Pretendent z Ameryki/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ XII

Nagle na dole rozległ się dźwięk dzwonu, wzywającego na kolację. Stopniowo wznosił się on ku górze, potężniejąc w miarę przenikania na wyższe piętra. Im wyżej się podnosił, tem groźniejszy stawał się ów dźwięk, aż wreszcie pochłonął go hałas i szum, czyniony przez lawinę stołowników, biegnących po niepokrytych dywanem schodach. Parowie nie w ten sposób udają się na posiłek. Wychowanie Tracy nie nauczyło go rozkoszować się ową wesołą zwierzęcą wrzawą i zapałem. Przyznawał, że w tym niezwykłym wybuchu instynktów zwierzęcych było coś, do czgo będzie musiał przywyknąć, nim się z tem pogodzi. Niewątpliwie z czasem będzie mu się to podobało, wolałby jednak, iżby proces odbywał się stopniowo, nie tak nagle i głośno. Barrow i Tracy szli lawiną, wśród rosnącego wciąż i coraz bardziej napastliwego smrodu nieboszczki kapusty i pokrewnych woni; woni, których nie znajdziesz nigdzie, za wyjątkiem tanich prywatnych jadłodajni; woni, których nikt nie jest w stanie zapomnieć, skoro raz się z niemi spotka; woni, które poznaje się w kilkanaście lat później — nigdy jednak z przyjemnością. Dla Tracy zapachy te były straszne, duszące, nieznośne. Ale zachowywał spokój i nic nie mówił. Doszedłszy na parter, weszli do dużej jadalni, w której trzydzieści pięć lub czterdzieści osób siedziało przy stołach. Zajęli swoje miejsca. Uczta już się zaczęła, a rozmowa płynęła żwawo, od jednego końca do drugiego. Obrus był bardzo szorstki, poplamiony kawą i tłuszczem. Noże i widelce żelazne, z kościaną oprawą, łyżki zdawały się z żelaza, z blachy, czy czegoś w tym rodzaju. Filiżanki do kawy i herbaty były z najpospolitszej i najmocniejszej glinki. Cała zastawa stołu — z rodzaju najtańszych i najcięższych. Obok talerza każdego stołownika leżała gruba kromka chleba, i jasnem było, iż je ją uważnie, niespodziewając się, że mu podwoją. Wzdłuż stołu ustawione były maselniczki, na odległość ramienia siedzących, brakowało jednak pojedynczych porcyj masła. Być może, iż masło byłu świeże i dobrze przechowane, posiadało jednak więcej „bukietu“ niż potrzeba — nikt jednak nie zastanawiał się nad tym faktem, ani nie zdawał się nim niepokoić.
Głównem daniem była nędzna potrawka irlandzka na gorąco, zrobiona z kartofli i kawałków mięsa, pozostałych z poprzednich dań. Każdy mógł obficie nabierać z tego półmiska. Na stole stało parę talerzy z płatami szynki oraz parę innych potraw mniejszego znaczenia: konserwy, ostrygi z Nowego Orleanu itp. rzeczy. Było również mnóstwo kawy i herbaty podrzędnego gatunku z brunatnym cukrem i skondensowanym mlekiem — ale mleka i cukru nie pozostawiano do dyskrecji stołowników, ale wydawano na porcje: łyżeczkę cukru i łyżeczkę mleka na jedną filiżankę — i ani odrobiny więcej. Stół był obsługiwany przez dwie tęgie murzynki. W pracy dopomagała im młoda dzieweczka Kizia. Roznosiła kawę i herbatę między stołownikami, ale mówiąc ściśle, przechadzała się raczej dla przyjemności, aniżeli pracowała. Żartowała z tym i owym. Z młodzieńców drwiła z przyjemnością i dowcipem, jak mniemała, i jak mniemali inni, sądząc po pochwałach i śmiechu, który tym zyskiwała. Wyraźnie była ulubienicą większości chłopców i ukochaniem pozostałych. Tam, gdzie dawała baczenie, dawała również szczęście, co widać było po obliczu obdarowywanego; ale zarazem niosła nieszczęście — widać było, że twarze innych chłopców stawały się pochmurne i ponure jak cień. Nigdy nie „panowała” swoich przyjaciół, nazywała ich „Bill”, „Tom”, „John”, a oni wołali na nią „Hattie” lub „Kizia”.
Pan Marsh siedział w głowach stołu, małżonka jego w nogach. Marsh był mężczyzną pod sześćdziesiątką i amerykaninem; gdyby urodził się o miesiąc wcześniej, byłby hiszpanem. Było w nim jednak i bez tego dość hiszpana: cerę miał bardzo śniadą, włosy bardzo ciemne, a oczy jego były nietylko nieprawdopodobnie czarne, ale i bardzo żywe i było w nich coś, co zdradzało, że czasami palą się namiętnym ogniem. Miał spadziste ramiona, ściągłą twarz, ogólny jego wygląd był nieprzyjemny. Wyraźnie był to człowiek towarzyski. Jeżeli porównania coś znaczą, stanowił on zupełne przeciwieństwo swojej żony, która była uosobieniem macierzyństwa i dobroci, dobrej woli i poczciwości. Wszyscy młodzi chłopcy i dziewczęta nazywali ją ciotką Rachelą — bez innego dodatku. Wędrujące i ciekawe spojrzenie Tracy zatrzymało się na jednym stołowniku, którego ominięto przy podawaniu potrawki. Był bardzo blady i wyglądał, jak gdyby niedawno wstał z łoża boleści i powinien tam jaknajprędzej wrócić. Twarz jego miała wyraz melancholijny. Fale śmiechów i rozmów uderzały w nią z takim samym skutkiem, jak gdyby była skałą morską, słowa zaś i śmiech prawdziwemi falami. Głowę miał spuszczoną i wyglądał zawstydzony. Niektóre z młodych kobiet rzucały mu od czasu do czasu mimochodem i jakby z lękiem pełne litości spojrzenia; najmłodsi z mężczyzn mieli dla niego wyraźne współczucie — współczucie, wyrażone twarzą, ale nie w inny jakikolwiek sposób. Ale ogromna większość ludzi zdradzała zupełną obojętność w stosunku do młodzieńca i jego trosk. Marsh siedział z pochyloną głową, ale z pod krzaczastych brwi wrzucał złośliwe spojrzenia. Śledził młodzieńca z widoczną przyjemnością.
Nie pominięto go przez zapomnienie i stół zdawał się to rozumieć. Widok ten był niemiły pani Marsh. Wyglądała jak człowiek, mający nadzieję przeciw nadziei, że jednak stanie się rzecz niemożliwa. Ponieważ jednak ta rzecz się nie stała, ostatecznie postanowiła przemówić i przypomnieć mężowi, że Natowi Brady nie podano potrawki.
Marsh podniósł głowę i wybuchnął drwiącą uprzejmością:
— Nie podano mu, doprawdy?! Co za szkoda! Nie rozumiem, w jaki sposób mogłem go ominąć! O, powinien mi to wybaczyć... Powinien mi pan wybaczyć, panie Baxter-Barker — uwaga moja była zwrócona w innym kierunku — nie wiem, gdzie. Co mnie martwi, to to, że coś podobnego zdarza się przy każdym posiłku. Ale powinien mi pan darować te drobnostki, panie Bunker, te drobne niedopatrzenia z mojej strony. To mi się czasami zdarza, zwłaszcza... zwłaszcza w stosunku do osób, które od trzech tygodni zalegają z opłatą należności. Pan rozumie, co mówię? pan rozumie moją myśl. Oto pańska porcja, z największą przyjemnością podaję ją panu i spodziewam się, że przyjmie pan tę jałmużnę z taką samą radością, z jaką ja ją ofiarowuję...
Fala krwi wystąpiła na blade policzki Brady, zalała tył głowy aż po uszy, zarumieniła czoło. Ale nie powiedział ani słowa i zaczął jeść wśród ogólnego przygnębiającego milczenia i świadomości, że wszystkie oczy są na niego zwrócone. Barrow szepnął do Tracy:
— Stary czekał na to. Za nic na świecie nie opuściłby sposobności...
— To brutalność! — powiedział Tracy. Poczem dodał do siebie, mając zamiar zapisać później swe myśli w dzienniku:
— Ten oto dom jest republiką, w której wszyscy są równi i wolni, jeżeli wogóle ludzie mogą być równi i wolni na ziemi. A więc dostałem się tam, gdzie chciałem się dostać — jestem człowiekiem między ludźmi, zupełnie równy innym. Niewątpliwie. A jednak i tutaj na progu natknąłem się na nierówność. Przy tym stole są ludzie, wywyższani dla tych czy innych powodów, i jest też ten biedny chłopak, którego się poniża, traktuje obojętnie, upokarza, chociaż nie popełnił innej zbrodni, jak tylko tę, że jest ubogi. Równość powinna uszlachetniać ludzi. Myślałem, że ich uszlachetnia...
Po kolacji Barrow zaproponował przechadzkę. Wyszli. Barrow miał w tem pewien plan. Chciał, żeby Tracy uwolnił się od swego cowboyowskiego kapelusza. Nie widział sposobu znalezienia mechanicznej lub ręcznej pracy dla człowieka, ubranego w ten sposób. Nagle Barrow powiedział:
— Rozumiem, nie jesteście cowboy’em.
— Nie, nie jestem.
— Jeżeli nie uważacie tego za niewczesną ciekawość — w jaki sposób doszliście do tego kapelusza? Gdzieżeście go zdobyli?
Tracy nie bardzo wiedział, jak to wytłómaczyć. Odpowiedział:
— Mówiąc krótko, byłem zmuszony zamienić ubranie z pewnym człowiekiem. Chciałbym go odszukać i zamienić się znowu.
— A dlaczego tego nie zrobicie? gdzież on jest?
— Nie wiem. Uważałem, że najlepszy sposób odnalezienia go będzie noszenie jego ubrania, które jest dość dziwaczne, by zwrócić uwagę, jeżeli spotka mnie na ulicy.
— No, tak — powiedział Barrow — reszta przyodziewku jest dość przyzwoita, i jakkolwiek niezbyt oryginalna, różni się od ubioru innych ludzi. Wyrzućcie kapelusz. Kiedy spotkacie waszego draba, napewno pozna swoje ubranie. A ten kapelusz jest bardzo kompromitujący w cywilizowanem środowisku. Wątpię, czy anioł dostałby w Waszyngtonie pracę, gdyby się zjawił w takiej aureoli!
Tracy zgodził się zamienić kapelusz na coś skromniejszego, wsiedli do przepełnionego tramwaju i razem z innymi stanęli na platformie. W chwili, kiedy tramwaj ruszył powoli wzdłuż relsów, dwaj mężczyźni, przechodzący przez jezdnię spostrzegli plecy Tracy i Barrow i obaj zawołali jednocześnie: „Mamy go!”
Byli to Sellers i Hawkins. Ale radość tak ich sparaliżowała, iż zanim zdołali się opanować i zatrzymać tramwaj, uciekł on daleko. Postanowili czekać na następny. Czekali chwilę. Nagle Waszyngtonowi przyszło na myśl, że nie warto jednego tramwaju gonić drugim i zaproponował wziąć fiakra. Ale pułkownik odpowiedział:
— W chwili, kiedy ci to przyszło na myśl, było to już zbyteczne. Teraz, gdy udało mi się zmaterjalizować go, mogę rządzić jego ruchami. Będzie u nas w domu, zanim tam dojdziemy.
Pospieszyli do domu w stanie niezwykłego i radosnego podniecenia.
Dokonawszy zamiany kapelusza, obaj przyjaciele wolno wracali do domu. Mózg Barrow pełen był ciekawych pytań, dotyczących tego młodzieńca. Powiedział:
— Byliście kiedy w górach Skalistych?
— Nie.
— A na równinach?
— Nie.
— Jak długo bawicie w tym kraju?
— Parę dni.
— A przedtem nigdy nie mieszkaliście w Ameryce?
— Nie.
Poczem Barrow powiedział do siebie:
— Co za przestarzałe pojęcia kołaczą się we łbach tych romantyków! Oto chłopiec, który naczytał się u siebie w Anglji o cowboy’ach i przygodach w prerjach. Przyjeżdża tu i kupuje kostjum cowboy’a. Wyobraża sobie, że pomimo swego braku doświadczenia będzie mógł udawać przed ludźmi cowboy’a! Ale zaledwie zaczął się bawić, obleciał go wstyd i chciałby się z tego wycofać. Próbował wykręcić się opowiadaniem o zamianie ubrania. To przejrzysty kawał, bardzo przejrzysty. Jest młody, nic nie widział, nic nie wie o świecie i napewno jest sentymentalny. Być może iż to co zrobił było bardzo naturalne, ale jest w każdym razie dziwne i chimeryczne...
Obaj mężczyźni zajęci byli swemi myślami. Wrescie Tracy westchnął i powiedział:
— Panie Barrow, niepokoi mię sprawa tamtego młodzieńca.
— Mówicie o Nacie Brady?
— Tak. Brady, Braxter, czy jak mu tam. Ten stary nazywał go rozmaicie.
— O tak, stał się bardzo rozrzutny co do nazwisk, odkąd Brady zalega z opłatą. To jeden z jego sarkazmów, stary myśli, że potrafi doskonale szydzić.
— A na czem polegają kłopoty Brady? co to jest Brady — kto jest Brady?
— Brady jest blacharzem. Pracował na dniówkę i dobrze mu się działo, ale zachorował i stracił zarobek. Był bardzo popularny, dopóki nie stracił zarobku. Cały dom lubił Brady. Stary szczególniej lubił Brady. Ale wiecie, kiedy człowiek traci zarobek i możność utrzymywania siebie i płacenia za siebie, ludzie odrazu inaczej patrzą na niego i inaczej się do niego odnoszą.
— Czyż tak, czyż tak się dzieje?
Barrow ze zdumieniem spojrzał na Tracy.
— Oczywiście. Wyście, naturalnie, tego nie zauważyli? Nie wiecie, że ranny zwierz jest zawsze napadany i dobijany przez towarzyszów i... przyjaciół?
Tracy szepnął do siebie, czując jak niemiły dreszcz przeszył jego duszę i ciało:
— W republice ludzi i zwierząt, gdzie wszyscy są równi i wolni, nieszczęście jest zbrodnią, a ten, komu się powiodło, zadaje nieszczęśliwemu śmiertelny cios. Poczem powiedział:
— Tu, w tym domu człowiekowi musi się dobrze dziać, jeżeli chce mieć przyjaciół, a nie zimną wzgardę.
— Tak, — powiedział Barrow. — Tak dzieje się zawsze. To już ich ludzka natura. Odwracają się od Brady, bo jest nieszczęśliwy i nie lubią go tak, jak dawniej go lubili. I nie dlatego, żeby się coś zmieniło w Brady — ma on tę samą naturę i te same popędy, ale oni — no Brady jest cierniem w ich sumieniu, widzicie! Czują, że powinni mu pomóc, ale są na to za skąpi, więc sami się siebie wstydzą. Powinni również znienawidzieć siebie, ale oni zamiast tego nienawidzą Brady, ponieważ on każe im się za siebie wstydzić. Mówię to — natura ludzka. Tak jest wszędzie. Nasz dom jest światem w minjaturze. Wszędzie dzieje się to samo — wszyscy są jednakowi. W szczęściu cieszymy się popularnością; popularność jest łatwą w tym wypadku, ale kiedy dzieje się przeciwnie — odwracają się odrazu!
Szlachetne teorje i wzniosłe cele Tracy zaczęły się zachmurzać, zacieśniać. Zastanawiał się, czy nie popełnił czasem omyłki, rzucając na wiatr własne szczęście i biorąc na siebie krzyż cudzego nieszczęścia. Ale nie chciał słuchać podobnych głosów. Wygnał je ze swego mózgu, postanawiając iść prosto do nakreślonego przez siebie celu.
Wyjątki z dziennika:
„Przeżyłem parę dni w ten dziwacznem rojowisku. Nie umiem sobie zdać sprawy, co mam sądzić o tych ludziach. Mają pewne zalety i cnoty, ale mają również inne cechy i pewien sposób bycia, utrudniający porozumienie z nimi. Nie mogę się z nimi zżyć. Jak tylko zmieniłem kapelusz, natychmiast zauważyłem różnicę. Szacunek, okazywany mi przedtem, zniknął nagle — ludzie zaczęli być uprzejmi — więcej, stali się poufali, a ja nie jestem przyzwyczajony do poufałości. Poufałość tych ludzi graniczy czasami z bezwstydnością. Wiem, że to nic złego. Niewątpliwie przywyknę do tego, ale to nie jest proces zadowalniający. Spełniłem swoje najgorętsze pragnienie, jestem człowiekiem między ludźmi, o jednakowych prawach z Tomem, Dikiem, Harry, a jednak to nie jest tak, jak myślałem. Brak mi domu. Muszę wyznać, że tęsknię do domu. Jeszcze jedno — już zwierzenie — zwierzenie niemiłe, — ale muszę je zrobić: Najwięcej odczuwam brak szacunku, wyróżnienia, z jakiem byłem traktowany w Anglji i co mi było jednak potrzebne. Bardzo dobrze daję sobie radę bez zbytku, bogactwa, bez ludzi, do których przywykłem, ale brak mi szacunki, i nie wiem, czy się z tem będę mógł pogodzić. I tu nie brak uszanowania ani wyróżnienia, ale nie są moim udziałem. Obdarzają niemi hojnie dwuch ludzi: jednym z nich jest otyły mężczyzna, w wieku średnim, były ołownik. Każdy zabiega o względy tego pana. Jest pełen pompy i pyszałkowatości, a przy stole odgrywa rolę pana Wyroczni, a kiedy otworzy usta — to żaden pies nie warknie. Drugi jest policjantem przy budowie kapitolu. Reprezentuje rząd. Szacunek, okazywany tym dwom, nie różni się bardzo od szacunku, okazywanego u nas earlom, tylko metody są inne. Trochę mniej dworskości, ale szacunek jest wyraźny.
„Tak, i serwilizm również.
„To wygląda, jak gdyby w republice, gdzie wszyscy są równi i wolni, powodzenie stanowiło kasty“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.