, co by się niechybnie stało, gdyby podał adres swego mieszkania. A więc raz jeszcze powtórzył, że zgłosi się po telegram i wyszedł.
Włóczył się długo, rozmyślając. Mówił sobie:
— Jest coś miłego w ludzkim szacunku. Zyskałem szacunek pana Allena i kilku innych jednie za swoje własne zasługi, za to, że wymłóciłem Allena. Chociaż i szacunek i uniżoność — jeżeli to jest uniżoność — są rzeczą miłą, to jednak uniżoność oparta o cień, o pozór, naprawdę wydaje się jeszcze milsza. Właściwie niema w tem żadnej zasługi, że ktoś koresponduje z earlem, a jednak ten smarkacz dał mi poznać, że jest to zasługa...
Telegram został wysłany do domu! Ta myśl sprawiała mu niewymowną ulgę. Szedł lżejszym krokiem. Serce jego przepełnione było szczęściem. Odrzucił wszelkie wahania i przyznał się przed samym sobą, że porzuci wszelkie eksperymenty i wróci do domu. Zbudziła się w nim chęć otrzymania odpowiedzi od ojca, a raz zbudzona rosła ze zdumiewającą szybkością. Poczekał godzinę, przechadzając się i usiłując zabić czas, ale nie mógł zainteresować się niczem, co mu wpadało w oczy. Wkońcu zjawił się znowu w urzędzie, pytając, czy odpowiedź nadeszła. Młodzieniec odpowiedział:
— Jeszcze nie. — Spojrzał na zegar. — Wątpię, czy nadejdzie dzisiaj.
— Dlaczego?
— No, bo jest już późno. Przecież niepodobna wiedzieć, co się dzieje z człowiekiem po drugiej stronie oceanu. Nie zawsze możesz go znaleść właśnie wtedy, kiedy ci jest potrzebny. Widzi pan, że dochodzi szósta, a tam u nich jest już porządnie późno
— Tak — powiedział Tracy. — Nie zastanowiłem się nad tem.
— Porządnie późno, wpół do jedenastej albo i jedenasta. Nie, dzisiaj nie otrzyma pan prawdopodobnie odpowiedzi.
Więc Tracy wrócił do domu na kolację.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.